GN 37/2018 Archiwum

Krzyż na górze czarownic

Na Łysej Górze spotykały się czarownice – słyszeliśmy od dziecka. Tysiąc lat temu wśród kamieni i świętokrzyskich puszcz na miejscu pogańskiego kultu stanął ogromny klasztor. Przez wieki największe polskie sanktuarium.

Film „Potop”. Szwedzkie działa demolują mury Jasnej Góry. Widz ma wrażenie, że to atak na największe polskie sanktuarium. Tymczasem w XVII wieku Jasna Góra leżała w cieniu innej góry: Świętego Krzyża. To tu pielgrzymowali królowie. To tu Władysław Jagiełło przed bitwą pod Grunwaldem wdrapywał się, by przez dwa poranki modlić się i rozdawać jałmużnę. Tu pochowany został kresowy magnat Jeremi Wiśniowiecki.
Przed tysiącem lat na Łyścu, zwanym również Łysą Górą, drugim co do wielkości masywie Gór Świętokrzyskich, stanął klasztor. Przez wieki opiekowali się nim benedyktyni, przez ostatnie kilkadziesiąt lat oblaci. Dziś robią wszystko, by przywrócić mu dawną świetność.

Cud na polowaniu
Z nieba leje się żar. Ani jednej chmurki. Na szczęście jesteśmy na wysokości 595 m n.p.m, a nasze twarze muska wiatr. Ale i tak jest niesamowicie gorąco. Chronimy się w chłodnych, zacienionych krużgankach klasztoru Świętego Krzyża. Zaskoczeni słyszymy, że o sklepienie odbija się gromki śpiew pieśni „Krzyżu święty, nade wszystko”. Pieśń wielkopostna w czasie upalnego lata? – To jeszcze nic. Tu nawet w czasie Wielkanocy pielgrzymi śpiewają „Ludu, mój ludu” – śmieje się ojciec Bernard Briks, nasz przewodnik. Dlaczego? Bo w klasztornej kaplicy oblaci przechowują najcenniejszą relikwię: kawałek drzewa krzyża, na którym umierał Jezus.

Złoty futerał zawierający relikwie ma 20 cm wysokości. Jest zapieczętowany, a przez prześwity w kształcie krzyża, widać brązowe drzewo. „...Słodkie gwoździe, rozkoszny owoc nosiło”– śpiewa grupa niepełnosprawnych. Ojcowie oblaci z namaszczeniem podają im do pocałowania relikwie. Ludzie ze wzruszeniem klękają. W krużgankach czeka już następna grupa: wycieczka z Warszawy. Relikwiarz był magnesem, który przez tysiąc lat przyciągał wiernych z całej Polski. Cześć oddawana relikwiom była ogromna, skoro nawet Rusini towarzyszący w 1287 roku Tatarom w wyprawie wojennej radzili, by nie niszczyli tego miejsca.

Jak ta cenna pamiątka trafiła w świętokrzyskie lasy? Legenda opowiada, że syn króla Węgier, młodziutki książę Emeryk, w czasie wizyty u swego wuja, Bolesława Chrobrego, zabłądził na polowaniu. Długo krążył po gęstej jodłowej puszczy. Nagle ujrzał dorodnego jelenia, a między jego rogami wielki krzyż benedyktyński o niespotykanym blasku. Oślepiony padł na kolana, a wówczas miał usłyszeć głos anioła, który nakazał mu podarowanie miejscowemu kościołowi relikwii krzyża. Emeryk poniósł dar na klęczkach. Gdy usłyszał klasztorne dzwony powiedział: dzwonią ze względu na moją świętość! Za swą pychę został ukarany: zamienił się w głaz. Kamienny pielgrzym posuwa się każdego roku o ziarnko piasku. Gdy dotrze na szczyt, nastąpi koniec świata. Figurę rzeczywiście można zobaczyć w pobliskiej Nowej Słupi.

Tę legendę z wielką ostrożnością przytaczał Jan Długosz. Odwiedziny Polski przez Emeryka w 1006 r. należy jednak odrzucić, gdyż urodził się on dopiero... rok później.. Królewicz węgierski mógł jednak odwiedzić Święty Krzyż w późniejszym terminie. Zdaniem niektórych historyków relikwie krzyża ofiarował zakonnikom Władysław Łokietek, który przywiózł je z Węgier. Na pewno miało to miejsce przed 1311 r., kiedy to zarejestrowano pierwszy cud.

« 1 2 3 »
oceń artykuł

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji