Nowy numer 47/2022 Archiwum

Adwent z „Gościem”, część I. Wytrwałość: nawyk czuwania

Kiedy w oczy zaświecą ci światłem, odruchowo je mrużysz. Kiedy przez przypadek w domu lub biurze rozlegnie się alarm, głośny i przenikliwy, odruchowo zatykasz uszy dłońmi. Kiedy nagle w tłumie usłyszysz swoje imię, odruchowo się odwracasz.

Kiedy z ust ma ci wyjść jakieś słowo, które akurat w danym momencie nie pasuje i chcesz się powstrzymać, odruchowo kładziesz rękę na usta. Kiedy jesteś głodny i poczujesz zapach smacznego jedzenia, odruchowo przełykasz ślinę. Chcąc dobrze wypaść wizerunkowo, kobiety odruchowo przeczesują włosy, a mężczyźni wciągają brzuch. Widząc kogoś od dawna oczekiwanego, odruchowo się uśmiechamy. Widząc kogoś, z kim nie chcemy się spotkać, odruchowo spuszczamy wzrok. Słysząc dźwięk telefonu w czyjejś kieszeni, odruchowo sięgamy po swój, by sprawdzić, czy ktoś nie dzwonił lub nie napisał SMS-a. Czując napływającą falę wzruszenia, odruchowo sięgamy po chusteczkę. Dziesięć odruchów. Każdy z czytelników znalazł coś dla siebie? Bez wątpienia. Być może większość zidentyfikowała się ze wszystkimi. Jesteśmy ludźmi. A te odruchy są przecież tak bardzo ludzkie…

Nawyki warte miliony

Ludzki odruch. To z jednej strony coś bardzo naturalnego, a z drugiej pewne bogactwo. Mówimy przecież o człowieku złym, że nie ma ludzkich odruchów. Bo ludzkie odruchy to również te związane mocno z naszym człowieczeństwem, z naszą naturą, sercem. Ludzkim odruchem nazywamy podzielenie się chlebem z głodnym, podanie wody spragnionemu, pożyczenie pieniędzy potrzebującemu, wysłuchanie strapionego. Odruch. Coś, co może być i bezwarunkowe, jak mruganie okiem, gdy wpadnie do niego mucha, i warunkowe, wyuczone, jak choćby zasłonięcie ust przy ziewaniu. Odruch.

O tych wyuczonych mówimy: nawyki. I mało kto z nas zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo kształtują one naszą codzienność. Ostatnimi czasy coraz głośniej się o tym mówi. I coraz częściej pisze. „7 nawyków skutecznego działania”, „Nawyki warte miliony”, „Nawyki bogatych”… niezliczona ilość guru nowoczesności uczy innych, jak żyć, i zarabia na tym krocie. Mają wiele racji, uświadamiają bowiem ludziom epoki komfortu, że aby osiągnąć cel, trzeba ze strefy komfortu wyjść, wysilić się, postarać się coś zmienić. To może być skuteczne, aczkolwiek zawsze niepewne w ostatecznej kwestii: prawdziwego szczęścia. Mocne słowa francuskiej filozof Chantal Delsol w tym kontekście zdają się całkowicie uzasadnione: „Chrześcijaństwo to jedyna koncepcja pozwalająca połączyć filozofię podmiotu z poszanowaniem naturalnego porządku. Człowiek nie stapia się tu z naturą, co pozwala mu być podmiotem, ale też nad nią nie panuje, będąc tylko ogrodnikiem; nie jest posiadaczem, bo to Bóg jest właścicielem miejsc, a człowiek jedynie dzierżawcą. Nie ma więc prawa robić, co mu się podoba. Ogrodnik, dzierżawca muszą okazywać szacunek”. Nie chodzi bynajmniej jedynie o ziemię. Ani o człowieka, który otrzymał ją wraz z własnym życiem. A zatem o jego stosunek do siebie samego, do własnego życia, do osobistych wyborów. W tym tych, które kształtują jego nawyki, wpływając tym samym na całość jego życia.

Nawyk pierwszy: wytrwałość

Znoszenie, cierpliwość i łagodność to trzy twarze tej samej cnoty, która ma na imię wytrwałość. Franciszek w „Gaudete et exsultate” napisał o niej najpierw: „Lubię dostrzegać świętość w cierpliwym ludzie Bożym: w rodzicach, którzy z wielką miłością pomagają dorastać swoim dzieciom, w mężczyznach i kobietach pracujących, by zarobić na chleb, w osobach chorych, w starszych zakonnicach, które nadal się uśmiechają. W tej wytrwałości, aby iść naprzód, dzień po dniu, widzę świętość Kościoła walczącego. Jest to często »świętość z sąsiedztwa«, świętość osób, które żyją blisko nas i są odblaskiem obecności Boga, albo, by użyć innego wyrażenia, »są klasą średnią świętości«” (GE 7).

Wydawać by się mogło, że wytrwałość w adwentowym cyklu, rodzaju indywidualnych rekolekcji dla czytelników katolickiego tygodnika, powinna być ostatnia, zamykać listę wytypowanych postaw, jak podsumowanie według schematu: najpierw dowiem się, jak się mam zachowywać, po to, by ostatecznie otrzymać pouczenie: bądź w tym wytrwały. Ale nie, nic bardziej mylnego. Należy rozpocząć od uświadomienia sobie, jak bardzo jest się niestałym w podjętych wyborach, niewytrwałym; właśnie po to, by nad własną wiernością tym wyborom pracować. Brak konsekwencji jest pandemią w nowoczesnym świecie. Niby w kwestiach biznesowych się nad nią pracuje, wyrabiając przyzwyczajenie dbania o własny kapitał, w osobistym życiu jednak człowiek XXI wieku jest najbardziej niewytrwałą istotą w historii ludzkości. Najmniejsze porażki, wywołując zniechęcenie, prowokują jednocześnie natychmiastowy odwrót od założonej drogi. Najbardziej negatywne skutki mentalność ta rodzi w przestrzeni międzyludzkich relacji i wyborów na całe życie. Nic już nie jest dzisiaj trwałe – ani małżeństwo, ani rodzina – z tej jednej przyczyny: wmówiono nam, że wybierać należy tylko w perspektywie najbliższej przyszłości i subiektywnie odczuwanego komfortu.

Problem jest w nas

Żeby coś zmienić w sobie, człowiek nieustannie szuka środków poza sobą, popełniając największy z błędów. To jednak wydaje się łatwiejsze. „Powszechne i szybko rosnące zużycie środków takich jak ritalin czy prozac dowodzi, jak bardzo jesteśmy skłonni używać techniki, by zmieniać samych siebie” – napisał Francis Fukuyama w książce „Koniec człowieka. Konsekwencje rewolucji biotechnologicznej”. I dodał: „O ile jednym z kluczowych składników naszej natury, na którym opieramy swoje pojęcie godności, jest gama emocji normalnie przejawianych przez istoty ludzkie, już teraz zawężamy tę gamę dla utylitarnych celów – zdrowia i wygody”. Przyznajmy rację, przynajmniej w tym względzie, wizjonerowi społeczeństwa konsumpcyjnego, którego jesteśmy częścią. Dobrze sobie to uświadomić również w kontekście wspólnoty, jaką jest Kościół, i nas, jako jego części. Problem jest we mnie, trzeba sobie powiedzieć, dodając, że tylko ja, bez używania wygodnych środków zewnętrznych, mogę go rozwiązać. Jestem niewytrwały, to znaczy brakuje mi „trwałości”, „trwania” w podjętych wyborach. Banalnie to brzmi, ale myśl z wiersza Lieberta: „Uczyniwszy na wieki wybór, w każdej chwili wybierać muszę” jest całkowicie uzasadnioną diagnozą.

W jakich okolicznościach najprędzej tracimy wytrwałość? Kiedy najszybciej się zniechęcamy? Bynajmniej nie w obliczu prezentujących się jako szczególnie wymagające wyzwań. Raczej w chwilach utraty sensu trwania. To bardzo ważne spostrzeżenie, dotyczące każdej pokusy. Porównajmy je do doświadczenia człowieka uzależnionego na przykład od alkoholu. Rano, umęczony i skonany, będzie powtarzał sobie do lustra, że nadchodzący wieczór przeżyje w abstynencji. Po południu, w trochę lepszym stanie, złapie się na myśleniu, że przecież nic takiego się nie dzieje, jeśli zakończy pełen wysiłku dzień kilkoma drinkami. Wieczorem nie będzie już nawet myślał, bo jego siły decyzyjne po całym dniu będą mocno nadwerężone – po prostu będzie pił. Kolejne poranki nie będą miały najmniejszych szans na przemianę tej postawy, dopóki nie uświadomi sobie najważniejszego: by trwać, trzeba uwierzyć samemu sobie, że warto. I że nie trwać jest czymś złym. Ta zasada dotyczy nie tylko trwania w unikaniu zła (substancji uzależniającej, złych przyzwyczajeń, jak na przykład plotkowanie, narzekanie na małżonka, niewierność, przekleństwa), ale i w podtrzymywaniu pomimo zniechęcenia aktu woli czynienia dobra.

Wolność ku dobru

Świętość, o której pisze Franciszek, rozumiemy najczęściej jako zespół cech predestynujących wybrańców do heroicznego życia, jednocześnie postrzegając ją jako kompletnie nieosiągalną w codziennej praktyce wiary. To poważny błąd. Gdyby święci w ten sposób ją przeżywali, żaden z nich nie osiągnąłby chwały ołtarzy. Nie z ołtarzami też przede wszystkim powinniśmy ją kojarzyć. Raczej z wolnością, a już na pewno z pierwszymi słowami adhortacji – wezwaniem „cieszcie się i radujcie”. A w wolności nie chodzi przecież o to, w co się wplątałeś, raczej o to, czy zamierzasz się z tego wyplątać. I o to, czy podejmując wyzwanie nawrócenia, zdołasz w nim wytrwać. Trwałość to coś, co w obliczu nieustannie zmieniającego się świata stanowi wartość dodaną. I choć wytrwałość zdaje się cechą jedynie bardzo silnych osobowościowo jednostek, można się jej nauczyć, wyrabiając w sobie odpowiedni nawyk: nieodstępowania od raz przyjętych założeń, nawet w obliczu ogromnego zniechęcenia. To trochę tak jak z mądrymi i głupimi pannami z przypowieści. Chcesz postępować mądrze i doczekać się Oblubieńca? Nie odkładaj na później zakupu oliwy, nawet jeśli wydaje ci się, że masz jeszcze bardzo dużo czasu.•
 

Ćwiczenie duchowe: Praca nad osobistą wytrwałością

Rozpoczynając Adwent, zadaj sobie najpierw pytanie, czy chcesz, aby w tym okresie coś się w tobie zmieniło. Jeśli tak, do dzieła! Najpierw jednak w chwili cichej refleksji przed Bogiem, najlepiej w pierwszą niedzielę Adwentu, spróbuj odkryć, co takiego zmienić się powinno. I najważniejsze: dlaczego powinno to być właśnie TO? Następnego dnia rano znajdź kwadrans. Może być trudno, ale jeśli raz go znajdziesz, za drugim razem będzie łatwiej. Stań przed Panem Bogiem w tym czasie jako ktoś, kto bardzo chce zmiany. Powiedz Mu, o jaką zmianę ci chodzi. I zapytaj, czy… On również jej chce. Jeśli tak – postanów, że:

  • przez cały rozpoczynający się właśnie dzień będziesz unikać tego, z czym chcesz zerwać (przyzwyczajenie, nałóg, zła skłonność),
  • choć raz zrobisz to, co chciałbyś uczynić swoim dobrym przyzwyczajeniem (dodatkowy uśmiech dla nielubianej osoby, trochę więcej czułości dla matki, czas na adorację Najświętszego Sakramentu).

Zakończ swój kwadrans przed Bogiem prośbą o obecność przy Tobie w tym dniu Ducha Świętego. Co godzinę choć przez ułamek sekundy pomyśl: „Już czy jeszcze nie?”. Jeśli „jeszcze nie”, zapytaj siebie: „A może to jest właśnie ten moment?”.

Wieczorem znajdź chwilę na pobycie z samym sobą i z Bogiem w ciszy. Podsumuj ten dzień. Czy zrobiłeś choć kilka kroków w przód w tym, o czym pomyślałeś rano? Jeśli tak, podziękuj Duchowi Świętemu. Jeśli nie, zapytaj, czy nie jesteś dla siebie zbyt surowy – może pół kroku do przodu od wczoraj to jednak jakiś sukces? Podsumuj dzień refleksją: „Czy wciąż uważam, że tym, co powinienem zmienić, jest właśnie TO?”. Jeśli tak, to dlaczego? Odpowiedź na to „dlaczego?”jest najważniejszą składową twojej motywacji. I najwłaściwszym kluczem do sukcesu: stania się człowiekiem wytrwałym.

ZOBACZ WIĘCEJ: Adwent z „Gościem”

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy