Nowy numer 44/2020 Archiwum

Ciarki po plecach

O katastrofie prezydenckiego tupolewa oraz szkoleniu pilotów wożących najważniejsze osoby w państwie z Jerzym Polaczkiem rozmawia Jarosław Dudała

Jerzy Polaczek - w rządach Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego (2005–2007) był najpierw ministrem budownictwa i transportu, a następnie ministrem transportu. Z wykształcenia prawnik, radca prawny. Od roku 1997 regularnie wybierany do Sejmu z Górnego Śląska. W 2000 roku był jednym z kandydatów na prezesa IPN Pomysłodawca i założyciel Centrum Kreowania Liderów „Kuźnia” w Katowicach. Obecnie jest liderem partii Polska Plus. Żonaty, z małżonką Małgorzatą wychowują troje dzieci.

Jarosław Dudała: Kiedy myśli Pan o tym, co stało się w Smoleńsku, to co budzi Pana zdumienie?
Jerzy Polaczek: – „Uśpienie bezpieczeństwa” po naszej, polskiej stronie. Zabrakło rutynowej, wpisanej w obowiązki wyobraźni niektórych służb, zajmujących się bezpieczeństwem państwa. Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której na pokładzie samolotu są Prezydent Rzeczypospolitej i dowódcy wszystkich rodzajów sił zbrojnych, a punkt dowodzenia Sił Powietrznych nie stara się nawet o monitorowanie sytuacji meteorologicznej, choćby poprzez przesyłanie komunikatów co pół godziny, właśnie dlatego, że lot odbywa się w kierunku lotniska, które nie jest zwykłym lotniskiem komunikacyjnym.

Może ktoś chciał oszczędzić?
– Nie. Przesyłanie informacji meteorologicznych w relacjach międzypaństwowych nic nie kosztuje. Nikt też nie poprosił rutynowo o potwierdzenie stanu technicznego tego lotniska (potwierdzone certyfikaty sprawności łączności, oświetlenie, system nawigacyjny, system pomiaru ciśnienia). Przy okazji sprostuję informację, która jest wprowadzaniem opinii publicznej w błąd. To nie dowódca tupolewa, ale nawigator prowadzi korespondencję z kontrolą lotów i lotniskiem docelowym. Jeśli Polska zdecydowała się na przeprowadzenie lotów w technologii wymagającej znajomości języka rosyjskiego, to trzeba pytać nie o to, czy znał ten język dowódca, ale nawigator.

Zna Pan odpowiedź na pytanie o znajomość rosyjskiego u nawigatora?
– Zastanawianie się nad tym byłoby odwracaniem kota ogonem. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której prezydent Rosji zapragnąłby odwiedzić groby żołnierzy radzieckich w Polsce i chciałby wylądować w okolicach Drawska, a komunikacja między jego samolotem a wieżą lotniska miałaby się odbywać po polsku. Wtedy musielibyśmy rozliczać rosyjskiego pilota ze znajomości języka polskiego. Przecież to byłby absurd. W przypadku lotu do Smoleńska Polska powinna wystąpić o procedurę standardową, obowiązującą w lotnictwie cywilnym.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama