Nowy numer 33/2022 Archiwum

Święte wątpliwości

Hasło: „Tomasz”. Odzew: „Niewierny”. Te słowa przylgnęły do siebie jak papużki nierozłączki. A ja chcę bronić apostoła, który wsadzał palce w rany Zmartwych-wstałego. Jest moim bliźniakiem.

Ty to masz wątpliwości! – można powiedzieć, nawiązując do jego imienia. Często przedstawiamy go jako czarną owcę. Jest negatywnym bohaterem kazań, których wspólny mianownik brzmi: nie idźcie tą drogą! Łatwo zasłonić się Tomaszem. Jednak jego historia pokazuje, że w życiu duchowym przychodzi czas zwątpień, które są naturalnym stanem, a nie rodzajem patologicznej duchowości.

Drzwi zamknięte, a zmarły przychodzi

Wyobrażam sobie, ​jak bym zareagował, gdyby rozentuzjazmowani przyjaciele ze wspólnoty przekonywali mnie, że wczoraj do „salki na górze” na katowickim Józefowcu przyszła osoba, która zmarła dzień wcześniej. I w dodatku – gorąco zapewnialiby – pojawiła się pomimo tego, że drzwi były solidne zabarykadowane „z obawy przed Żydami”. Już widzę swoją minę i reakcję. A przecież właśnie w takiej sytuacji znalazł się Tomasz. Nie był bardziej wątpiącym od pozostałej ekipy z Wieczernika. Podobnie jak reszta pozamykanych na cztery spusty apostołów nie wierzył w zmartwychwstanie. Jasno wynika to z Ewangelii. Uczniowie „przerazili się” na wieść o zmartwychwstaniu, a gdy Maria Magdalena przybiegła, by zawołać: „Grób jest pusty!”, zderzyła się z murem ich niewiary. Odesłali ją z kwitkiem, a paschalną opowieść potraktowali jako pełną egzaltacji „czczą gadaninę”.

– Pamiętajmy, że pozamykani na cztery spusty apostołowie (w ogromnym kryzysie i przeżywający lęk graniczący z rozpaczą) nie zatrzasnęli się w Wieczerniku, by rozważyć teologiczny problem, czy Pan Jezus zmartwychwstał. Zabarykadowali się, ponieważ truchleli z niepokoju o swoje życie – wyjaśnia jezuita Maciej Szczęsny.

Tomasz miał prawo wątpić, bo nie doświadczył spotkania z Tym, który „śmiercią zwyciężył śmierć”. Nie usłyszał: „Pokój wam. Weźmijcie Ducha Świętego”. Nie było go przy tym. Lekcję, jaką mogę wyciągnąć z jego historii, sformułował piszący do Hebrajczyków Paweł: „Nie opuszczajmy naszych wspólnych zebrań, jak się to stało zwyczajem niektórych” (Hbr 10,25).

Wypaleni.pl

Niedawno słyszałem konferencję, w której kaznodzieja (przypominający bardziej mówcę motywacyjnego) przekonywał, że chrześcijanie powinni nieustannie świecić i płonąć. Cytował nawet Katarzynę ze Sieny nauczającą, że możemy zapalić innych jedynie wówczas, gdy sami płoniemy.

Nie znam nikogo, kto świeciłby przez cały czas. To naturalne, że naszej wierze towarzyszą wątpliwości, że ma ona różne fale. „Góry i doliny, błogosławcie Pana” – wołał psalmista i wydaje mi się, że nie opisywał jedynie ukształtowania terenu, ale również kondycję ludzkiej duszy. Wymaganie od kapłana, lidera, przełożonego, by nieustannie płonął, może wpędzić go we frustrację, religijną nerwicę albo desperackie szukanie duchowych dopalaczy. A przecież to, że od czasu do czasu dopada go wypalenie, jest całkowicie naturalne. Narracja o tym, że nieustannie musimy świecić, przypomina mi sarkastyczne zdanie z „Doliny Muminków w listopadzie” Tove Jansson: „​To piknik – wyjaśnił Wuj Truj ponuro. – Filifionka powiedziała, że musimy dziś robić to, na co mamy ochotę”. Musimy. A gdzie tu miejsce na wolność?

Miałem wrażenie, że gdyby Jezus słuchał wspomnianego przeze mnie kazania, nigdy nie postawiłby na Piotra, który nie zdał próby krzyża. Nie było go na Golgocie. W najważniejszej chwili dramatu, gdy umierał Syn Boga, rozdrapywał rany, pogrążony w czarnej rozpaczy. Gdyby Jezus słuchał podobnych konferencji, zbudowałby Kościół na Janie: umiłowanym uczniu, który podczas ostatniej wieczerzy przytulał swą głowę do piersi Mesjasza, słysząc bicie Jego serca i jako jedyny nie uciekł spod krzyża. A jednak Chrystus postawił na Piotra, który nie potrafił odnaleźć się w gąszczu wydarzeń Wielkiego Tygodnia (od „Nigdy nie będziesz mi nóg umywał”, przez „Nigdy cię nie zdradzę!”, aż po „Nie znam tego człowieka”).

Nie wierzę w Kościół bez ran

Mamy prawo do wątpliwości. „Siła wiary nie leży w »niewzruszonym przekonaniu«, ale w zdolności uniesienia również wątpliwości, niejasności, znoszeniu ciężaru tajemnicy, a przy tym zachowaniu wierności i nadziei. Ja nie wierzę w wiarę bez ran, w Kościół bez ran, w Boga bez ran” – pisze w świetnym „Czasie pustych kościołów” ks. Tomáš Halík. „Wierzyć w Chrystusa, mieć prawo wołać: »Pan mój i Bóg mój!« (J 20,28) mogę tylko wtedy, kiedy będę dotykać tych Jego ran, których świat jest pełny także i dziś. W przeciwnym wypadku mówię tylko na próżno i bezskutecznie: »Panie! Panie!«. Nawet kiedy nie możemy uzdrowić wszystkich ran świata, nie wolno nam zamykać oczu na nie i odwracać się do nich plecami. Jezus przychodzi do Tomasza i ukazuje mu swoje rany: popatrz, żadnego cierpienia nie można łatwo wymazać ani zapomnieć! Rany pozostają ranami. A jednak ten, który »cierpiał choroby nas wszystkich«, przeszedł przez bramy piekła i śmierci: jest (w sposób niezrozumiały) z nami. Pokazał, że miłość wszystko zniesie, »nie ugaszą jej wielkie wody, a rzeki nie zaleją«, bo »jak śmierć mocna jest miłość« (Pnp 8,6-7), a nawet silniejsza od niej. Być może wskrzeszając wiarę Tomasza dotykiem ran, Jezus chciał mu dokładnie powiedzieć: tam, gdzie dotkniesz ludzkiego cierpienia, tam poznasz, że Ja żyję, że »to Ja jestem«. Spotkasz mnie wszędzie tam, gdzie ludzie cierpią. Nie unikaj mnie w żadnym z tych spotkań. Nie bój się!”.

Niewielu z nas przeżyło tak zaskakujące i radykalne nawrócenie jak rozchwytywany francuski dziennikarz i pisarz André Frossard. Jego drapieżny felieton każdego dnia ukazywał się na pierwszej stronie „Le Figaro”, a publicysta szczerze przyznawał, że… nie miał zamiaru się nawracać. Jego matka była protestantką, babcia Żydówką, a ojciec, założyciel Francuskiej Partii Komunistycznej, nie był nawet ochrzczony. Frossard wspominał: „Wszedłem do kaplicy przypadkowo, bez metafizycznych niepokojów, zmartwień, problemów osobistych, miłosnych przykrości: byłem tylko spokojnym ateuszem, marksistą, beztroskim młodzieńcem, trochę powierzchownym, który miał na ten wieczór w programie randkę. Wyszedłem stamtąd po dziesięciu minutach, tak bardzo zaskoczony tym, że stałem się niespodziewanie katolikiem, jak byłbym zdumiony odkrywając, iż jestem żyrafą lub zebrą po wyjściu z ogrodu zoologicznego”. A przecież ten sam Frossard pisał: „Wiara to 24 godziny na dobę niepewności minus 1 minuta nadziei”.

Cofam się!

Profesor Anna Świderkówna podarowała mi przed laty niewielką, zieloną książeczkę „Listy o modlitwie”. Znalazłem w niej genialną odpowiedź angielskiego benedyktyna o. Johna Chapmana (1865–1933), który mniszce użalającej się na to, że w życiu duchowym utknęła w miejscu, wyjaśniał: „Cieszę się, że Matka ma wrażenie, że stoi w miejscu w swoim życiu duchowym. Cieszyłbym się jeszcze bardziej, gdyby Matka miała uczucie, że się cofa!”.

„Dla duszy najlepszy jest niedosyt, pewna niewystarczalność, a nawet poczucie, że człowiek się cofa” – pisze dominikanin o. Krzysztof Pałys w pachnącej drukiem książce „Hewel. Wszystko jest ulotne oprócz Boga”. „Dzięki temu można pozbywać się tego diabelskiego przekonania, że wszystko zależy ode mnie, od mojej pracy, planów i decyzji. Przeciwności sprawiają, że człowiek na nowo może skoncentrować się na Bogu zamiast na sobie. W doskonałości chrześcijańskiej droga prowadzi w dół, nie ku doskonałości, a ku pokorze. Pycha objawia się w zupełnym brakiem zgody na niepowodzenia”.

Wątpliwości dopadły apostołów, Marię Magdalenę, która zapłakana pomyliła Jezusa ze zwykłym ogrodnikiem, a nawet „największego z proroków”. Uwięziony Jan Chrzciciel wołał: „Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?”, i nie było to pytanie retoryczne. To, że „wiara jest poręką (inne tłumaczenia: gwarancją) dóbr, których oczekujemy”, nie znaczy, że gdy naszą głowę rozsadzają wątpliwości, „nie nadajemy się na chrześcijanina” i „nie przechodzimy do kolejnego etapu”. Jak genialna jest intuicja ojca opętanego chłopca, który słysząc od Jezusa, że „wszystko możliwe jest dla tego, kto wierzy”, z rozbrajającą szczerością odpowiada: „Wierzę, zaradź memu niedowiarstwu!” (Mk 9,24). Wierzę. Zaradź memu niedowiarstwu. Na jednym oddechu.

Co ciekawe, imię „patrona wątpiących” (Didymos) oznacza bliźniaka. Czy to nie symboliczne? Jeśli w twoim sercu czają się wątpliwości, nie musisz załamywać rąk: masz bliźniaka w osobie samego apostoła! Jego wielkość polegała na tym, że nie skupił się na użalaniu nad sobą i rozdrapywaniu ran. Ten, który szczerze zawołał: „Pan mój i Bóg mój”, miał wedle tradycji dotrzeć z Dobrą Nowiną na Daleki Wschód. Święty Grzegorz Wielki bezbłędnie podsumował: „Więcej pomaga naszej wierze niewiara Tomasza niż wiara apostołów”.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz działu „Kościół”

Absolwent wydziału prawa na Uniwersytecie Śląskim. Po studiach pracował jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej i redaktor Wydawnictwa Księgarnia św. Jacka. Od roku 2004 dziennikarz działu „Kościół” w tygodniku „Gość Niedzielny”. W 1998 roku opublikował książkę „Radykalni” – wywiady z Tomaszem Budzyńskim, Darkiem Malejonkiem, Piotrem Żyżelewiczem i Grzegorzem Wacławem. Wywiady z tymi znanymi muzykami rockowymi, którzy przeżyli nawrócenie i publicznie przyznają się do wiary katolickiej, stały się rychło bestsellerem. Wydał też m.in.: „Dziennik pisany mocą”, „Pełne zanurzenie”, „Antywirus”, „Wyjście awaryjne”, „Pan Bóg? Uwielbiam!”, „Jak poruszyć niebo? 44 konkretne wskazówki”. Jego obszar specjalizacji to religia oraz muzyka. Jest ekspertem w dziedzinie muzycznej sceny chrześcijan.

Czytaj artykuły Marcina Jakimowicza


Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się