Nowy numer 33/2018 Archiwum

Kiedy Bóg otworzył drzwi

O ostatnich dniach życia Jana Pawła II i latach spędzonych w cieniu wielkiego papieża z ks. prałatem Mieczysławem Mokrzyckim rozmawia Beata Zajączkowska

Ks. Mieczysław Mokrzycki
(ur. 1961 r.) jeden z najbliższych współpracowników Jana Pawła II. Od lutego 1996 r. był jego drugim sekretarzem, obecnie tę samą funkcję pełni u boku Benedykta XVI. Wyświęcony na księdza w Lubaczowie w 1987 r. Od 1991 r. inkardynowany do archidiecezji lwowskiej obrządku łacińskiego. W Watykanie powszechnie nazywany don Mietek – ksiądz Mietek.

Beata Zajączkowska: Ksiądz jest jedną z nielicznych osób, które do końca towarzyszyły Ojcu Świętemu. Jak Ksiądz zapamiętał tamte dni?
Ks. Mieczysław Mokrzycki: – Tak po ludzku patrząc i oceniając, były to dla nas chwile bardzo trudne, momenty niezwykle bolesne. Wszyscy to bardzo głęboko przeżywaliśmy. Jednak patrząc z innej perspektywy, były to także chwile radosne. Widzieliśmy, jak cały świat był zjednoczony z Ojcem Świętym, jak wszyscy wspierali go swymi modlitwami, byli z nim złączeni, chcieli mu dodać otuchy. Z okien Pałacu Apostolskiego na własne oczy widzieliśmy tłumy ludzi zgromadzonych na Placu św. Piotra. Widzieliśmy, jak oni bardzo przeżywali odchodzenie Ojca Świętego, jak się jednoczyli, zbierali w różnojęzycznych grupach. Słychać było śpiewy, widać zapalone świece i przyniesione kwiaty. Ta młodzież całą noc czuwała.

Widziałem, jak ze zmęczenia niektórzy pokładli się na ziemi, aby chwilę odpocząć, i tak było każdego dnia. Dla nas, którzy przeżywaliśmy tę rozłąkę w sposób trudny, może smutny, było to pewnym ukojeniem i dodaniem siły. Z drugiej strony byliśmy spokojni, widząc naszego Ojca Świętego, który swoje umieranie przeżywał w sposób godny i bardzo spokojny. Był pełen zaufania Bogu. Zbliżający się koniec przyjmował z wielką pogodą. Jestem przekonany, że na godzinę śmierci był przygotowany. Dlatego na jego twarzy był zawsze spokój, pełne zaufanie. Do końca był świadomy. Spotykał się z najbliższymi współpracownikami, ze swoimi przyjaciółmi, z kardynałami, z biskupami z kurii. Staraliśmy się stworzyć atmosferę normalnego dnia. Także w tych ostatnich godzinach Ojciec Święty, tak jak przez całe życie, rozpoczynał dzień od modlitwy, potem była lektura duchowna, odwiedziny. Sobota nie różniła się od poprzednich dni jego życia. Ojciec Święty nie bardzo zwracał uwagę na swe otoczenie. Nie przeszkadzali mu pielęgniarze ani lekarze. Starał się przyjmować ich posługi w sposób jak najbardziej naturalny. Nam jego postawa dawała ukojenie, wyciszała nas, jakby przygotowywała na ostatnie pożegnanie. Bardziej byliśmy z nim, niż czekaliśmy na jego odejście. Tak było aż do ostatniej chwili, do soboty.

W zeszłym roku Jan Paweł II dwa razy znalazł się w szpitalu. Jak Ojciec Święty znosił cierpienie, jak reagował na to, że znowu musi wrócić do kliniki Gemelli?
– Lekarze zdecydowali, że potrzebna jest ponowna operacja. Powiedział: jeżeli tak trzeba, to się zgadzam. Było to bardzo spokojne przyjęcie przez Ojca Świętego woli jego lekarzy, której z ufnością się poddał. Sama operacja zapewne była trudna. Natomiast już potem Ojciec Święty był bardzo spokojny, przyjmował każdy zabieg, każdą formę leczenia. Także w szpitalu jego dzień wyglądał normalnie. Staraliśmy się mu stworzyć warunki domowe, rodzinne. Był zawsze abp Stanisław, byłem ja, były siostry sercanki. Chodziło o to, żeby Ojciec Święty nie odczuwał jakiejś wielkiej zmiany w swoim życiu. A jednocześnie przychodzili lekarze i w sposób bardzo dyskretny, jeśli była potrzeba, udzielali mu pomocy.

« 1 2 3 »
oceń artykuł

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji