Nowy numer 48/2020 Archiwum

Rycerz dnia codziennego

Promotor rodziny, mistrz dobrego pożytkowania męskiej energii, organizator ruchów abstynenckich, opiekun więźniów, a nawet... baseballista. Choć ks. Michael McGivney żył stosunkowo krótko, jego aktywnością można by obdzielić co najmniej kilka osób.

Ksiądz Michael McGivney znany jest głównie jako założyciel Rycerzy Kolumba, jednak jego gorliwość i nowatorskie metody pracy duszpasterskiej mogą być inspirujące dla znacznie szerszej grupy współczesnych chrześcijan.

Powołanie z przeszkodami

Jego biografia jest fascynującą historią pokonywania życiowych przeszkód i przekuwania ich w służbę innym. Przyszedł na świat w 1852 r. w Waterbury, w amerykańskim stanie Connecticut. Jego rodzice byli katolikami, imigrantami z Irlandii, którzy uciekli ze swojego kraju przed wielkim głodem, panującym tam w latach 1845–1849. W tamtym czasie takie pochodzenie oznaczało życie na najniższym szczeblu amerykańskiej drabiny społecznej. Nieufność protestanckiej większości wzbudzał również sam katolicyzm, bowiem duża jej część uważała, że lojalność wobec papieża musi wiązać się z brakiem lojalności wobec prezydenta i państwa.

Patrick i Mary, rodzice przyszłego błogosławionego, byli osobami głęboko wierzącymi i taką też wiarę przekazali swoim dzieciom. Michael, najstarszy z trzynaściorga rodzeństwa, powołanie poczuł już w wieku 13 lat, pociągnięty przykładem miejscowego proboszcza. Jednak jego droga do kapłaństwa nie była prosta. Najpierw zgody na rozpoczęcie nauki w seminarium nie wyraził ojciec. Po ukończeniu szkoły podstawowej chłopiec zatrudnił się więc w fabryce wyrobów mosiężnych. Praca ta trwała trzy lata, aż w końcu McGivney senior przekonał się, że powołanie syna jest autentyczne.

Michael uczył się dobrze, ale śmierć ojca spowodowała, że po kilku latach musiał opuścić seminarium, aby pomóc utrzymać rodzinę. Interweniował jednak biskup, który zorganizował stypendium dla wyróżniającego się kleryka i wysłał go do Baltimore, gdzie mieściło się najstarsze seminarium duchowne w USA.

Zabójca opłakiwany

Święcenia kapłańskie Michael McGivney przyjął w 1877 r., a zaraz potem został wrzucony na głęboką wodę. Kościołem Najświętszej Maryi Panny w New Haven, gdzie trafił jako neoprezbiter, opiekował się schorowany proboszcz, który ze względów zdrowotnych wkrótce opuścił parafię. Młody wikariusz musiał przejąć jego obowiązki. Nie było to łatwe, bo parafia była zadłużona, a niechęć wobec katolików w tym portowym mieście – ogromna. Mimo to ks. McGivney potrafił budować relacje nawet z niewierzącymi, wielu z nich pomagając w nawróceniu. Słynna stała się jego posługa w więzieniu, gdzie odwiedzał m.in. Jamesa „Chipa” Smitha, 21-letniego katolika, skazanego na śmierć za to, że będąc pod wpływem alkoholu, zabił policjanta. Ksiądz Michael do tego stopnia przemienił serce zabójcy, że nawet współwięźniowie i strażnicy więzienni opłakiwali go w dniu egzekucji. Pod wpływem rozmów z ks. McGivneyem nawróciła się też na katolicyzm Alida Harwood, córka sławnego w całym kraju protestanckiego pastora, która na łożu śmierci poprosiła o katolickie sakramenty.

Ksiądz Michael był człowiekiem wrażliwym na ludzką biedę, której w New Haven nie brakowało. Brak systemu ubezpieczeń sprawiał, że kiedy umierał żywiciel rodziny, wdowy zostawały zwykle bez środków do życia, a państwo zabierało dzieci i umieszczało je w placówkach wychowawczych. Kapłan przyjął na siebie rolę opiekuna jednego z chłopców, Alfreda Downsa, któremu groził taki właśnie los. Dzięki temu chłopiec mógł pozostać z rodziną i w przyszłości ukończyć prawo na Uniwersytecie Yale.

Mężczyźni do kościoła

Przede wszystkim jednak ks. Michael McGivney ożywił duszpasterstwo w New Haven. Prawie sto lat przed Soborem Watykańskim II postawił na zaangażowanie świeckich, prowadząc liczne akcje charytatywne, pracując z młodzieżą, krzewiąc kulturę i sportowego ducha (sam był m.in. świetnym baseballistą). Co szczególnie ciekawe, udało mu się przyciągnąć do kościoła mężczyzn, do tej pory rzadko interesujących się życiem parafialnym. Od kościoła odciągały ich m.in. wycieńczająca praca w fabryce, silny wpływ środowisk niechętnych katolicyzmowi, a także częste nadużywanie alkoholu przez młodych robotników. W odpowiedzi na ten ostatni problem ks. McGivney założył Towarzystwo Całkowitej Abstynencji i Miłośników Literatury im. św. Józefa, oferując swoim podopiecznym miejsce spotkań, w którym mieli dostęp do książek, czasopism, a nawet fortepianu. Wspólnie z nimi uczestniczył w wydarzeniach sportowych i teatralnych.

Wszystkie te aktywności stopniowo prowadziły ks. McGivneya do pomysłu, który miał okazać się dziełem jego życia. 2 października 1881 r. kapłan zaprasza dwudziestu kilku mężczyzn do podziemi kościoła w New Haven. Przyświeca mu wizja organizacji dla katolickich mężczyzn, którzy będą żyli w jedności i braterstwie, kierując się miłosierdziem. 29 marca 1882 r. nowo powstała organizacja legalizuje swoją działalność pod nazwą Rycerze Kolumba. Wybór patrona nie jest przypadkowy: Krzysztof Kolumb to w Ameryce tamtych czasów najbardziej znana postać świata katolickiego. Przyjęcie takiego imienia ma dowodzić, że katolicy również mogą być dobrymi obywatelami Stanów Zjednoczonych.

Z małego – wielkie

Dziś Rycerze Kolumba są największą organizacją katolickich mężczyzn na świecie. Działają w kilkunastu państwach, gromadząc w swoich szeregach ponad 2 mln osób. W Polsce ponad 6,5 tys. członków organizacji (w tym ponad 600 kapłanów) działa w ponad 200 parafiach na terenie 30 diecezji. – Nasza wspólnota koncentruje się na modlitwie, jednocześnie pomagając potrzebującym, wzmacniając rodziny i realizując inicjatywy pro-life – opowiada Krzysztof Zuba, Delegat Stanowy, czyli przywódca wspólnoty Rycerzy Kolumba w Polsce. – Tworząc programy naszej działalności, skupiamy się na czterech kierunkach, którymi są: wiara, społeczność, rodzina i życie. Realizujemy je przy parafiach, gdyż na poziomie lokalnym wyraźniej widać, kto i jakiej pomocy potrzebuje. Kapelani rad czuwają nad formacją, która przybliża nie tylko nas, rycerzy, ale i całe nasze rodziny do Boga. Właśnie w taki sposób realizujemy dziedzictwo naszego założyciela, który nie szukał poklasku, ale codzienną mozolną pracą, drobnymi krokami, czynił rzeczy wielkie. To jest wspaniałe przesłanie dla wszystkich – aby zawalczyć o coś wielkiego, o niebo, trzeba codziennie czynić małe dobro, które przyniesie wielkie owoce.

Ks. Michael McGivney, po siedmiu latach posługi w New Haven, został proboszczem w niedalekim Thomaston, gdzie również dał się poznać jako gorliwy ewangelizator i duszpasterz dbający o zaangażowanie świeckich, zwłaszcza mężczyzn, w życie parafialne. Niestety, pandemia grypy azjatyckiej, która opanowała wówczas dużą część Ameryki, dosięgła również i jego. Zmarł 14 sierpnia 1890 r., mając zaledwie 38 lat, w opinii świętości. Przykład świętego życia pociągnął jego dwóch młodszych braci Patricka i Johna, do kapłaństwa, a później do pełnienia funkcji Najwyższych Kapelanów założonej przez niego wspólnoty.

Orędownik pro-life

Po ponad stu latach badań życia i dziedzictwa ks. Michaela McGivneya papież Benedykt XVI podpisał w 2008 r. dekret o heroiczności jego cnót, nadając mu tytuł czcigodnego sługi Bożego. Do beatyfikacji potrzebne było jeszcze uznanie cudu dokonanego za jego wstawiennictwem. Cudem okazała się historia amerykańskiego chłopca z zespołem Downa, któremu – jeszcze gdy był w łonie matki – lekarze nie dawali szans na przeżycie. Ciało chłopca przypominało mały balonik, całe było wypełnione płynem. Zdaniem medyków możliwości były tylko dwie: aborcja lub urodzenie martwego płodu. Jego rodzice pielgrzymowali jednak do Fatimy i tam modlili się o uzdrowienie dziecka, prosząc ks. McGivneya o wstawiennictwo. „Idź, syn twój żyje” – słowa Ewangelii były dla nich wyraźnym znakiem. Po powrocie z pielgrzymki obraz USG pokazał dziecko tak piękne, że lekarka nie mogła go rozpoznać. „To będzie dla mnie zaszczyt odebrać poród twojego prześlicznego dziecka” – powiedziała do matki. Michael McGivney Schachle – bo tak, na cześć swojego orędownika, nazywa się chłopiec – jest dziś aktywnym, pełnym miłości i uśmiechu pięciolatkiem z zespołem Downa, otoczonym kochającą rodziną. Cud ten jeszcze mocniej podkreślił misję pro-life, prowadzoną przez zakon Rycerzy Kolumba od wielu lat.

Postać ks. Michaela McGivneya może być znakomitą inspiracją także dla współczesnych ludzi. – Ksiądz Michael spokazał, że z troską należy podchodzić do każdego człowieka, traktując innych – zwłaszcza osoby znajdujące się w trudnej sytuacji – jak braci – podkreśla Krzysztof Zuba. – Wiedział, że w każdym człowieku drzemią talenty, i potrafił stworzyć możliwość do odkrycia ich i wykorzystania w dobrej sprawie. A jeśli dodamy do tego umiejętność zwielokrotnienia efektu przez współdziałanie w grupie, okaże się, że ilość czynionego dobra gwałtownie wzrasta. Ksiądz Michael udowodnił przez to, jak ważna w parafii jest działalność wspólnot. Obserwując to, co robił, mamy wrażenie, jakby żył obok nas. Mógłby więc stać się patronem osób, które zdecydowały się nie być krytycznymi obserwatorami, lecz „wstać z kanapy” i swoim działaniem wspierać Kościół. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Szymon Babuchowski

Kierownik działu „Kultura”

Doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa. Przez cztery lata pracował jako nauczyciel języka polskiego, w „Gościu” jest od 2004 roku. Poeta, autor pięciu tomów wierszy. Dwa ostatnie były nominowane do Orfeusza – Nagrody Poetyckiej im. K.I. Gałczyńskiego, a „Jak daleko” został dodatkowo uhonorowany Orfeuszem Czytelników. Laureat Nagrody Fundacji im. ks. Janusza St. Pasierba, stypendysta Fundacji Grazella im. Anny Siemieńskiej. Tłumaczony na język hiszpański, francuski, serbski, chorwacki, czarnogórski, czeski i słoweński. W latach 2008-2016 prowadził dział poetycki w magazynie „44/ Czterdzieści i Cztery”. Wraz z zespołem Dobre Ludzie nagrał płyty: Łagodne przejście (2015) i Dalej (2019). Jest też pomysłodawcą i współautorem zbioru reportaży z Ameryki Południowej „Kościół na końcu świata” oraz autorem wywiadu rzeki z Natalią Niemen „Niebo będzie później”. Jego wiersze i teksty śpiewają m.in. Natalia Niemen i Stanisław Soyka.

Kontakt:
szymon.babuchowski@gosc.pl
Więcej artykułów Szymona Babuchowskiego

 

Zobacz także