Nowy numer 33/2022 Archiwum

Skuteczne narzędzia

Wysoka inflacja została wywołana głównie przez czynniki zewnętrzne, ale do pogłębienia tego problemu przyczyniła się polityka rządzących. W jaki sposób powinni oni dzisiaj walczyć z tym zjawiskiem?

W środę 8 czerwca Rada Polityki Pieniężnej po raz kolejny podniosła główną stopę referencyjną NBP. Obecnie wynosi ona już 6 proc. W ten sposób bank centralny stara się „dogonić” inflację, która w maju wyniosła 13,9 proc. Zdaniem ekonomistów podwyżki stóp procentowych są potrzebne, ale nie zatrzymają tempa wzrostu cen. W ich opinii rządzący dysponują jednak innymi instrumentami, za pomocą których mogliby przynajmniej w jakimś stopniu zatrzymać rozpędzającą się inflację.

Walka z nadpłynnością

Celem podnoszenia stóp procentowych jest z jednej strony „przyduszenie” popytu, a z drugiej zachęcenie ludzi do oszczędzania. Chodzi zatem o to, aby kredyty stały się trudniej dostępne, a oprocentowanie depozytów bankowych bardziej atrakcyjne dla klientów. Od kilku miesięcy banki dość ochoczo podnoszą raty kredytobiorcom. Stopniowo rośnie także oprocentowanie lokat i kont oszczędnościowych, ale tempo tego procesu nie jest zadowalające. To konsekwencja nadpłynności systemu bankowego.

– Banki mają zbyt dużo pieniędzy w stosunku do tego, co są w stanie zainwestować w różnego rodzaju instrumenty albo ulokować w akcji kredytowej. Przez to mniej muszą zabiegać o przychylność klientów. Nie obawiają się aż tak bardzo scenariusza, w którym ze względu na zbyt niskie oprocentowanie ludzie zaczną zabierać środki ze swoich depozytów – tłumaczy Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej.

Część ekonomistów, poszukując przyczyn nadpłynności, wskazuje na wydarzenia z 2020 r. Wówczas rząd potrzebował pieniędzy na wsparcie dla przedsiębiorców, którzy nie mogli prowadzić działalności gospodarczej ze względu na obostrzenia pandemiczne. W celu pozyskania środków stworzono mechanizm, w którym Polski Fundusz Rozwoju oraz Bank Gospodarstwa Krajowego emitowały dług poprzez obligacje. Najpierw były one skupowane przez banki komercyjne, a później odkupywane przez NBP. Nie brakuje głosów, że bank centralny powinien teraz ściągnąć te „dodrukowane” pieniądze z rynku. Mógłby to zrobić poprzez sprzedaż papierów wartościowych w ramach operacji otwartego rynku albo podniesienie stopy rezerwy obowiązkowej, co ograniczyłoby możliwość kreowania pieniądza przez banki.

Warto zdawać sobie sprawę z tego, że nadpłynność nie jest jednak wyłącznie konsekwencję działań NBP. To także skutek ilości środków, które zgromadziliśmy na depozytach bankowych. Chodzi o rekordową kwotę 1 biliona złotych. Gdybyśmy zaczęli wydawać te pieniądze na konsumpcję, inflacja zaczęłaby wzrastać szybciej niż obecnie. Dobrym rozwiązaniem byłoby jednak zainwestowanie części tych środków poza sektorem bankowym. – W tym kontekście warto byłoby pomyśleć o odnawialnych źródłach energii, dzięki którym ludzie mogliby płacić niższe rachunki za prąd. Gdyby państwo stworzyło system zachęt do inwestowania w szerokie spektrum takich źródeł i poprawę efektywności energetycznej, mogłoby się okazać, że w ciągu roku czy dwóch z sektora bankowego zniknęłoby 100 mld zł. To w znaczącym stopniu zmniejszyłoby jego nadpłynność – mówi Piotr Soroczyński.

Mocna waluta

Zdaniem ekonomistów problem inflacji pogłębia także słabość złotego w stosunku do walut obcych. Obecnie za 1 euro trzeba zapłacić 4,60 zł, a za 1 dolara 4,31 zł. To korzystniejsze kursy wymiany niż w lutym czy marcu br., ale z naszego punktu widzenia wciąż niesatysfakcjonujące. Słabość złotego przekłada się na wysokie ceny paliw na stacjach benzynowych. Ponadto wpływa także negatywnie na działalność wielu przedsiębiorstw. – Przez długi czas prezes NBP powtarzał, że mocny złoty nie jest nam potrzebny, a utrzymywanie słabszej waluty jest korzystne dla eksporterów. Taki model sprawdzał się 30 lat temu, kiedy sprowadzaliśmy z zagranicy stosunkowo niewiele towarów. Obecnie nie tylko importujemy więcej produktów, które trafiają bezpośrednio do konsumentów, ale także kupujemy za granicą komponenty niezbędne do wytworzenia artykułów sprzedawanych do innych krajów. Zatem tak naprawdę firmy, które opierają swoją działalność na eksporcie, tracą na słabej walucie – tłumaczy Piotr Soroczyński.

Analitycy szacują, że umocnienie złotego o 10 proc. przyczyniłoby się do spadku inflacji przynajmniej o 1,5 proc. Jak to osiągnąć? Piotr Soroczyński podkreśla, że w pierwszej kolejności należałoby wyłączyć mechanizm, który z założenia osłabia naszą walutę. – Gdy w 2004 r. wchodziliśmy do UE, złoty był bardzo słaby. Później za sprawą napływu kapitału zagranicznego i środków unijnych zaczął się szybko umacniać. Rządzący uznali, że aprecjacja przebiega zbyt szybko. Żeby temu przeciwdziałać, ustalono, że NBP będzie wymieniał rządowi część unijnych środków na złotówki. Postanowiono zatem, że pieniądze te nie będą przechodzić przez rynek i dzięki temu przestaną wzmacniać naszą walutę. Ten mechanizm działa do tej pory. Premier zapowiedział jego wyłączenie, ale nie wiemy, kiedy to nastąpi – zwraca uwagę Piotr Soroczyński.

Na kurs złotego pozytywnie wpłynęłoby także rozpoczęcie wypłat środków z Krajowego Planu Odbudowy. Już sama zapowiedź zawarcia porozumienia w tej sprawie pomiędzy rządem a Komisją Europejską doprowadziła do tego, że złoty umocnił się względem euro o 0,7 proc. Jeśli pieniądze ostatecznie popłyną do Polski (warunkiem jest spełnienie tzw. kamieni milowych), zaufanie do naszego rynku wzrośnie, a waluta na tym zyska.

Polityka fiskalna

Nie brakuje głosów, że do wzrostu inflacji przyczynia się ekspansywna polityka fiskalna. W najbliższym czasie rząd obniży podatek PIT, przeznaczy znaczne środki na program ochrony kredytobiorców, przedłuży tarczę antyinflacyjną i wypłaci emerytom 14. emeryturę. Te działania sprawią, że w naszych kieszeniach pozostanie więcej pieniędzy, co może utrudnić walkę z rosnącymi cenami. W ostatnim czasie Ministerstwo Finansów wysłało sygnał, że dostrzega ten problem. „Jesteśmy oczywiście świadomi, że zwiększanie wydatków publicznych może opóźnić schodzenie inflacji na bardziej akceptowalne poziomy, i dlatego zamierzamy bardzo ostrożnie podchodzić do nowych wydatków. Nasze plany to ograniczenie tych z sektora publicznego w stosunku do PKB z 44,4 proc. do 42,4 proc. w 2025 r.” – powiedziała w jednym z wywiadów minister finansów Magdalena Rzeczkowska.

W opinii większości ekonomistów cięcie wydatków publicznych, zwłaszcza w zakresie transferów socjalnych, takich jak 500 Plus, jest receptą na zahamowanie inflacji. Zdaniem Piotra Soroczyńskiego sprawa jest bardziej skomplikowana. – Wbrew powszechnym opiniom uważam, że rząd prowadzi obecnie restrykcyjną politykę fiskalną. W rzeczywistości państwo ściąga coraz więcej pieniędzy z podatków oraz innych danin. To, że w ramach redystrybucji przekazuje część tych środków poszczególnym grupom społecznym, nie jest istotne z punktu widzenia walki z inflacją. Faktem jest jednak, że wzrastający fiskalizm państwa jest jedną z przyczyn tego zjawiska. Niestety, niewiele można z tym zrobić. W najbliższych latach będziemy musieli znacznie zwiększyć wydatki na obronność. To leży w żywotnym interesie naszego państwa i nie ma tutaj miejsca na oszczędności – podsumowuje nasz rozmówca. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama