Nowy numer 26/2022 Archiwum

Jesteś dla nas darem

Uciekła z Tigraju. W czerwcu trafiła do ośrodka dla uchodźców w Polsce. Jej amharskie imię znaczy „Dar od Boga, ta, która łączy, która jest jednością”. Od grudnia Samrawit mieszka w lubelskiej wspólnocie sióstr białych. – Czuję się jak w domu. Przyjęta, zaakceptowana. Za to dziękuję.

Próbuje żyć, aby – jak mówi – „wszystko było dobrze”. Ale nie jest to łatwe. – W moim kraju dzień w dzień umierają ludzie. To ludobójstwo. Nie chcą nas. Ucinają ręce, zabijają. Okaleczają kobiety, aby nie rodziły. Nie chcą ani jednego więcej tigrajskiego dziecka. Wszyscy są na wojnie. Mój wujek, kuzyni… Ich matkę zabili na ich oczach. Siostrę wujka zgwałcili na jego oczach. Wszyscy mają powód, by walczyć – szlocha.

Pochodzi z okolic Mekelie, stolicy Tigraju, regionu w Etiopii. Ma dwie siostry. Studiowała na Wollo University w Dessie. – Lubię architekturę, rysunek, malarstwo. Chciałam zostać architektem, ale ojciec postanowił, że będę inżynierem – opowiada. Dziś nie ma kontaktu z rodziną. Nie wie, co się z nią dzieje. W Tigraju wszystko odcięte. Prąd, dostawy żywności, woda raz w tygodniu. Sieć komórkowa jest dostępna dopiero w regionie Amhara.

Ta rozmowa jest trudna dla Samrawit. Trudno jej wspominać: czas z rodziną odległy, rany wojny świeże. Wiele razy opowiadała o sobie, starając się o azyl. – W mojej historii nic się nie zmienia. Mnóstwo wspomnień, ale dotykanie ich bardzo boli… – mówi delikatnym głosem przez łzy. Ma rodzinę w Addis Abebie. – Jeśli przybywasz tam z Tigraju, nienawidzisz siebie. Jeśli usłyszą, że mówisz w języku tigrinia, to wezmą cię do więzienia, nawet zabiją. Wierzą, że jeśli zabiją choć jednego Tigrajczyka, otrzymują klucz do nieba – wyrzuca podniesionym głosem.

Ucieczka

Uciekła z kuzynkami. – Nasi sąsiedzi zostali zabici, wiele dziewcząt zgwałcono. Niełatwo żyć w takim kraju. Nie ma żadnego powodu, by zostać. Dlatego uciekłyśmy – mówi.

Z Adigrat w Tigraju przez miesiąc szły pieszo do Chartumu w Sudanie. Przez rzekę i dzikie, porośnięte chaszczami tereny. To była większa grupa ludzi. Wszystko zorganizowane. W Sudanie spędziły trzy miesiące. Stamtąd przedostały się do Turcji. Za transport i dalszą drogę każda z nich musiała zapłacić 3000 euro. Pomogła rodzina z Wielkiej Brytanii. W Turcji szmuglerzy zażądali więcej. Spędziły tam 11 tygodni. – Próbowałyśmy dostać się do Europy. Życie w Turcji jest bardzo trudne, gdy nie masz papierów. Bardzo się bałyśmy...

Te dni opisuje jako „życie pełne podejrzliwości”. Trafiły na opuszczoną stację benzynową, sześć godzin od Stambułu. Miejsce przeczekania dla nielegalnych migrantów. Spędziły w tym miejscu cztery noce. Potem pewien mężczyzna zabrał je do Izmiru, gdzie udało im się wejść do przyczepy tira. Tam pozostawały przez pięć dni. Był czerwiec. W przyczepie gorąco. – Próbowałam zlokalizować na mapie, gdzie jesteśmy, ale bateria w moim telefonie się wyładowała. Skończyło się jedzenie, woda… – opowiada Samrawit. Ostatniego dnia samochód zatrzymał się na długi postój. Trudno już było oddychać. Wołały kierowcę. – Przyszło dwóch mężczyzn. Jeden z nich dał nam wodę, trzy tabliczki czekolady i kazał być cicho. Kierowca sprawiał wrażenie, że nic o nas nie wie – wspomina.

Noc spędziły w tirze. Nad ranem znalazła je policja. – Zabrali nas. Mogłyśmy się wyspać i wziąć prysznic.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama