Nowy numer 2/2021 Archiwum

Przecież tu zaparkowałem…

Kilka tysięcy złotych za sprowadzenie auta, setki tysięcy złotych dla pasera. Samochody giną dziś rzadziej niż 20 lat temu, ale złodziei nadal nie brakuje.

Około półtora miliona złotych były warte części kradzionych samochodów znalezione w październiku w „dziupli” w podwarszawskich Markach i Kobyłce. „Podczas realizacji zabezpieczono 146 skrzyń biegów, 87 silników i inne części o łącznej wartości ponad 950 tys. zł” – poinformował nas kom. Piotr Świstak z zespołu prasowego Komendy Stołecznej Policji. „Ponadto ujawniono 16 metalowych elementów wyciętych z karoserii z numerami VIN pochodzących ze skradzionych w większości w Niemczech samochodów”.

Na terenie drugiej posesji skontrolowanej podczas tej samej akcji znaleziono części za prawie pół miliona zł. „Dziuple” z Marek i Kobyłki nie dorównywały tej, którą wykryto w sierpniu w powiecie wołomińskim. Na posesji należącej do 42-letniego mężczyzny funkcjonariusze znaleźli części, które można by sprzedać łącznie za 3,5 mln zł. Policjanci i celnicy natrafili nie tylko na 1,1 tys. elementów aut, ale też na łodzie motorowe. Przy tych znaleziskach nie robi wrażenia dorobek wrocławskiego złodzieja, który odpowie za kradzież aut wartych 110 tys. zł. Wrocławianin miał za to nietypowego pomocnika. Obserwowaniem okolicy podczas włamań do samochodów zajmowała się jego 84-letnia matka.

Współcześni złodzieje samochodów mogą tylko pomarzyć o eldorado, jakie ich koledzy po fachu mieli w latach 90. Co nie oznacza, że nie zarabiają.

Młodzi, szybcy, wściekli

– Za samo doprowadzenie samochodu do pasera, a mówimy o odległości 100–200 km, złodziej dostaje kilka tys. zł – mówi nadkom. Marcin Maludy z Komendy Wojewódzkiej Policji w Gorzowie Wielkopolskim. Ukradziony w Niemczech samochód, zwykle dobrej marki i mający nie więcej niż 5 lat, trafia do „dziupli” w Polsce. Usytuowanej nieraz 80–100 km od granicy – bliżej można by natrafić na Straż Graniczną. Ale długa jazda w głąb kraju też zwiększa ryzyko wpadki. Jednym z regionów, gdzie działa sporo paserów, jest powiat strzelecko-drezdenecki. To tam w połowie października lubuscy policjanci wykryli „dziuplę”, w której znajdowało się 6 całych aut wartych łącznie pół miliona zł, a także części przynajmniej 33 innych.

W „dziupli” auto zostaje rozebrane na części. 3-letnie BMW serii 3 może kosztować powyżej 100 tys. zł, ale za poszczególne elementy dostanie się w sumie więcej. Sam silnik kosztuje w sklepach internetowych kilkadziesiąt tys. zł. Sprzedaż na części jest też dla złodziei bezpieczniejsza.

Na czarnym rynku aut wiele się zmieniło w ciągu ostatnich lat, ale bogatsze od Polski Niemcy cały czas są dobrym terenem łowów. Dlatego policja z przygranicznych województw często ma do czynienia ze specjalistami od mercedesów i BMW. Jak mówi nadkom. Maludy, złodziej prowadzący auto do „dziupli” na pewno nie zatrzyma się do kontroli, dlatego dochodzi do pościgów rodem z filmów. Jednak w ten sposób łamie kolejny paragraf, pogarszając na starcie swoją sytuację.

Kiedyś to było

Jak przypomina nadkom. w stanie spoczynku Dariusz Loranty, ekspert Środkowoeuropejskiego Instytutu Badań i Analiz Strategicznych, złodziejstwo samochodowe eksplodowało w latach 90. W czasach PRL było rzadkością, bo człowiek, który nagle stawał się posiadaczem auta, zbytnio rzucał się w oczy. Wolny rynek i możliwość przekraczania granicy sprawiły, że kradzieże pojazdów zaczęły być opłacalnym biznesem. Decydującym momentem okazała się decyzja szefa Głównego Urzędu Ceł Ireneusza Sekuły, zgodnie z którą cła na sprowadzane do Polski części samochodowe były znacznie niższe niż opłaty za całe auta. Na granicy z Niemcami zaroiło się od rozkręconych pojazdów, które składano z powrotem w Polsce. Zaczął kwitnąć handel, a co za tym idzie – również kradzieże, dlatego że potrzebne były części zamienne. W dodatku w morzu sprowadzanych z Niemiec części łatwo było ukryć te zdobyte nieuczciwie. Na bazarkach bez żenady wystawiano na sprzedaż drzwi samochodowe ze śladami wiercenia zamka.

Złodzieje szaleli także w kraju. Ginęły auta, bardzo ryzykowne było pozostawienie w samochodzie radia na noc, czasem z zaparkowanych pojazdów wymontowywano koła albo lampy. – Złodziejami były charakterystyczne, długie, chude chłopaki – wspomina Dariusz Loranty. Ginęły luksusowe maszyny, ale i popularne wtedy passaty, polonezy, małe i duże fiaty. Część kradzionych samochodów po przebiciu numerów sprzedawano na giełdach, ale ogromną część przewożono na Wschód.

Od końca lat 90. sytuacja zaczęła się powoli zmieniać. Na kradnących auta zaczęły polować policyjne grupy „Moskit”, „Wektor” i „Gepard”. Znowelizowano prawo, pozwalając na podstawianie przestępcom samochodów-pułapek naszpikowanych sprzętem nagrywającym. – Komenda stołeczna miała kilka takich pojazdów. Złapano dzięki nim na gorącym uczynku 20–30 złodziei w ciągu paru lat. Przetrzebiono w ten sposób najgorszy sort samochodowych włamywaczy w dresach – opowiada Loranty.

Ich następcy stosują czasem podobne metody: uderzają w czasie, gdy właściciel na chwilę wyjdzie z samochodu, kradną kluczyki z domu, pozorują stłuczki. Muszą też jednak znać się na elektronice. Mają zagłuszacze sygnału GPS, aby utrudnić poszukiwania auta. Używają też urządzeń naśladujących sygnał pilota do otwierania zamka. Jak zaznacza Dariusz Loranty, średni wiek samochodowego włamywacza jest dziś wyższy niż 20 lat temu. Najczęściej giną auta klasy średniej, ale tych jest po prostu najwięcej na ulicach. Najbardziej narażeni na kradzież są właściciele drogich pojazdów.

Nie ma, że nie wiedziałem

Dziś znaczna część nielegalnego towaru trafia na polski rynek. Tymczasem kupowanie kradzionych części jest przestępstwem. Za tzw. paserstwo nieumyślne grożą 2 lata pozbawienia wolności, a brak świadomości nie jest dla sądu wytłumaczeniem. Sędzia weźmie pod uwagę to, czy w danych okolicznościach można było się spodziewać, że części zostały ukradzione. Jeśli więc kupimy chłodnicę w sklepie za przeciętną cenę, raczej nie musimy się obawiać wyroku, nawet jeśli okaże się, że sprzedawca był nieuczciwy. Jednak klient kupujący w internecie lub na giełdzie silnik do mercedesa za 2 tys. zł musi się liczyć z kłopotami. – Jedynym sposobem upewnienia się, czy zakupiona na portalach internetowych część może pochodzić z kradzieży, to kupowanie wyłącznie z oznaczeniami fabrycznymi – tłumaczy kom. Piotr Świstak.

Lepiej, ale nie wszędzie

Statystyki poprawiają się z roku na rok. W 1998 r. policja przyjęła 80 tys. zgłoszeń o kradzieży samochodu. W 2003 r. zgłoszeń było niecałe 60 tys. W 2008 r. ich liczba nie sięgnęła 20 tys. W 2019 r. stwierdzono 8672 przestępstwa. W co piątym przypadku doszło do wykrycia sprawców.

Z tym jest ostatnio coraz gorzej. Jeszcze kilka lat temu wskaźnik wynosił 25 proc., przy czym różnice między poszczególnymi latami i województwami są duże: na Mazowszu bywało to kilka proc., na Opolszczyźnie czy w województwie świętokrzyskim zdarzało się ponad 40 proc. W pierwszej połowie 2020 r. odnotowano 5978 przypadków utraty auta, czyli o 35 więcej niż od stycznia do czerwca 2019 r.

W województwie mazowieckim kradzieży jest najwięcej, w dodatku od 2017 r. rośnie ich liczba. W 2019 r. było ich 3,3 tys. To o 12 proc. więcej niż rok wcześniej. Policja nie podaje, ile takich sytuacji zdarzyło się w stolicy, ale według Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego Samar było to ponad 1,7 tys. Samar zaznacza, że statystyki mogą być zawyżane przez to, że w Warszawie mają siedziby firmy leasingowe, dlatego samochody na stołecznych numerach jeżdżą – i znikają – w całym kraju.

Sytuację pogarszają też kłopoty warszawskiego wydziału policji zajmującego się kradzieżami aut. Jego były naczelnik i dwóch funkcjonariuszy zostało zatrzymanych. Zdaniem śledczych policjanci sztucznie poszerzali listę zarzutów stawianych zatrzymanym, żeby poprawić statystyki. Nawet jeśli zarzuty okażą się nieprawdziwe, zamieszanie w „samochodówce” na pewno nie martwi złodziei.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama