Nowy numer 26/2022 Archiwum

Byłem jak doktor Jekyll i mister Hyde

Nie wiem, czy te kobiety, które płakały w moim gabinecie przed aborcją, wybaczyły mi – mówi wiceminister zdrowia Bolesław Piecha w rozmowie z Barbarą Gruszką-Zych.

Kiedy zaczęliście nazywać rzeczy po imieniu?
– Słowo „dziecko” zaczęło się pojawiać w połowie lat 80., kiedy po zrywie „Solidarności” społeczeństwo nabrało odwagi. Współpracowałem wtedy z psychologami, działającymi na rzecz organizacji pro life. Pierwszy film, na którego projekcję mnie zaprosili, wstrząsnął mną i kolegami. To był 1984 r., pracowałem wtedy na ginekologii w szpitalu w Rybniku, dziś to szpital wojewódzki, gdzie rodziło się cztery i pół tysiąca dzieci, a aborcji były tysiące. Środowisko pro life zorganizowało dla nas – trzech lekarzy ginekologów – zamkniętą projekcję w salce na probostwie przy rybnickim kościele. Obejrzeliśmy „Niemy krzyk” Nathansona.

Czy Pan pamięta, jak reagowaliście na zdjęcia zabijanego dziecka?
– Pamiętam, generalnie gdzieś tam każdy z nas miał wyobraźnię i wyobrażał sobie ten fakt, właśnie tak jak go przedstawiono na filmie. Ale mieliśmy doskonale wypracowane wszystkie mechanizmy wyparcia prawdy i o tym na co dzień się nie myślało. A ten film pokazał, że to, o czym się nie myślało, można zobrazować, i że takie są nagie fakty. Po projekcji zapadła cisza. Byliśmy skonsternowani. Obecne na sali środowisko pro life zachowało się z dużym wyczuciem. Pod adresem ginekologów nie padły żadne oskarżenia. I to chyba poruszyło nas najbardziej, odblokowało sumienia. Ci taktowni działacze w obronie życia urobili mnie później jak dziecko...

Jak się dokonywało aborcji?
– Wspomniałem już o niezbędnym mechanizmie wyparcia prawdy do podświadomości. To był podwójny dramat. Stale czułem, że coś jest nie w porządku, a jako że byłem wychowany w rodzinie katolickiej – czułem to podwójnie. No i te wyrzuty sumienia trzeba było tuszować.

Czy widział Pan rączki, nóżki nienarodzonych?
– Oczywiście, że to było widać. To nie jest jakaś masa, błona po wyłyżeczkowaniu macicy... Każdy ginekolog, który był w ten proceder uwikłany, widział części ciała dziecka. Zakładało się wtedy maskę twardziela i ten twardy człowiek musiał być zasadniczy i agresywny. To był niezbędny rodzaj samoobrony. Wywiady, jakie wtedy przeprowadzałem z kobietami, które przyszły, żeby dokonać aborcji, były suche i dzisiaj oceniam je jako skandaliczne. Próbowałem zrzucić winę na kobietę, zaznaczając, że ja, ginekolog, mam tylko niepotrzebną robotę z tego powodu.
« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama