Nowy numer 24/2021 Archiwum

Znak Jonasza

„Zmarł papież Jan Paweł II”. Jest poniedziałek rano, siedzę w samolocie do Londynu i wciąż od nowa czytam ten tytuł z pierwszych stron gazet leżących obok mnie na fotelu. Stało się to w sobotę wieczorem.

Od tamtego czasu wielokrotnie słyszałem już tę wiadomość opatrzoną mnóstwem komentarzy, ale dopiero teraz widzę to zdanie napisane czarno na białym – więc próbuję jedynie śledzić w myślach strumień uczuć, wspomnień i skojarzeń, jakie ta informacja we mnie wywołuje.

W trakcie sprawowania swej pierwszej w życiu Mszy świętej – za zamkniętymi drzwiami kaplicy klasztoru urszulanek w Erfurcie – następnego ranka po moich tajnych święceniach kapłańskich pierwszy raz wypowiedziałem jego imię. Czułem wtedy, nie tylko ja, nowy powiew – przecież minęło zaledwie kilka dni od niespodziewanego wyboru „Papieża ze Wschodu”. Tak, według wszelkiego prawdopodobieństwa, byłem pierwszym kapłanem Kościoła katolickiego wyświęconym podczas tego pontyfikatu; gdy tylko skończyła się moja Msza prymicyjna, poszedłem razem z biskupem obejrzeć bezpośrednią transmisję z uroczystej intronizacji nowej głowy Kościoła.

Było to nowe imię, nowa twarz, a także nowy duch – nie tylko na miliardzie katolików zrobił wrażenie naglący, energiczny apel z pierwszej papieskiej homilii: Nie lękajcie się! Dla neoprezbitera, który za kilka godzin miał wrócić do państwa policyjnego, aby rozpocząć swoją kapłańską posługę „w konspiracji”, i który starał się nie myśleć o ryzyku i meandrach swego nowego etapu życiowego (z nieznanym i niepewnym finałem), właśnie to słowo zabrzmiało jako bardzo osobiste przesłanie.

Potem przez ponad dwadzieścia sześć lat wypowiadałem w każdej Mszy świętej – a więc niemal codziennie – imię naszego papieża Jana Pawła, imię, które z biegiem czasu stawało mi się coraz bliższe i droższe. Od listopada 1989 roku zyskało dla mnie jeszcze bardziej osobisty wydźwięk, budziło wspomnienie pierwszego bezpośredniego spotkania z tym człowiekiem w przeddzień upadku muru berlińskiego – a później, w następnych latach, układały się w mojej pamięci ślady wspomnień z każdego kolejnego spotkania oraz rozmów w jadalni z oknem wychodzącym na Plac św. Piotra.

A zatem jest to imię, które dosłownie towarzyszyło całemu mojemu kapłańskiemu życiu, aż do tej chwili równie długiemu jak ten pontyfikat; był to dla mnie nie tylko „nasz papież Jan Paweł”, jak nazywają go wszyscy w kanonie mszalnym, ale także „mój Papież”, który dla mnie w niepowtarzalny sposób wiąże się uczuciowo z moim własnym losem, moją wiarą, moimi nadziejami. Wczoraj, w niedzielę, po raz pierwszy sprawowałem Mszę świętą bez wypowiadania jego imienia – w momencie, gdy następuje pauza w kanonie, serce ścisnęło mi się z bólu, i chociaż starałem się ze wszystkich sił, by nie dać poznać tego po sobie, głos mi się załamał, jakby we mnie samym coś umarło. (...)

« 1 2 3 4 5 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama