Przeszło tak przed hotelem kilkanaście par, wszyscy – wciąż to samo słowo – eleganccy, uśmiechnięci. Żadnego niepokoju na twarzach, żadnego zdziwienia, żadnej adekwatnej reakcji. No cóż… punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, ci akurat zapewne tego samego wieczoru pomiędzy jednym a drugim kęsem jesiotra wymieniali uwagi na temat jakichś faszystów, którzy niemiło ich przed hotelem witali, albo na temat upału, jaki akurat panował w Jerozolimie. Trudno jednak pozbyć się wrażenia, że albo w ich głowach ktoś przemeblował porządek rzeczywistości, albo sami wmówili sobie, że pewne „ostateczne” rozwiązania są konieczne, aby chronić ten porządek przed większym złem. Bo co innego mogłoby sprawić, by elegancka żona dyplomaty na widok wrzeszczącego tłumu machała do niego niczym do tłumu wielbicieli? Nic to nowego, wojny zawsze rozgrywali ci, którzy twierdzili, że w rzeczywistości walczą o pokój i chcą – jakkolwiek rozumianego – dobra społecznego. A jednak w bezpośrednim zetknięciu z takim postawieniem sprawy trudno się nie zdziwić, nie być zaskoczonym, nie odczuć poruszenia. Na eleganckich salonach, w których unoszą się zapachy drogich perfum, szybko przychodzi zapomnieć o zapachu krwi. Albo uwierzyć, że żadna krew nie jest przelewana.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 14,90 zł








