Nowy numer 3/2022 Archiwum

Rozwaga i miłosierdzie

W publicystyce ostatnich tygodni pojawił się pogląd, że spór o wydarzenia na granicy polsko-białoruskiej jest nierozstrzygalnym konfliktem wartości. Z jednej strony rozum i bezpieczeństwo. Z drugiej strony serce i dobroczynność. Kto postawi na pierwsze, zostanie oskarżony o bezduszność. Kto postawi na drugie, okaże się głupcem.

Rozwaga i miłosierdzie   Granica polsko-białoruska Roman Koszowski /Foto Gość

Czy da się pogodzić rozwagę i miłosierdzie? Dominująca odpowiedź brzmi: nie. Przy czym jedni wybierają rozwagę, zarzucając drugim (co najmniej) naiwność. Drudzy zaś w imię miłosierdzia oskarżają pierwszych (co najmniej) o brak wrażliwości. Do tego dochodzą ci, którzy – niczym Hamlet – trwają w tragicznym rozdwojeniu i głoszą, że osaczono nas w dylemacie moralnym bez wyjścia.

Sądzę, że choć sprawa migrantów na granicy (podsyłanych tam przez białoruski reżim) ma rysy tragizmu, nie stanowi dylematu bez wyjścia. Gdy bowiem uwzględnimy kompetencje i obowiązki różnych podmiotów, które (z polskiej strony) w niej uczestniczą, okaże się, że dylemat może zostać skutecznie rozwiązany. Te podmioty to państwo, Kościół (lub Kościoły) oraz organizacje charytatywne. Mają one różne zadania lub misje, które trzeba rozróżnić i które można ze sobą uzgodnić.

Zacznijmy od państwa. Podstawowym obowiązkiem państwa jest zapewnienie bezpieczeństwa swym obywatelom. Priorytetem dobrze funkcjonującego państwa jest więc dobrostan jego obywateli, a nie ludzi, którzy z tym państwem nie mają nic wspólnego. Państwo to polityczna organizacja określonej wspólnoty, a nie międzynarodowa organizacja charytatywna. Dlatego nic dziwnego, że normalne państwo będzie zabezpieczało swe granice przez intruzami z zewnątrz. Rząd, który robiłby inaczej, przegrałby następne wybory. Z kolei opozycja, która zachęca do wpuszczania migrantów o niejasnej proweniencji, albo nie chce wygrać wyborów, albo prowadzi krótkowzroczną grę polityczną.

Oczywiście, priorytet bezpieczeństwa nie zwalnia państwa z dwóch innych obowiązków. Pierwszym jest udzielenie koniecznej pomocy tym ludziom, którzy – bez względu na przyczyny – znaleźli się na jego terytorium i są w stanie poważnego zagrożenia życia. Drugim jest prowadzenie własnej polityki migracyjnej. Z pierwszego jednak nie wynika, że państwo powinno otwierać swe granice i zasoby dla bezprawnych przybyszów. Z drugiego zaś nie wynika, że polityka migracyjna ma być wymuszana przez państwa ościenna lub przez wędrówki (czy przeloty) ludów. Sytuacja demograficzna i migracyjna jest taka, że nie da się żyć bez ludzi z zewnątrz. Jednak to my, a nie oni, powinniśmy decydować kogo, skąd, kiedy i w jakiej liczbie przyjmujemy.

W naszym społeczeństwie żyją ludzie, którzy uważają, że mamy obowiązek – bądź z motywów religijnych, bądź humanitarnych – pomagać bliźnim w potrzebie. Chrystus-Król mówi w Ewangelii wg św. Mateusza – tuż przed rozpoczęciem swych działań zbawczych – że przychodzi do nas jako głodny, spragniony, przybysz, nagi, chory, więzień. Stosunek do drugiego człowieka w stanie braku lub cierpienia jest więc sprawdzianem naszej wiary w Boga i w ludzką godność.

W tym miejscu należy podkreślić, że podmiotem, do którego misji należy organizowanie pomocy innym ludziom – pomocy wykraczającej poza elementarne ratowanie życia ludzi na naszym terytorium oraz poza nasz interes narodowy – nie jest państwo. Miłosierdzie jest cnotą, która wymaga indywidualnej decyzji o rezygnacji z jakiegoś dobra na rzecz kogoś innego. Miłosierdzie na koszt państwa to coś wewnętrznie sprzecznego. Zresztą pomyślmy sobie, co by było, gdyby państwo wprowadziło dodatkowy podatek charytatywny lub migracyjny. W sytuacji, gdy potrzeb obywatelskich (i podatków!) jest coraz więcej, pomysł taki wywołałby protesty. Znaleźliby się też tacy, którzy obchodziliby ten podatek, przynosząc do Urzędu Skarbowego zaświadczenie od psychologa o trwałym zaburzeniu poczucia altruizmu.

Misja charytatywna to nie domena państwa – misja ta to domena Kościoła (Kościołów) oraz organizacji humanitarnych. W ich pracy powinni dobrowolnie uczestniczyć wszyscy ci – każdy według swego powołania i swoich możliwości – którzy rzeczywiście przejęli się płynącym z sumienia wezwaniem do miłosierdzia. Realizacja miłosierdzia nie oznacza jednak braku roztropności. Miłosierdzie bez rozwagi ma krótkie nogi. Dlatego podmioty charytatywne muszą negocjować z państwem warunki realizacji swej misji. Podmioty te muszą też podjąć publiczną dyskusję na temat, komu (przede wszystkim) powinniśmy pomóc oraz jak (w tym: na ile) możemy pomóc. Niestety, obu tych rzeczy – negocjacji i dyskusji – nam brakuje. Przyczyną tej sytuacji jest mieszanie problemu bezpieczeństwa i miłosierdzia z bieżącymi konfliktami i grami politycznymi. Organizacje charytatywne lub humanitarne powinny – dla dobra swej misji – trzymać się jak najdalej od polityki. Z kolei politycy powinni pamiętać, że ich głównym obowiązkiem jest zapewnienie bezpieczeństwa obywateli oraz umożliwienie (w granicach tego bezpieczeństwa) działań dobroczynnych tym, którzy czują się do nich powołani.

Czy da się pogodzić rozwagę i miłosierdzie? Tak. Pod warunkiem, że państwo, Kościoły i organizacje humanitarne zaczną ze sobą na ten temat rozmawiać. Co kilka głów, to nie jedna. Zresztą kilka głów może mieć zdolność widzenia problemu szerzej i dalej niż pogranicze z Białorusią. A pytanie, komu i jak pomóc, to najważniejsze pytanie, jakie muszą sobie postawić ci, którzy chcą pomagać naprawdę i mądrze.

 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Wojtysiak

profesor filozofii, kierownik Katedry Teorii Poznania  Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II. Prywatnie: mąż Małgorzaty oraz ojciec Jonasza i Samuela. Sympatyk ruchów duchowości małżeńskiej i rodzinnej.  

Zobacz także

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji