Nowy numer 2/2021 Archiwum

Cała prawda o miłości

O małżeństwie i odpowiedzialności mówi Magdalena Kleczyńska, doradca rodzinny i autorka książki „Obdarowani sobą”.

Agata Puścikowska: We współczesnym świecie pisanie o małżeństwie i odpowiedzialności to trochę nuda. Dlaczego się zdecydowałaś?

Magdalena Kleczyńska: Chciałam napisać książkę inną, konkretną i prostą, bez filozofowania i zbędnego patosu. Moja książka to poradnik, w którym większość poruszanych zagadnień ujęłam w punktach. Kolejna sprawa to strefa dzielenia. Czytając małżeńskie poradniki, często myślałam: „Aleś ty mądry, a jak to było u ciebie, też tak idealnie?”; „Lepiej opowiedz o normalnym życiu, bez idealizowania i wzniosłych historii”. Starałam się więc tak pisać. Opowiedziałam część naszej historii, w skrócie, bez wielkich emocji, choć sama je kiedyś miałam, mówiąc na przykład o tym, że u nas nie było najpierw... wielkiego zakochania.

To problem?

Wstydziłam się tego, bo ten schemat nie pasował do opowieści o wielkiej miłości. U nas nie było „motyli w brzuchu” i miłosnych listów. Zaczęło się całkiem normalnie, od wspólnej klasy. Patrzyłam na Darka jak na kujona, on na mnie jak na niewierzącą. Potem jednak zaczęliśmy dużo rozmawiać. W pewnym momencie jakoś tak wyszło, że się pocałowaliśmy i trzeba było zdecydować, co z tym fantem zrobić. Daliśmy sobie trzy dni namysłu, on do tego podchodził ogromnie poważnie, ja miałam większy luz. No i tak się to zaczęło. Potem przyszła decyzja, że budujemy relację wspólnie z Jezusem. Przyszły problemy ze wstrzemięźliwością, w końcu Ruch Czystych Serc i nasze stoczone „wielkie” walki, które teraz wydają mi się śmieszne, bo już trochę lepiej rozumiem, czym jest czystość, że to nie tylko brak seksu przed ślubem. Dużo czytaliśmy, jeździliśmy na ignacjańskie, na RCS, do Taizé. Trochę też tych smętnych nudnych książek się naczytałam, i mimo wszystko je chłonęłam, potrzebowałam ich... Dlatego wiem, że wiele par potrzebuje poradników. W mojej książce chciałam jednak uniknąć patosu. Jestem zwykłą dziewczyną z małego miasteczka, żoną, która nieraz ma dość gotowania, prania i sprzątania, i wielodzietną mamą. Jestem jednocześnie specjalistką od miłości do mojego męża, wiem, co lubi, jak okazywać mu to, że jest ważny, jestem specjalistką od bycia mamą Emilki, Staszka i Karolki. Tym się podzieliłam.

Jak na książkę zareagował Twój mąż?

Kiedy napisałam pierwszy rozdział, Darek skwitował: „No… słabe to jest, ale pisz dalej, zobaczymy, co z tego wyjdzie”. Potem wszystko w tym rozdziale zmieniłam. Rok siedziałam po cztery godziny dziennie, wkurzałam się, że ciągle mi nie idzie. W końcu powstała książka: moja, szczera, konkretna. Mam nadzieję, że komuś pomoże.

Komu? Grzecznym katolikom?

Nie! Ludziom, którzy chcą się dowiedzieć, jak z Jezusem tworzyć... trójkąty. Ale pisałam też pod kątem osób niewierzących, mimo że np. rozdział o miłości intymnej jest w całości połączony z duchowością. Nie umiem tego rozdzielić. Poza tym właśnie niewierzącym chciałam pokazać, ile tracą, jeśli nie istnieje duchowa strona seksu, jeśli stawiają wyłącznie na fizyczność. Wiem, jak to brzmi, ale serio, kręci mnie seks małżeński, lubię opowiadać o tym, jaki Bóg ma plan dla intymnej małżeńskiej relacji. W poradni mam pary, których małżeństwa się sypią i często zaczyna się od braku bliskości fizycznej. Chciałam, żeby ta książka dała ludziom kopa do podejmowania konkretnych decyzji. Nie ma idealnych rad, które sprawdzą się zawsze i u każdego, ale są pewne wytyczne, które warto znać przy tworzeniu jakiegoś projektu.

Miłość niejedno ma imię. Z jakim rodzajem miłości współczesny człowiek ma największe problemy?

Moim zdaniem w ogóle nie rozumie miłości. Zacznijmy od tego, że nie kocha... siebie, bo nie ma dla siebie czasu. Zabija ciszę tysiącem wiadomości. Boi się samotności i boi się związku na całe życie, a w efekcie żyje na pół gwizdka. Kochać siebie jest bardzo trudno, trzeba przyznać się do słabości, bylejakości i wad. I trzeba miłosierdzia do siebie samego, a z tym krucho. Żeby siebie pokochać, trzeba zaakceptować to, jak wyglądam, skąd jestem, jaka jest moja rodzina. Trzeba wziąć odpowiedzialność za swoją codzienność, decyzje i więzi, które się buduje. Trzeba trochę się samemu wychowywać. Wtedy można naprawdę pokochać i drugą osobę.

A co to w ogóle jest miłość? Ale tak bez nudnych regułek...

Ja jednak lubię jedną regułkę: „Miłość to bezinteresowny dar z samego siebie”. Strasznie długo to rozkminiałam, pytałam mojego przyjaciela jezuitę o. Stanisława Majchra, co to jest ten dar, co to bezinteresowność. I wykładnia przyszła sama: kilka lat temu spędziłam z córką 7 tygodni w izolatce. Zachorowała nagle na zapalenie wątroby. Któregoś dnia Darek zadzwonił do nas rano, żeby się umówić na odwiedziny. Czułam, że jest zmęczony. Zaproponowałam, żeby odpoczął, nie przyjeżdżał w tym dniu, tylko wybrał się na rower. Mąż się ucieszył. Jednak po południu wchodzi do izolatki. Zdziwiona pytam: „Co tu robisz”, a on mi podaje definicję bezinteresownej miłości: „Nie mógłbym być teraz nigdzie indziej jak tylko z wami. W twoim głosie usłyszałem, że mnie potrzebujesz”. Wiem, słodkie strasznie, ale roztopił mi serce.

Owszem, słodko. Młodzież wstawiłaby emotek – serduszko. Tymczasem sama wiązać się nie chce. Dlaczego?

Małżeństwo to pewne zobowiązanie. To decyzja na całe życie, wzięcie odpowiedzialności za kogoś. Nas też to przerażało, ale w Kościele nie ma drogi na skróty. Dzisiaj młodzi mają wspólne mieszkanie, kredyty i plany bez ślubu. Tymczasem każdy związek jest trudem. Jeśli jednak ślubujesz ludziom i Bogu, masz pewien respekt przed tym, co się stało, łatwo nie odpuszczasz. Paradoksalnie – to przeraża wielu. Mówią sobie: jak się skończy uczucie, to będzie inna czy inny, przyjdzie kryzys, to wtedy zdecyduję. Mam takich ludzi w poradni. Dla nich napisałam rozdział o decyzji i o miłości.

Przekonasz książką do podejmowania decyzji?

Może bardziej autentyzmem? Jeśli my wierzący będziemy autentycznie się kochać, będzie po nas widać, że to działa, że jesteśmy szczęśliwi, że jakoś wychodzimy z tych kryzysów, to już będzie mocne. Chcę, by moja książka dała motywację, inspirację, rozpaliła ugaszony ogień, nadała nowe tory i pomysły, żeby więzi były bardziej autentyczne, szczęściodajne i promieniujące. Normalność i codzienne mycie garnków – byle z miłością. To nas może uratować. Prawda jest pociągająca.

Co Twoim zdaniem jest największym problemem par?

Nie lubię stawiać diagnoz. Mogę mówić jednak o problemach par, które zgłaszają się do mnie, do poradni. To antykoncepcja i pornografia. Te dwa tematy ciągle wałkuję. Ludzie uwikłani w pozory przyjemności tracą autentyczne więzi z sobą. Niezależnie też od rodzaju kryzysu, jego początkiem jest zwykle nieumiejętność dogadania się, brak komunikacji: on mówi, ona mówi, ale... nikt nie słucha. W rezultacie robią dużo hałasu, ranią się. Jeśli natomiast pary poznają podstawowe zasady komunikacji i zaczynają je stosować, sprawa nabiera od razu innego obrotu. Nawet jeśli jedno jest uwikłane w pornografię, szukają pomocy razem, słuchają siebie, nie oskarżają, nie wyzywają.

A mogli się tej komunikacji na kursach małżeńskich nauczyć...

Mogli lub nie. Wszystko zależy od diecezji, od księdza, świeckich, którzy mu pomagają, i zaangażowania narzeczonych. U nas jest Ośrodek Arka w Gródku nad Dunajcem, tam są weekendowe rekolekcje dla narzeczonych, ksiądz, któremu się chce i który angażuje kochające się małżeństwa, żeby dzieliły się codziennością. Ludzie wyjeżdżają zadowoleni, ale to są przegadane godziny, spowiedzi nieraz w środku nocy, dostępność i otwartość prowadzących. Jeśli jednak kursy wybiera się na zasadzie „aby odbębnić”, to zwykle są słabe, nie dają nic dobrego. To też kwestia wyboru i poszukiwań. Jestem obecnie członkiem synodu w naszej tarnowskiej diecezji i zaskakuje mnie to, jak bardzo księżom zależy na dobrym przygotowaniu narzeczonych, ale tu też potrzeba wysiłku z obu stron. Na swoim pierwszym kursie dla narzeczonych zapytałam: „Kto przyszedł po papier, ale serio?”. I 99 procent kursantów podniosło ręce. Podpisałam kartki i mówię: „Możecie iść, będę mówiła o seksie w małżeństwie, trochę się podzielę swoją historią. Jeśli chcecie wiedzieć coś więcej, to zapraszam, a jak wam nie zależy, to droga wolna”. Zostali prawie wszyscy.

Pracujesz z singlami? Nie chcą, czy nie umieją się wiązać?

Pracuję. Jedni boją się, że im nie wyjdzie. Wolą żyć złudzeniami, marzeniami, planami na przyszłość. Inni walczą z własnymi zranieniami, mają przeróżne blokady. Miałam ostatnio w poradni młodego mężczyznę, który bał się poważnej decyzji, nie umiał pokonać strachu przed rozmową, bliskością, dopuszczeniem kogoś do swojego życia. Okazało się, że został w dzieciństwie opuszczony przez ojca i wiele złego wydarzyło się w rodzinie. Tymczasem zakopać pod dywan złych doświadczeń się nie da. Trzeba najpierw ogarnąć siebie. Trzeba siebie mieć, żeby siebie komuś dać. Znam też bardzo dużo mądrych, inteligentnych, poukładanych dziewczyn, które nie mogą znaleźć normalnego chłopaka.

Dlaczego?

Obserwuję jakiś wysyp Piotrusiów Panów, którzy boją się konfrontacji z kobietą. Czasem też single na siłę szukają ideału. Bywa, że chodzą „po wspólnotach” i myślą, że tam poznają katolickiego księcia z bajki. Szukają emocji, jakichś uniesień, myślą, że miłość i wiara to porywy serca, wzniosłe definicje i ludzie bez skazy. Jak się coś zaczyna sypać, uciekają do innej wspólnoty, by poznawać kolejnych „idealnych” kompanów do świętości. A przecież tacy nie istnieją. Chcesz mieć męża, żonę? To nie szukaj drugiej połowy jabłka, pomarańczy czy czegokolwiek. Miłość, relacja, małżeństwo to jest... praca. Bierzesz zwykłego człowieka, którego czasem lubisz, czasem cię wkurza, czasem się zachwycasz. Innym razem chcesz to wszystko rzucić, ale trwasz, bo wybrałeś. Miłość, związek, małżeństwo to ciągły zachwyt, ale i ogromny trud. Kiedy musisz przekraczać swoje granice, kiedy otwierasz się tak mocno na drugiego człowieka, on najlepiej wie, jak cię... zranić. I to robi. Kiedy musisz wysłuchiwać płaczu, żalu i trudności, na pozór łatwiej jest być samemu. Jednak efekt szczęścia w kochającym się związku przerasta nasze oczekiwania. Ja tego codziennie doświadczam. To się opłaca.•

Magdalena Kleczyńska

doradca rodzinny, biotechnolog, liderka Duszpasterstwa Kobiet Diecezji Tarnowskiej

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama