Nowy numer 26/2022 Archiwum

Raport mniejszości

Dotąd byliśmy monolitem, a mniejszości narodowe stanowiły jedynie nieco ponad 1 proc. społeczeństwa. Aż nie chce się wierzyć, że jeszcze przed dekadą najliczniejsi spośród nich byli Niemcy, a mniejszość ukraińska w Polsce liczyła zaledwie 38 tys. obywateli…

Wróciłem właśnie z Berlina, gdzie na ulicach spotykałem multi-kulti w pełnej rozciągłości. Na tętniącym życiem Kreuzbergu granice między kulturami zatarły się już właściwie całkowicie – może poza określeniami knajp i kafejek, które wciąż są „arabskie”, „hinduskie” czy „włoskie”. Przypomniało to dowcip o meczu reprezentacji Niemiec, w czasie którego jeden z piłkarzy zwraca się do kumpla: „Mesut, zobacz, jakie śmieszne nazwisko: Müller”.

Przy wielobarwnej etnicznie Francji czy naszym zachodnim sąsiedzie Polska była dotąd monolitem. A przecież przez wieki narodowościowa mozaika stanowiła wizytówkę Pierwszej i Drugiej Rzeczpospolitej, w której co dziesiąta osoba była wyznania mojżeszowego (z ok. 3,5 mln polskich Żydów wojnę przeżyło 300 tys.). Pierwsze akty prawne gwarantujące wolności mniejszościom podpisał Kazimierz Wielki, który w 1341 roku zagwarantował poszanowanie obrządku wyznawcom prawosławia, a po czternastu latach podobne prawa nadał Ormianom. To dzięki jego decyzjom Rzeczpospolita stała się pierwszym wielowyznaniowym państwem Europy.

Polska dla Polaków?

To już przeszłość. W przeprowadzonym w 2011 roku spisie ludności przynależność do mniejszości narodowych spośród 38,5 mln obywateli zadeklarowało mniej niż pół miliona, a więc nieco ponad 1 proc. Hasło narodowców: „Polska dla Polaków” brzmiało w tym kontekście (jak i każdym innym) nieco zabawnie. Statystyki radykalnie zmieniły się w dniu inwazji Rosji na Ukrainę. Nawet zakładając bardzo optymistyczny scenariusz wojny, szacuje się, że ponad połowa uchodźców z Ukrainy pozostanie nad Wisłą. Oznacza to zupełnie inny model polityki integracji obywatelskiej. Jaki? Czas pokaże. Sytuacja jest dla rządu i samorządów tak świeża, zaskakująca i dynamiczna, że prognozy przypominają rodzaj zgadywanki. Na razie zdajemy obywatelski egzamin z gościnności, a uciekający przed wojną trafili przede wszystkim do rodzin, a nie obozów dla uchodźców. Przypomnijmy, że gdy w latach 2015–2016 do Niemiec przybyło około miliona uchodźców, wiele landów nie poradziło sobie z takim napływem ludzi.

Jeden wielki tygiel

O podlaskich Kruszynianach i Bohonikach słyszał w Polsce każdy. Znajdujące się w tych wsiach niewielkie drewniane meczety przyciągają turystów z całej Polski. Przewodnicy opowiadali mi o nastolatkach, którzy oglądali tu filmy na YouTube, a później byli zdumieni, że ten seans kosztował ich grubo ponad tysiąc złotych. To teren, w którym komórki łapią sieć białoruską. Mieszkają tam polscy Tatarzy.

A pachnący żywicą i kadzidłem „sercu bliski Beskid Niski”? W niektórych wioskach z dwujęzycznymi tablicami jeszcze ćwierć wieku temu nie było asfaltowych dróg, a nawet prądu. To kraina Łemków, których ojczyzna rozciąga się między Osławą na wschodzie a Popradem na zachodzie. Mieszkało ich w międzywojniu nieco ponad 100 tysięcy.

Czy to znaczy, że z mniejszością narodową mamy do czynienia tam, gdzie przy drodze napotkamy dwujęzyczne tabliczki? Nie zawsze. Ta sytuacja sprawdzi się pod Annabergiem na Opolszczyźnie, ale nie w Bieszczadach – przy tabliczkach wypisanych cyrylicą. Tatarzy, Łemkowie czy Kaszubi, których w Polsce mieszka 233 tys., nie należą do grupy mniejszości narodowych. Dlaczego?

Regulująca tę kwestię ustawa z 6 stycznia 2005 r. dzieli mniejszości na narodowe i etniczne. Pierwsze identyfikują się z grupami, które są zorganizowane w ramach własnego państwa. Mniejszością narodową są zatem Niemcy czy Ukraińcy, ponieważ mają państwo, a nie na przykład wszechobecni Romowie. Mniejszość narodowa to grupa obywateli polskich, która jest mniej liczna od pozostałej części ludności Polski; w sposób istotny odróżnia się od reszty językiem, kulturą lub tradycją; ma świadomość własnej historycznej wspólnoty narodowej lub etnicznej; utożsamia się z narodem zorganizowanym we własnym państwie. Polskie urzędy uznają dziewięć mniejszości narodowych: Białorusinów, Czechów, Litwinów, Niemców, Ormian, Rosjan, Słowaków, Ukraińców i Żydów.

Leśnica/Leschnitz

Co ciekawe, jeszcze przed dekadą najliczniejszą mniejszością narodową nad Wisłą i Odrą byli polscy Niemcy. Przeprowadzony przed jedenastoma laty narodowy spis powszechny wykazał, że narodowość tę zadeklarowało 144 238 obywateli (ponad 78 tys. w samym województwie opolskim). Zamieszkują oni ziemie należące dawniej do Rzeszy. To mniej więcej jedna piąta mieszkańców powiatów strzeleckiego, opolskiego czy krapkowickiego. Mniejszość ta ma swych przedstawicieli w parlamencie, a Związek Niemieckich Stowarzyszeń Społeczno-Kulturalnych w Polsce reprezentuje towarzystwa działające w dziewięciu województwach i ok. 600 kół terenowych.

Ruszamy na północny wschód, na pachnące wiosennymi ziołami Podlasie. Tu Wschód spotyka Zachód, Bizancjum – Rzym, a Tomasz z Akwinu – Mikołaja Cudotwórcę. Na trzecim miejscu (po Ukraińcach, którym poświęcę osobny akapit) jest mniejszość białoruska. To niemal 44 tys. osób (w samym województwie podlaskim 38 tys.). Białorusini stanowili w powiecie hajnowskim aż 39 proc. mieszkańców. Mniejszość ta jest wypierana przez ukraińską. Zdarzają się rodziny, w których brat może być Białorusinem, a siostra Ukrainką, a rozmawiają w gwarze zwanej na wschodzie „po prostu”, będącej mieszaniną języków polskiego i białoruskiego. Można ją usłyszeć na przykład w Krynkach, w których w getcie naziści zamknęli aż 6 tys. Żydów, zmiatając z powierzchni ziemi społeczność, która przez kilkaset lat prowadziła tu szkoły, oberże, manufaktury włókiennicze i sklepy – i była liczniejsza niż gmina w Białymstoku.

Kolejna mniejszość – Rosjanie – mieszka przede wszystkim w stolicy i na Podlasiu. Są wśród nich m.in. staroobrzędowcy, którzy po reformie patriarchy Nikona (zmienił księgi liturgiczne i nakazał wiernym żegnać się trzema, a nie jak dotąd dwoma palcami) zostali wygnani z Rosji. Osiedli w Wojnowie, Wodziłkach, Pogorzelcu, Borze i Gabowych Grądach.

Polskich Litwinów spotkacie, jadąc przez sosnową puszczę z Augustowa na północny wschód. Sejny – czy jeszcze bardziej pachnący sękaczem, soczewiakami i słodkim „mrowiskiem” Puńsk to prawdziwy tygiel. „Święty, Święty, Święty!” – rozbrzmiewa przy jednym z ołtarzy na Boże Ciało. „Šventas, Šventas, Šventas” – odpowiadają przy innym. W Polsce mieszka ok. 7,5 tys. Litwinów, tyle samo co spolonizowanych Żydów, których kultura odradza się nad Wisłą. Nieliczni Czesi (2,8 tys. obywateli) i Słowacy zamieszkują przygraniczne gminy południowej Polski. Są i Ormianie (1,7 tys.), których kolonie na Rusi Kijowskiej weszły w skład państwa polskiego za Kazimierza Wielkiego.

Nowa fala

W ostatnich pięciu latach dla niemal dwóch milionów Ukraińców granica na Bugu stanowiła przepustkę do lepszego świata. Dotąd masowo przejeżdżali granicę w Korczowej, Dorohusku czy Hrebennem, by podreperować wątły stan domowego budżetu. Dziś uciekają przed wojną. Co ciekawe, jeszcze przed 24 lutego największa grupa użytkowników języka ukraińskiego nie zamieszkiwała graniczących z Ukrainą Bieszczad, Podkarpacia czy Polesia, ale województwo warmińsko-mazurskie. To efekt przeprowadzonej w 1947 r. akcji „Wisła”, podczas której niemal cała ludność ukraińska zamieszkująca tereny południowo-wschodniej Polski została przesiedlona na północ i zachód. Jedynie części udało się uniknąć przesiedlenia, a nielicznym po 1956 roku pozwolono na powrót.

Po 24 lutego wszystkie osoby uciekające z Ukrainy były wpuszczane do Polski, a w 36 punktach recepcyjnych w każdym województwie otrzymywały informacje nt. pobytu w naszym kraju, posiłek, podstawową opiekę medyczną i miejsce na odpoczynek. Wskazywano im też tymczasowe zakwaterowanie. Osoby te mają dostęp do bezpłatnej opieki medycznej i są bezpłatnie dowożone do bezpłatnych miejsc zakwaterowania w różnych częściach kraju. Polska Straż Graniczna wzmocniła obsadę całodobowych przejść, a Urząd do Spraw Cudzoziemców uruchomił infolinię i stronę internetową: ua.gov.pl. Obywatele Ukrainy nie muszą wyjeżdżać z Polski w przypadku utraty ważności dokumentów pobytowych.

Ich przyjazd zmienił strukturę dotąd bardzo monoetnicznego państwa. O skali zjawiska świadczą statystyki. Przed dekadą mniejszość ukraińska w Polsce liczyła zaledwie 38 tys. osób (w 2002 r. o 10 tys. mniej), a dziś około 3 mln.

Dotąd spotykali się na festiwalach i jarmarkach (na Łemkowskej Warcie, Kermeszu w Olchowcu, Festiwalu Kultury Ukraińskiej w Bytowie, Mokrem, Sanoku, Zielonej Górze, Szczecinie, Giżycku czy Elblągu), dziś widać ich na ulicach wszystkich polskich miast. „Miesiąc temu w biedronce co czwarty to był Ukrainiec, a teraz co czwarty to Polak” – usłyszał jeden z księży po niedzielnej liturgii. Na ulicach coraz częściej słychać rosyjski i ukraiński, którym posługuje się na świecie około 47 mln ludzi. Na naszych oczach zmienia się struktura geopolityczna Europy, a między narodami z tak dramatyczną historią dokonuje się porozumienie, którego nikt nie był w stanie przewidzieć. Realne, a nie dyplomatyczno-deklaratywne. – Myślę, że do pojednania polsko-ukraińskiego już doszło. To się dzieje w tej chwili – nie ma wątpliwości prof. Grzegorz Motyka, autor książki „Wołyń’43”. – Straciliśmy starszego brata, jak próbowała promować się Moskwa, a zyskaliśmy siostrę, którą jest Polska – podsumowuje ambasador Ukrainy w Polsce Andrij Deszczyca. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama