Nowy numer 38/2022 Archiwum

Nieuniknione poczucie obcości

Każde pokolenie pozostawia po sobie spuściznę sukcesów i porażek. Także i moje pokolenie wydało wiele dobrych osób, które zmieniały świat na lepsze. Ale największą porażką wielu rodziców, nauczycieli i pasterzy Kościoła bywa to, że nie udaje nam się w przekonujący sposób przekazać wiary pokoleniu, które teraz zajmuje nasze miejsce.

Powodem, dla którego wiara chrześcijańska nie ma znaczenia dla tak wielu młodych ludzi, jest być może to, że nie miała ona znaczenia dla nas samych. A przynajmniej nie na tyle, by kształtowała nasze życie. Jako katolicy czujemy się obcy we własnym kraju. I problemem nie jest to, że my, wierzący, jesteśmy tu „cudzoziemcami”, ale to, że nasze dzieci i wnuki wcale już nimi nie są. Świetnie odnajdują się w tym świecie, który my dla Chrystusa i dla nieba porzuciliśmy.

Dzisiaj nie ma miejsca na chrześcijaństwo. Wiara uznawana jest za przeszkodę w realizacji dążeń. Mamy w związku z tym pokusę, by poddać się zgorzknieniu i zaprzestać walki. Upadek z wysokiego stanowiska nikomu nie sprawia przyjemności, a to właśnie przydarza się zwolennikom katedr i sakramentów. Wielu wierzących nie jest gotowych żyć na marginesie. Musimy jednak walczyć z tą pokusą. Warto więc przywoływać fragmenty Listu do Hebrajczyków, który ludzi wierzących określa jako tych, którzy „uznają siebie za obcych i gości na tej ziemi”, szukają bowiem „ojczyzny nowej, niebieskiej”, „miasta zbudowanego na silnych fundamentach, którego architektem i budowniczym jest sam Bóg”. Warto też wczytać się w starożytny List do Diogneta, który opisuje chrześcijan następująco: „Mieszkają każdy we własnej ojczyźnie, lecz niby obcy przybysze. Podejmują wszystkie obowiązki jak obywatele i znoszą wszystkie ciężary jak cudzoziemcy. Każda ziemia obca jest im ojczyzną i każda ojczyzna ziemią obcą. Żenią się jak wszyscy i mają dzieci, lecz nie porzucają nowo narodzonych. Wszyscy dzielą jeden stół, lecz nie jedno łoże. Są w ciele, lecz żyją nie według ciała. Przebywają na ziemi, lecz są obywatelami nieba”. Pierwsi chrześcijanie rzeczywiście byli jak przybysze mieszkający w obcym kraju. Duch otaczającej ich cywilizacji był obcy temu, w co uwierzyli, bowiem nosili w sobie coś nowego: świadomość obywatelstwa niebiańskiego. I przede wszystkim byli wierni Królowi królów. Rozumieli, że naśladowanie Chrystusa oznacza płynięcie pod prąd. Chrześcijaństwo zrodziło się w świecie aborcji, seksualnego zamętu i rozwiązłości, nadużyć władzy i wyzysku ubogich. Miłość pierwszych chrześcijan do Jezusa przynaglała ich do tego, by wybierać doskonalszą drogę – drogę, która w oczach ówczesnej cywilizacji czyniła ich znakiem niezrozumienia, a czasem pogardy. „Nikt nie może podjąć walki – pisze papież Franciszek – jeśli nie wierzy w zwycięstwo”. I zachęca: „Spójrz w głąb twego serca, popatrz w swoje wnętrze i zadaj sobie pytanie: czy twoje serce pragnie czegoś wielkiego, czy jest uśpione przez rzeczy? Czy w twoim sercu pozostał niepokój pobudzający do poszukiwań duchowych, czy też uciszyłeś go rzeczami, które powodują jego zanikanie?”. •

Czytaj Pismo Święte w serwisie gosc.pl: biblia.gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy