Nowy numer 48/2020 Archiwum

Maciek żył po porodzie 20 minut. Matka nigdy nie żałowała wspólnych chwil

Chociaż lekarze ją namawiali do aborcji, Kasia postanowiła urodzić śmiertelnie chorego, ale wyczekanego synka. Dzisiaj mówi, że ma swojego człowieka w niebie.

Mija dokładnie 6 lat, od kiedy Maciej pojawił się na świecie i wylądował w rękach swojej szczęśliwej i zatroskanej mamy. Chłopiec umarł w jej objęciach po 20 minutach. I ktoś powie, że to tragiczna sytuacja, ale z drugiej strony warto zadać pytanie: czy mogło się to skończyć piękniej, kiedy jego wada letalna nie pozwoliła mu być z rodzicami dłużej?

- Próbował łapać powietrze, popłakiwał, a potem zamknął oczy i jakby zasnął. Leżeliśmy wspólnie w szpitalu te paręnaście minut. To był bezcenny czas, który zapamiętam do końca życia - opowiada dziś specjalnie dla „Gościa” Katarzyna Kondracka.

- Tyle się obecnie mówi w Polsce, że lepiej, aby kobieta tego nie przechodziła, tylko wcześniej dokonała aborcji. Nie rozumiem takiego podejścia. Oczywiście, nie jest to przyjemne, kiedy wiesz, że twoje dziecko odchodzi, ale czy to znaczy, że powinnaś się zgodzić na usunięcie go jeszcze w brzuchu? Czyż matka nie powinna o nie walczyć za wszelką cenę i starać się być z nim jak najdłużej? Co mogłam dać więcej mojemu choremu synkowi, który nie miał szans na przeżycie, niż moje objęcia i obecność? Przyjęłam go tak samo, jak sześć lat wcześniej zdrową córkę Kamilę, czyli z radością i uśmiechem - oświadcza wrocławianka. 

Pamięta, że poród był delikatny, naturalny i bardzo szybki. W szpitalu wiedzieli, z jakim przypadkiem się mierzą. Rodzice nie byli poddani żadnej presji. Mama zdążyła ochrzcić swoje ukochane dziecko. Na te chwile czekała przecież 9 miesięcy. Siostra zrobiła im pamiątkowe zdjęcie.

- I muszę to powiedzieć: nie czułam rozdzierającej rozpaczy. Oczywiście, pojawiły się łzy oraz trudne pytania do Boga: „dlaczego Maciek nie może z nami zostać?”, „dlaczego mnie to spotyka?”, ale w tym wszystkim była równowaga, stabilność emocji. Pamiętam, że odkładałam go z pokojem w sercu. Mogliśmy się z nim pożegnać. Oprócz tego doświadczyłam naprawdę dobrej opieki przy porodzie. Mąż przyprowadził do szpitala naszą córkę. Wytłumaczyłam jej, że Maciek jest już u Boga. Prowadziłam normalne rozmowy z bliskimi - wspomina Katarzyna.

W jej sytuacji wielką rolę odegrała wiara. Syn, który pojawił się w jej życiu zaledwie na chwilę, stworzył nową niezwykłą relację Kasi z Bogiem. Czuła, że Pan jest blisko i nie zostawił jej z tym samej.

Maciek żył po porodzie 20 minut. Matka nigdy nie żałowała wspólnych chwil   Zdjęcie stóp Maćka przez USG. Archiwum rodzinne

O komplikacjach ciążowych dowiedziała się w trzecim miesiącu. Przeczuwała, że coś niedobrego dzieje się pod jej sercem. Tego samego dnia trafiła do lekarza. To był ostatni dzwonek. Miała dwa dni, żeby dokonać badania przezierności karkowej, potem byłoby już nieaktualne i zafałszowane.

- Lekarz od razu orzekł, że coś jest z dzieckiem nie tak, prawdopodobnie ma zespół Downa, ale trzeba to potwierdzić USG prenatalnym i amniopunkcją, czyli nakłuciem powłok brzusznych i dostania się do płynu owodniowego w celu pobrania próbki. Umówiłam się więc na takie badanie, które potwierdziło obawy. Zrobiono serię badań, by ustalić jednostkę chorobową. Nie wahałam się w żadnym momencie, bo chciałam bardzo wiedzieć, czy możemy pomóc dziecku w czasie ciąży – mówi K. Kondracka.

Skierowano ją do poradni genetycznej. Tam przeprowadzono szczegółowy wywiad. U Maćka w pewnym momencie podejrzewano zespół Edwardsa. Wspominano o hospicjum perinatalnym, do którego dostała namiary. Z poznanymi tam ludźmi, którzy jej pomogli, utrzymuje ciepłe relacje do dzisiaj.

Kasia wie, że spotkała na swojej drodze wtedy życzliwych ludzi i wierzy, że byli oni wymodleni. Dla niej nic nie działo się przypadkowo i bez przyczyny.

- Nakłaniano mnie, żeby z powodu przesłanki eugenicznej dokonać aborcji, bo dziecko albo umrze jeszcze w łonie matki, albo tuż po porodzie. Lekarze mówili: po co te traumy przechodzić, ma pani już zdrowe dziecko w domu, trzeba się nim cieszyć – mówi Katarzyna.

Była nieugięta, o zabiciu dziecka nie było mowy. W czasie ciąży prosiła kogo się dało o wsparcie modlitewne. Sama odmówiła dwie Nowenny Pompejańskie w intencji uzdrowienia syna.

- Kobiety, które przechodzą trudy naprawdę mogą liczyć na wsparcie innych. Wystarczy odrobina dobrej woli, otwartość. Rozumiem też, że z takimi wyzwaniami muszą mierzyć się także osoby niewierzące. Ja postanowiłam, że dziecka nie uśmiercę z powodu choroby. Czym by się to różniło od sytuacji, w której moja zdrowa córka uległaby wypadkowi i została osobą niepełnosprawną i ja z tego powodu miałabym odebrać jej życie? Miałabym się jej tak po prostu pozbyć? Ona może potrafiłaby się bronić, a Maciej i inne dzieci nie mają głosu – analizuje mama.

Okazało się, że Maciek cierpi na przepuklinę przeponową. W praktyce oznacza to, że narządy wewnętrzne takie jak żołądek i jelita, przesunęły się do klatki piersiowej i zajęły miejsce serca, które miało mniej miejsca na rozwój. To doprowadziło do poważnej wady serca. W szpitalu w Łodzi na badaniach dowiedziała się, że dziecko umrze krótko po porodzie, bo się udusi. Nie ma bowiem w pełni wykształconych płuc.

Lekarz stwierdził, że takich ciąż się „nie utrzymuje, bo kobietę czeka trauma”. Kasia podziękowała za diagnozę, ale decyzji nie zmieniała.

- Dla matki zawsze pali się nadzieja. Doktor mi powiedział, że jeśli jakimś cudem narządy u dziecka by się rozwinęły, we wskazanym szpitalu jeden ze specjalistów mógłby zoperować noworodka po porodzie i dać mu szansę na przeżycie. Jednak przed samym porodem potwierdzono czarny scenariusz – stwierdza Katarzyna.

Przez cały czas oczekiwania na rozwiązanie modliła się wraz ze swoją 6-letnią córką. Były one także objęte opieką psychologa z hospicjum. Córka wykonała pamiątkowe pudełko na drobiazgi związane z Maćkiem. Do dziś stoi w domu. Są tam m.in. zdjęcia USG. Na jednym z nich widać pięknie uchwycone stópki.

Kasia szczególnie żarliwie odmawiała różaniec. Zaprzyjaźniła się wtedy z Maryją. Któż ją lepiej zrozumie jak Matka, która patrzyła jak umiera jej syn. Kto może być lepszym wzorem?

1 listopada 2014 roku Kasia wzywała do pomocy także Wszystkich Świętych. Tego dnia zadzwoniła kuzynka, że może przywieść na noc do Kasi relikwie św. o. Pio. Udało się. Kobieta z dzieckiem pod sercem razem ze swoją córką pół nocy modliła się za wstawiennictwem świętego kapucyna. Rano oddała relikwie.

17 listopada z delikatnymi skurczami i różańcem w dłoni przyjechała do szpitala. 30 minut po przyjęciu urodziła.

- Nasze życie nie składa się tylko z przyjemności. Dla mnie to normalne, że rodzimy się i umieramy. Czy dziecko urodzi się i umrze po porodzie czy po 10 latach to zawsze jest dla matki trudnym przeżyciem. Ale z Bogiem i z wiarą można to nie tylko przetrwać, ale i pięknie przeżyć. Dzisiaj nie zgadzam się z hasłami wykrzykiwanymi na ulicy: „Mój brzuch, moja sprawa” albo „Moje ciało, moja sprawa”. W brzuchu nosimy życie. Ono nigdy nie należy do kobiety. To odrębna istota, dziecko Boże. My zostaliśmy wybrani jako opiekunowie, rodzice, a nie właściciele. Dajemy poczucie bezpieczeństwa, której jest w pierwszych chwilach najważniejsze – tłumaczy Katarzyna.

Pamięta grymasy i wymowne spojrzenia lekarza prowadzącego ciążę. Musiała stanowczo oświadczyć, że nie chce aborcji, a on patrzył z politowaniem i niesmakiem.

- Pewnie, że najlepiej, gdyby wszyscy rodzili zdrowo i bezproblemowo, ale to niemożliwe. Mam wrażenie, że próbujemy oszukiwać naturę. Co mogę powiedzieć po swoich doświadczeniach? Wierzącym, żeby trzymali Boga wytrwale za rękę, bo z Nim jesteśmy w stanie pokonać największe trudy. A niewierzącym? Żeby obok was w takich chwilach była bliska osoba i służyła swoim wsparciem – podkreśla mama Maćka.

Jej zdaniem teraz przychodzi czas, aby postawić na poradnie, stowarzyszenia i miejsca pomocy kobietom w ciąży, które stoją przed problemem choroby genetycznej dziecka. Kobieta nie może być sama w tej walce, a często otoczenie jej daje do zrozumienia, że co by nie zrobiła, będzie źle. Kobiety zasadnie boją się samotności w takich sytuacjach.

Kasia przeżyła żałobę po odejściu synka spokojnie. Po 3 miesiącach wróciła do pracy. Po 2 latach pojawiła się druga córka Otylia, która dzisiaj ma 4 lata. Opieka w hospicjum nie skończyła się w momencie śmierci Maćka, ale trwała dopóki rodzina chciała z niej korzystać. Były to między innymi Msze święte dla rodzin po stracie dziecka, czy mikołajkowe spotkania z prezentami dla rodzeństwa.

- Dzięki Maćkowi spotkałam Pana Jezusa. Bóg wie, że ja miałam to dziecko i mam je w sercu nadal. Odwiedzam regularnie jego grób. Zawsze będę jego matką. Dzisiaj czuję się wolnym człowiekiem, dziękuję Bogu za te doświadczenia i proszę swojego syna o wsparcie z nieba. Traktujemy go jak naszego człowieka w niebie i zachęcamy wszystkich bliskich, którzy potrzebują pomocy z góry, do modlitwy przez wstawiennictwo naszego Maćka. Jest pełnoprawnym członkiem rodziny, jak każdy z nas – podsumowuje matka trójki dzieci.

Dziękuje wszystkim, którzy byli blisko niej, wspierali w trudnych chwilach. Dzisiaj wie, jak ważne okazuje się poczucie odpowiedzialności za drugiego człowieka, szczególnie we wspólnocie Kościoła.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama