Nowy numer 33/2022 Archiwum

Choice of life

Niezależnie od tego, jak oceniamy wczorajszą decyzję Sądu Najwyższego USA, nie zrozumiemy amerykańskiej temperatury sporu o aborcję bez jednej rzeczy: ten spór toczy się tam dosłownie na śmierć i życie. To wyjątek w skali globalnej.

Przejęcie władzy w Białym Domu – czy demokraci po republikanach, czy republikanie po demokratach – zaczyna się od trzech rzeczy: wymiany kadr, zmiany wystroju Gabinetu Owalnego i... podpisania przez nowego prezydenta dekretu – odpowiednio – o finansowaniu lub zakazie finansowania z budżetu federalnego organizacji promujących na świecie aborcję. Na wyniki wyborów prezydenckich z zapartym tchem czeka zawsze m.in. Planned Parenthood, organizacja prowadząca sieć klinik aborcyjnych w Stanach i mocno zaangażowana w promocję aborcji zagranicą. Szefostwo PP oddycha z ulgą przy wygranej demokraty oraz zaciska pięści (i pasa) przy wygranej republikanina. W styczniu 2021 roku było podobnie: siedem dni po zaprzysiężeniu na prezydenta Joe Biden unieważnił decyzję Donalda Trumpa wstrzymującą (tzw. zasada Mexico City) przepływ środków federalnych na konta organizacji proaborcyjnych. Decyzja Bidena pozwoliła na ponowne finansowanie tych środowisk z pieniędzy publicznych. Donald Trump, obejmując urząd prezydenta, zajął się sprawą jeszcze szybciej, bo już w trzecim dniu po zaprzysiężeniu podpisał odpowiedni dekret (wstrzymujący to finansowanie), wywołując przewidywalną, cyklicznie powtarzalną reakcję środowisk tzw. pro-choice. Osiem lat wcześniej Barack Obama również na samym początku prezydentury podpisał dekret o odmiennej treści i skutkach prawnych, odwracając tym samym wcześniejszą decyzję George’a W. Busha, który z kolei odkręcał decyzje Billa Clintona... i tak co najmniej do Ronalda Reagana.

To przeciąganie liny między obrońcami życia i promotorami aborcji w USA jest fenomenem na skalę światową. W żadnym innym kraju zachodnim spór między konserwatystami a liberalną lewicą nie ociera się tak mocno o kwestię dopuszczalności lub zakazu przerywania ciąży. O ile europejska lewica nie ma kompleksów, by forsować bardzo liberalne (czy raczej restrykcyjne dla zabijanych dzieci) prawo w tym zakresie, o tyle centroprawica i prawica po dojściu do władzy boi się zamykać to, co otworzyła lewica. Stany Zjednoczone pod tym względem to niemal inna planeta: tam spór o aborcję toczy się – nomen omen – na śmierć i życie.

Jednocześnie - i to warto podkreślić przy okazji orzeczenia Sądu Najwyższego, uchylającego wyrok z 1973 roku - ten spór nie dzieli społeczeństwa na dwie równe części. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że Amerykanie są coraz bardziej nastawieni pro-life – według badań z 2017 roku (podawanych nawet przez liberalny „New York Times”) już tylko 12 proc. z nich popiera aborcję na życzenie. Biorąc pod uwagę, że jeszcze w latach 80. XX wieku ten odsetek był dużo wyższy, można mówić o powolnej, ale wyraźnej zmianie. Tym bardziej, że w ostatnich latach liczba osób sprzeciwiających się jakiejkolwiek formie aborcji przekroczyła już 50 proc. Oczywiście obecne władze - z Joe Bidenem i Kamalą Harris na czele - robią wszystko, by ten trend odwrócić, ale wyrok Sądu Najwyższego właśnie im to utrudnił.

Trudno jednak mówić tylko o zwykłym „przestawieniu wajchy” przez sędziów. To nie jest tylko odwrócenie decyzji sprzed pięciu dekad. Nie ma przecież żadnej symetrii między walką o możliwość zabijania dzieci nienarodzonych a walką o ich ochronę. Trzeba raczej mówić o przywróceniu wajchy na swoje miejsce.

Te argumenty rzecz jasna i tak nie przekonają tych, którzy w najbliższych dniach wyjadą na ulice Ameryki z głośnym i - można się spodziewać - brutalnym protestem przeciwko orzeczeniu SN. Może to wyglądać groźnie, a nawet przerodzić się w wojnę domową, ale nie jest to przecież powód, by żałować racjonalnej decyzji. Za to jest to wyzwanie zwłaszcza dla amerykańskich Kościołów - zwłaszcza katolickiego i silnych nurtów ewangelikalnych - by z większą cierpliwością przedstawiać argumenty, rozmawiać z tymi, którzy je programowo odrzucają. Wygrana na poziomie prawnym to jedno - i jest to ważne, bo prawo też wychowuje i zmienia społeczną ocenę poszczególnych norm. Ale równie ważna jest rozmowa, także z tymi, którzy na razie o żadnej rozmowie nie chcą słyszeć. To nie jest czas na triumfalizm, ale na jeszcze większą pracę u podstaw.

 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..
TAGI:

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się