Nowy numer 38/2021 Archiwum

Jak na wojnie

O leczeniu chorych na COVID-19, wyborach i potrzebie uśmiechu opowiada dr Szymon Skoczyński.

Barbara Gruszka-Zych: Kiedy idzie Pan do swoich chorych na COVID-19 pacjentów, nie boi się Pan zarażenia?

Dr Szymon Skoczyński: Niedawno przyszło mi do głowy, że można porównać pracę lekarza podczas pandemii do bycia żołnierzem w czasie wojny. Niektórzy z walczących dezerterują, ale to mniejszość. Większość nie myśli o sobie, ale wykonuje swoje zadania. Kiedy zaczęła się epidemia, spodziewałem się, że zachoruję, ale nie potrafiłbym zrezygnować z aktywności zawodowej. Leczenie to moja misja, a pandemia to czas próby.

Niestety, przewidywania się sprawdziły. Trafił Pan nawet do szpitala jako pacjent.

Byłem w nim kilkanaście dni. Podobnie jak większość chorych do ostatniej chwili zwlekałem. Teraz, kiedy konsultuję pacjentów, u których pojawiają się symptomy niewydolności oddychania, radzę im, żeby nie odwlekali decyzji o hospitalizacji.

Bardzo źle się Pan wtedy czuł?

Opiszę to obrazowo – gdy byłem już ciężko chory, miałem problem, żeby wejść na pierwsze piętro swojego domu. A dwa tygodnie wcześniej bez przygotowania przebiegłem półmaraton.

A więc dobrze zna Pan chorobę, którą leczy. Ilu chorych ma Pan pod opieką?

Mamy 144 łóżka, w tym 10 respiratorowych. O respiratorach mówimy w aspekcie tzw. intubacji inwazyjnej. Na dwudziestu, trzydziestu, a jeśli zachodzi potrzeba – większej liczbie łóżek prowadzimy nieinwazyjne leczenie respiratorem, czyli nieinwazyjną wentylację mechaniczną bez intubacji. Informacje w mediach o łóżkach respiratorowych są bardziej optymistyczne niż rzeczywistość.

Czy podłączenie chorego do respiratora to sposób leczenia?

Dzięki temu zyskujemy czas potrzebny, by organizm pacjenta i leki, jakie mu zaordynujemy, dały szansę na wygranie z chorobą. Respirator jest przeznaczony dla różnych stopni ciężkości choroby, a przede wszystkim zabezpiecza cierpiącego przed uduszeniem. Infekcja wywołana koronawirusem przebiega w dwóch fazach. W pierwszej dochodzi do namnażania się wirusa i jego ataku na organizm. Zwykle ten etap przebiega łagodniej i bardzo wielu bagatelizuje objawy. W drugiej fazie organizm chorego zabija wirusa, co wiąże się z generowaniem tzw. burzy cytokinowej, w wyniku której uszkadzane są zaatakowane komórki organizmu i właśnie wtedy zostają uszkodzone płuca.

Jak pomagacie chorym w tej drugiej fazie?

Łagodzimy reakcje organizmu, weryfikujemy, czy powstały nadkażenia bakteryjne wymagające dodatkowej terapii, leczymy choroby współistniejące, wśród których główną grupę stanowią powikłania zakrzepowo-zatorowe. Dążymy do tego, żeby siły witalne pacjenta i stosowana przez nas rehabilitacja pozwoliły na przywrócenie funkcji jego układu oddechowego. Wypisywany do domu po ciężkim covidzie pacjent nie jest w pełni zdrowy. Osoba po ciężkim przebiegu COVID-19 potrzebuje często wielotygodniowej lub wielomiesięcznej rehabilitacji, a procesy naprawcze w płucach trwają nawet kilka miesięcy.

Czy Pana pacjenci czują się samotni?

Odczuwają samotność, bo nie mogą ich odwiedzać bliscy. Kiedy jednocześnie hospitalizujemy kilku członków rodziny, od razu widać, że lepiej znoszą tę sytuację, ale to rzadkość. Jednak znaczna większość osób wypisywanych z naszego szpitala mówi, że nie czuła się tu samotna. A to dlatego, że mamy dużą grupę studentów, wolontariuszy, ratowników, bardzo młody zespół, który emanuje pozytywną energią. Ważne, że każdy z nas – lekarz, pielęgniarka, kapelan – ma na odzieży ochronnej wypisane imię i zaszeregowanie. Chory więc wie, kto do niego podchodzi, jaką pełni funkcję, jakiej pomocy może się od niego spodziewać. Staramy się z każdym pacjentem zamienić kilka zdań, również na tematy niezwiązane z leczeniem, bo to mobilizuje do zdrowienia. Szczególnie dotyczy to starszych, którzy nie łączą się telefonicznie z rodzinami.

Znajduje Pan czas na taką wymianę zdań?

Muszę. To mój przywilej i obowiązek.

Czy ostatnio odbył Pan jakąś ważną rozmowę z chorym?

Wiele rozmawiałem z mamą 22-letniego mężczyzny chorego na COVID-19, od urodzenia cierpiącego na mózgowe porażenie dziecięce. Zanim do nas trafili, ona pierwsza zachorowała z powodu koronawirusa, znalazła się w innym szpitalu, ale synowi odmówiono tam hospitalizacji. My przyjęliśmy go z domu, a matkę przetransportowano z innego szpitala, żeby syn czuł się przy niej bezpieczny. Ze względu na niepełnosprawność nie był w stanie nawiązać z nami kontaktu, ale porozumiewał się z mamą. Ona widziała, że mimo zabiegów, które czynimy, a staraliśmy się nie tylko uśmierzać ból, ale i duszność, stan zdrowia syna pogarsza się. Choć robiliśmy, co się dało, po kilku dniach zmarł.

O czym Pan rozmawiał z jego mamą? Trudno mi to sobie wyobrazić.

Podczas leczenia tłumaczyłem jej, jakie działania podejmujemy. Kiedy naprawdę stanęliśmy pod murem, razem z anestezjologiem poprosiliśmy, aby wspierała nasze działania modlitwą, bo ludzkie możliwości zostały wyczerpane. To była taka wymiana między nami. Pyta pani, co jej mówiłem? Że jest wspaniałą matką, bo w dzień i w nocy czuwa przy dziecku. W pewnym momencie musiała się pogodzić z tym, że organizm syna jest zbyt słaby, żeby przetrwać.

Potrafi Pan przewidzieć moment śmierci? Przecież to tajemnica.

To prawda, odpowiedzi na to pytanie nie zna lekarz, tylko Bóg. Medycyna opiera się na statystyce, a statystyka nie jest matematyką. Nie potrafimy na 100 proc. stwierdzić, że ktoś umrze, ale możemy przewidywać, kto ma znikome szanse na przeżycie. Nie zapominając, że cuda się zdarzają. Wracając do tego młodego człowieka: kiedy zobaczyliśmy, jaki jest stopień degradacji jego płuc i niewydolności innych narządów, wiedzieliśmy, że intubacja i podłączenie do respiratora nie zatrzymają procesu umierania i przysporzą mu dodatkowego cierpienia. Powiedzieliśmy więc jego mamie, że zastosowanie tej inwazyjnej metody nosiłoby znamiona terapii uporczywej. Zapytana, czy tego chce, odpowiedziała, że nie.

To była dobra decyzja?

Z punktu widzenia ludzkiego i medycznego – tak. Zaintubowanie przedłużyłoby umieranie o kilka dni lub godzin. Medycyna ma swoje ograniczenia. Możemy choremu darować czas, ale jeśli jego narządy są ciężko uszkodzone, pewnych procesów nie da się odwrócić. Dla mnie ważne jest to, co powiedziała mama tego chłopca: że cieszy się, że jej syn leczył się u nas i że jest szczęśliwa, że odszedł w pokoju. Proszę wziąć pod uwagę, że były to słowa matki tuż po stracie dziecka. W tych czasach to nietypowe, że nie miała pretensji o to, że nie udało się nam uratować jej dziecka. Dziś wielu pacjentów oczekuje od medycyny cudotwórstwa.

Zdarza się, że w kolejce do respiratora z intubacją w Pana szpitalu czeka kilku pacjentów. Jak podejmuje Pan decyzję, komu najbardziej się przyda?

Kiedy na przykład przy dwóch dostępnych respiratorach do leczenia inwazyjnego na oddziale jest kilku kandydatów, konsylium lekarskie ocenia, który z nich ma dzięki temu podłączeniu szansę, aby być uratowany. Podobnie dzieje się podczas kwalifikacji do przeszczepu płuc. Wspólnie szacujemy szanse i możliwości leczenia każdego chorego. Musimy pamiętać, że jeśli podejmiemy decyzję, by zaintubować pacjenta, którego szanse na przeżycie szacujemy na znikome, takie w granicach cudu, to wiele wskazuje na to, że będzie bardzo długo leczony albo od razu umrze, a jednak zajmie respirator potrzebny innym, którzy mogliby być skutecznie leczeni. Jeżeli mamy chorych z większą szansą na przeżycie po zaintubowaniu – na poziomie od kilku do kilkunastu procent – to ich w pierwszym rzędzie musimy zaintubować i podłączyć do respiratora. To bardzo trudne decyzje. Oczywiście najpierw sprawdzamy dostępność miejsc w innych szpitalach, ale tam zwykle jest analogiczna sytuacja. Za każdym razem musimy wybrać pacjenta, który ma szansę przeżycia, a zarazem takiego, który bez tej pomocy na pewno nie przeżyje. To bardzo cienka linia.

Ile razy dziennie podejmuje Pan takie decyzje?

Często, ponieważ u wielu chorych prowadzimy nieinwazyjne leczenie respiratorem. Dzięki tej metodzie co drugiego chorego z ciężkim uszkodzeniem płuc udaje się uratować, a co drugi wymaga intubacji lub umiera. Trzeba podkreślić, że większość chorych umarłaby, gdyby nie zostali oni poddani bardzo pracochłonnej wentylacji nieinwazyjnej. Intubacja i leczenie respiratorem pozwalają na uratowanie znacznie mniej niż połowy chorych. Podobnie jest z oksygenacją pozaustrojową (ECMO). Każda kolejna metoda eskalacji terapii jest przeznaczona dla ciężej chorych, niestety, nie ratuje każdego, lecz niektórym zwiększa szansę na przeżycie.

Pewnie lekarze zajmujący się chorymi z covidem muszą słyszeć od rodzin pacjentów straszne słowa: „Nie dostał respiratora, więc zmarł”.

Takie stwierdzenia są bardzo krzywdzące i nie mają nic wspólnego z prawdą. Stan zdrowia wielu chorych nie pozwala na bezpieczny transport, a dostępność stanowisk intensywnej terapii jest ograniczona. Nie mówię teraz o dostępności respiratorów, lecz o dostępności stanowisk intensywnej terapii, ponieważ sam respirator nie leczy, do jego obsługi potrzebni są ludzie oraz wiele innych urządzeń, bez których pacjent nie miałby szans na przeżycie. W naszym szpitalu prowadzi się leczenie respiratorami nieinwazyjnymi u kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu osób naraz, podczas gdy w wielu innych ośrodkach u kilku lub kilkunastu, a czasem u żadnej. Ale respirator nie daje gwarancji uratowania pacjenta. Jedynie kilka czy kilkanaście procent chorych leczonych na oddziałach intensywnej terapii covidowej wychodzi ostatecznie do domu. To oczywiście zależy zarówno od jakości prowadzonego leczenia, jak i od stopnia ciężkości choroby pacjentów tam trafiających.

Mówiliśmy o samotności pacjentów, a czy Pan nie czuje się samotny podczas podejmowania trudnych medycznych decyzji?

Nie mogę się użalać na samotność, bo jeżeli zacznę się skupiać na sobie, to prawdopodobieństwo, że popełnię jakiś błąd, będzie większe. Podchodzę do łóżek, widzę pacjentów i nie myślę o sobie. Ważny jest tylko chory i jego choroba. Nie mogę koncentrować się na sobie, bo byłbym egoistą. Jestem dla chorych, a nie na odwrót.

Lekarz nie może być egoistą?

Powinien się starać, żeby tak nie było. Każdy z nas ma jakiś charakter. Są księża, do których ludzie lgną, podobnie bywa z lubianymi przez pacjentów lekarzami i ludźmi innych zawodów.

Boi się Pan śmierci?

Nie. Wielokrotnie znajdowałem się w sytuacjach zagrożenia życia. Być może dlatego tak się jej nie lękam, bo jako dziecko byłem reanimowany przez mamę w domu. A poza tym jestem wierzący, więc mam przekonanie, że po śmierci idziemy do nieba. To, że podczas leczenia nie koncentruję się na sobie, sprawia, że aż tak bardzo nie analizuję ryzyka wiążącego się z moją pracą.

Przecież przebiera się Pan w odpowiedni strój i stosuje do reguł...

Oczywiście. Zabezpieczam się jak należy przed wejściem do… strefy śmierci, jaką jest sala chorych w szpitalu covidowym. Tam stężenie wirusa w powietrzu jest bardzo duże.

A jak przyjmuje Pan śmierć pacjentów?

Kiedy przychodzę do pracy i widzę, że kilku z nich zgasło podczas ostatnich 24 godzin, wzrasta we mnie poczucie, że gdyby nie było przy nich lekarzy, pielęgniarek, wolontariuszy i całego naszego personelu, zgonów byłoby o wiele więcej. Śmierć to sprawa Boga, nie lekarza. Ale nie patrzę na swoją pracę przez pryzmat chorych, których straciliśmy, ale przez tych, którym mamy pomóc. To sprawia, że nie wpadam w depresję, ale idę do nich z uśmiechem. Nie widać go pod maską, ale pacjenci mówią, że rozpoznają go po moich oczach. Staram się do nich uśmiechać i wspierać ich. Jeśli w czasie wojny walczący załamaliby się po stracie kilku żołnierzy, to siedzieliby przy zmarłych, a w tym czasie wróg by ich dopadł. My też bez względu na wszystko musimy walczyć z chorobą.

Modli się Pan w pracy?

W pierwszej kolejności spełniam swoją misję lekarską, ale kiedy zachodzi potrzeba, nie wstydzę się mówić o Bogu. Zawsze wtedy proszę o pomoc kapelana, bo to jego zadanie w naszym zespole. Podczas pracy czasem modlę się w myślach, wykonując lekarskie czynności. Proszę o siłę dla chorego i dla siebie. Często jest to żołniersko krótka prośba: „Boże, pomóż!”. Kiedy widzę, że sam sobie nie poradzę, że pacjent sobie nie radzi, wtedy rozmawiam z nim o Bogu.•

Dr n. med. Szymon Skoczyński

klinicysta, naukowiec, specjalista w zakresie chorób płuc i chorób wewnętrznych. Ordynator Szpitala Tymczasowego w Pyrzowicach dla pacjentów z COVID-19. Adiunkt w Katedrze i Klinice Pneumonologii Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Barbara Gruszka-Zych

od ponad 30 lat dziennikarka „Gościa Niedzielnego”, poetka. Wydała ponad dwadzieścia tomików wierszy. Ostatnio „Nie chciałam ci tego mówić” (2019). Jej zbiorek „Szara jak wróbel” (2012), wybitny krytyk Tomasz Burek umieścił wśród dziesięciu najważniejszych książek, które ukazały się w Polsce po 1989. Opublikowała też zbiory reportaży „Mało obstawiony święty. Cztery reportaże z Bratem Albertem w tle”, „Zapisz jako…”, oraz książki wspomnieniowe: „Mój poeta” o Czesławie Miłoszu, „Takie piękne życie. Portret Wojciecha Kilara” a także wywiad-rzekę „Życie rodzinne Zanussich. Rozmowy z Elżbietą i Krzysztofem”. Laureatka wielu prestiżowych nagród za wywiady i reportaże, m.innymi nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w dziedzinie kultury im. M. Łukasiewicza (2012) za rozmowę z Wojciechem Kilarem.

Kontakt:
barbara.gruszka@gosc.pl
Więcej artykułów Barbary Gruszki-Zych

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także