Nowy numer 49/2020 Archiwum

Szymon Reich z "Top Model": Katolik w show-biznesie

O tym, jak być katolikiem w show-biznesie opowiada Szymon Reich, muzyk, ewangelizator, uczestnik jednej z edycji programu telewizyjnego „Top Model”. Dorastał bez ojca, którego zastąpił mu zaprzyjaźniony ksiądz. Od siedmiu lat stale się nawraca i mówi o Jezusie w różnych środowiskach.

Jak do tego doszło, że zmieniłeś swoje życie?

Nie sam je odmieniłem. Gdy miałem może 12 lat, od kolegi mojej mamy usłyszałem: „Fajny z Ciebie chłopak!”. Nigdy nie zapomnę tej chwili, bo wtedy po raz pierwszy ktoś dorosły powiedział mi, że jestem wartościowy. A ja w to nie wierzyłem i właściwie większość moich działań skupiała się wokół tego, żeby usłyszeć albo poczuć coś takiego.

Powiedział Ci to ktoś z zewnątrz, a nie ci koledzy, którzy wcześniej byli dla Ciebie autorytetami?

To prawda. Kiedy stwierdziłem, że moja sytuacja jest dość słaba, otworzyłem się na pomoc. Pytałem moich znajomych na podwórku, ale okazało się, że żaden z nich nie był do tego skory i tak naprawdę ci wszyscy ludzie, o których względy ja się ubiegałem i wszystko robiłem, żeby oni mnie lubili, mieli mnie gdzieś. I musiałem sobie radzić sam. Nie poradziłbym sobie, gdyby pewien człowiek nie przygarnął mnie pod swoje skrzydła.

Ten człowiek był księdzem, a więc kimś, kogo z początku skreślałem. Wprawdzie byłem wychowywany po katolicku, ale nie przywiązywałem do tego wagi. To, co się działo w Kościele nie było dla mnie wtedy rzetelne, lekceważyłem to. Ksiądz był dla mnie kimś totalnie abstrakcyjnym, żyjącym w zupełnie innym środowisku. To w ogóle nie był ktoś z kategorii „człowiek”. Zyskał moje uznanie głównie dzięki temu, że znał się na sprawach podwórkowych i ulicznych. Dziwiłem się, skąd on wie, jak mam sobie poradzić z chłopakami albo jak się zachować, żeby wyjść z tarapatów i nie wpaść w jeszcze większe. Okazało się, że był mi w stanie pomóc we wszystkim. Dowiódł przez to, że zna się na życiu. Moim życiu. Wtedy pomyślałem, że może to jest człowiek warty posłuchania. A po za tym miał w miarę fajny samochód i był ustawiony w życiu. Stwierdziłem, że może za tym coś się kryje. Zacząłem z nim trzymać.

Ksiądz wręcz mentoringowo przeprowadzał mnie przez życie. Na przykład zabrał mnie do swego rodzinnego miasta, do swoich dawnych kolegów, z którymi się kiedyś zadawał i pokazał mi, jak oni skończyli: „Zobacz, to są tacy ludzie jak ci, których uznajesz za autorytety i którym chcesz się przypodobać”. Akurat popijali piwko pod blokiem i urządzali heheszki. Przypominali mi facetów, który gwizdali za ładnymi kobietami, kiedy te przechodziły obok. A ja na coś takiego byłem wyczulony, bo mam atrakcyjną mamę i siostrę. Zawsze byłem bardzo opiekuńczy i ich broniłem, więc miałem awersję do facetów, którzy tak robili.

« 1 2 3 4 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama