Nowy numer 24/2021 Archiwum

Babcia Noncia kochała wszystkich

Ratowała dzieci romskie, żydowskie, polskie, ale i niemieckie. W każdym widziała dobro.

Alfreda Markowska, czyli Babcia Noncia. Romka, prosty i dobry człowiek, żyła cicho i skromnie. Mieszkała w Gorzowie Wielkopolskim. Zmarła 30 stycznia 2021 r. w wieku 95 lat. Dopiero od niedawna jej czyny i wojenne dzieje poznaje świat.

Dzieciństwo Nonci

Alfreda Markowska urodziła się w 1926 r. w okolicach Stanisławowa na Kresach. Jej rodzina przemieszczała się w dużym taborze: kilkadziesiąt wozów, osiemdziesiąt osób. Gdy wybuchła wojna, Romowie zaczęli uciekać przed Armią Czerwoną na zachód. Dopadł ich jednak drugi najeźdźca: Niemcy. W 1941 roku, gdy tabor rozlokował się w okolicach Białej Podlaskiej, nie uszedł uwadze okupanta. Bezbronni Romowie zostali otoczeni i wymordowani – mężczyźni, kobiety i dzieci.

– Piętnastoletniej Nonci akurat wtedy z bliskimi nie było. Wyszła wcześniej na wieś po żywność. To ją uratowało, bo została ostrzeżona przez nieznajomą kobietę, prawdopodobnie polską chłopkę, która ukryła ją w stodole – opowiada Halina Elżbieta Daszkiewicz, przyjaciółka rodziny, Polka, która opisała losy Markowskiej w książce „Nie idź tam, Cyganeczko”. – Kiedy Noncia wróciła, zastała zgliszcza i straszny widok wymordowanej rodziny.

Tamte wydarzenia zostały w niej boleśnie i głęboko. Na tyle boleśnie, że prawie o nich nie wspominała. Pani Elżbiecie relację o mordzie na Romach zdawały wiele lat później córki Nonci. – Jej córki siedziały przy niej wokół i opowiadały niejako za nią. Babcia Noncia – bo tak do niej mówiliśmy – cicho słuchała. Romowie nie zapisują wspomnień, ale żeby pamięć przetrwała, opowiadają sobie ważne wydarzenia z życia rodzin. I tak tutaj było: Noncia kiedyś opowiedziała wszystko córkom, a one opowiedziały mnie.

Pani Elżbieta spisała historię życia: dramatyczną i piękną. – Alfreda wyszła za mąż w wieku szesnastu lat. Jej mąż Jan, po romsku zwany Guciem, również przeżył tamtą tragedię: przebywał w czasie pogromu u dalszej rodziny – opowiada pani Elżbieta. Niedługo potem Nońcię złapali Ukraińcy i przekazali Niemcom. Trafiła do getta w Lublinie i w Łodzi. Jednak cudem uciekła i wróciła do męża.

Markowska w działaniu

Młodzi Markowscy trafili do Rozwadowa, dzisiejszej dzielnicy Stalowej Woli. Romowie, mieszkający w obozie, byli tam zatrudniani na kolei: przy pracach pomocniczych, porządkowych. – Markowscy mogli więc opuszczać obóz i legalnie się przemieszczać. Noncia to szybko wykorzystała. Zaczęła wynajdywać zabiedzone, głodne, przeznaczone na śmierć dzieci romskie i żydowskie – i je ratować – opowiada pani Elżbieta. Wymagało to wielkiej odwagi, ale i sprytu. Przenikliwości i energii. – Obowiązkiem Nonci było noszenie wody do wagonów, którymi Żydzi i Romowie byli przewożeni do obozów zagłady. Mężczyźni natomiast wynosili trupy z wagonów. Ratując dzieci, Noncia ryzykowała własne życie.

Gdy Noncia znajdowała w wagonie niemowlę, chowała je pod warstwami ubrań. Jak to Cyganka, nosiła dużo warstw, sute spódnice. To umożliwiało kamuflaż. Chowała dziecko pod sukienki, spódnice, i tak wynosiła dzieci z pociągów. Jeśli dziecko było starsze, brała je za rękę i nakazywała „pomoc” w noszeniu wiadra z wodą. Dziecko chwytało za jedną stronę, ona za drugą stronę wiadra, i z pomocnikiem poiła spragnionych. Potem, jakby nigdy nic, dziecko wychodziło z nią z wagonu i ze stoickim spokojem, niemalże na oczach Niemców, oddalali się do Rozwadowa. W umówionym miejscu dziecko było przerzucane dalej. – Współpracowała z nią sieć zaufanych, dobrych ludzi. Odprowadzała kolejnego malucha pod umówioną kapliczkę albo na rynek, i tam ktoś go odbierał, umieszczał w bezpiecznym miejscu, w zaufanych rodzinach – opowiada Elżbieta Daszkiewicz. – Docierała też na miejsca masowych mordów. Tam znajdowała ukryte w zaroślach, norach, krzakach ocalałe maluchy. Bywało, że wyjmowała je spod ciał matek i starszego rodzeństwa. Ratowała nie tylko dzieci żydowskie i romskie, ale też polskie sieroty.

Noncia przyjmowała również dzieci u siebie. Wychowywały się z jej biologicznym potomstwem. Bywało, że utrzymywała kilkanaście osób jednocześnie. Robiła co mogła: pracowała na kolei, ale zarobki nie wystarczały. Romskim zwyczajem więc wróżyła, żebrała. Mówiła potem własnym dzieciom, że ona robiła co w jej mocy, a Bóg pomagał...

– Najbardziej utkwiła mi w pamięci historia ocalenia małego Karolka – mówi E. Daszkiewicz. – Miał trzy latka, wyrzuciła go z wagonu kobieta jadąca do Auschwitz. Noncia traktowała go jak synka. Ocalony nazywał się Karol Parno Gierliński. Gdy dorósł, został artystą: rzeźbiarzem, prozaikiem i poetą. Do końca życia mówił, że Noncia urodziła go drugi raz, była jego drugą mamą. Po wielu latach, pod wpływem właśnie Nonci, Gierliński stworzył romski alfabet po to, by romskie dzieci mogły uczyć się i rozwijać. Na edukacji romskich dzieci bardzo zależało niepiśmiennej Markowskiej...

Ciepła i bliska

Wojna się skończyła. W 1945 roku rodzina Markowskich wyjechała na zachód, na Ziemie Odzyskane. Jeszcze w czasie podróży Noncia opiekowała się zagubionymi i głodnymi niemieckimi dziećmi. Bo co one winne? Dziecko to zawsze dziecko. Ratować trzeba.

Kiedy w latach 50. nie można już było jeździć taborami, Markowscy osiedlili się na stałe w Gorzowie Wielkopolskim. Mężczyźni handlowali, kobiety wróżyły, jak to u Romów. O przeszłości Nonci, prócz najbliższej rodziny, nikt nie wiedział przez całe lata. Noncia pracowała i wychowywała jednocześnie sześcioro biologicznych dzieci. – Poznałam ją, gdy już miała ponad osiemdziesiąt lat – wspomina pani Elżbieta. – Gdy się po raz pierwszy spotkałyśmy, poczułam z nią głęboką więź, bliskość i ciepło. Noncia przytuliła mnie i już wiedziałam, że jej się... należy książka. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie, mimo że jeszcze nawet nie znałam całej jej historii.

Romska rodzina Nonci wyraziła zgodę na zbieranie materiałów do książki. Pani Elżbieta przychodziła więc do nich często i słuchała o dawnych dziejach, poznawała ich kulturę. – Noncia uczyła szacunku i była otoczona wielkim szacunkiem. Dla niej ludzie nie dzielili się na Polaków, Żydów czy Niemców, ale na dobrych i złych. Co wyjątkowe, mimo tragedii, którą przecież przeżyła, była pogodna i w każdym widziała dobro – wspomina Noncię pani Elżbieta.

Dodaje, że Noncia była osobą głęboko wierzącą. Czuła, widziała, że jeśli przeżyła cudem, to po coś. Bóg ją ocalił, by została na ziemi i ratowała niewinne dzieci.

Szacuje się, że uratowała przynajmniej 50 maluchów. Ale prawdopodobnie liczba ta była wyższa. Za bohaterstwo i odwagę Alfreda Markowska otrzymała w 2006 r. z rąk prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. W Gorzowie Wielkopolskim na jednej ze szkół został też namalowany mural z jej wizerunkiem. Gorzowianie znają swoją bohaterkę. Reszta Polski – niezbyt.

– Noncia zmarła, ale mam nadzieję, że pamięć o niej przetrwa – mówi pani Elżbieta. – Kobiety takie jak ona we współczesnym świecie mogą być drogowskazem.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama