Nowy numer 48/2020 Archiwum

Nawet nie chcieliśmy kupić łóżeczka

Alicja i Michał w czasie ciąży wiele razy widzieli na USG, że ich dziecko prawie nie ma mózgu, bo całą czaszkę wypełniała woda. Rokowania lekarzy były jednoznaczne: śmierć w niedługim czasie. Dzisiaj ich syn programuje pralkę, wypakowuje zmywarkę, odkręca słoiki…

Maciej Rajfur: Wasza rodzina doświadczyła oczekiwania na ciężko chorego synka. Lekarze przedstawili Wam najbardziej prawdopodobną wersję wydarzeń: chłopiec umrze przed porodem, zaraz po nim albo do dwóch miesięcy później. A Tomek okazał się dzielniejszy niż przewidziała medycyna. Jak czujecie się dzisiaj?

Alicja i Michał Zyznarscy: Cudownie! Pamiętamy, że szykując się do porodu, nawet nie chcieliśmy kupować łóżeczka. Nie chcieliśmy oszukiwać siebie i najbliższych, że mamy jakąkolwiek nadzieję. Widzieliśmy wiele razy na USG, że Tomek prawie nie ma mózgu, bo całą czaszkę wypełnia woda. Dzisiaj przecieramy oczy ze zdumienia, bo nasz synek rozwija się i sprawia wiele radości.

Dzisiaj mówi się, że to heroizm przyjąć bardzo chore dziecko.

My proponujemy, by spojrzeć na to trochę inaczej: znajdujemy wielu bohaterów wśród nas. Każde rodzicielstwo wymaga trudu, ofiary z siebie, wielokrotnego oddawania własnego dobra i wygody innym. Ale to wszystko jest zgodne z ludzką naturą. Sądzimy, że wielu z nas, gdyby dowiedziało się o ciężkiej chorobie najbliższych, poruszyłoby niebo i ziemię, by pomóc i być z chorym w najtrudniejszych chwilach. Kiedyś takie podejście było czymś naturalnym, dzisiaj się mówi o tym w kategoriach heroizmu. Może dlatego, że coraz bardziej chcemy wyrugować ze świata osoby chore? Stawiamy na przyjemności, wygodę. Popularne jest myślenie, że problem – jak np. poważna choroba dziecka – można usunąć, a nie się z nim zmierzyć. Z bliska widzimy też, że to bohaterstwo rodzicielstwa bywa pełne słabości i strachu, więc potrzeba czasu, aby się w nim odnaleźć. Każdy pragnie dobra i zdrowia dla swoich najbliższych. Niby wiemy, że nikt z nas nie jest nieśmiertelny, ale taka wiadomość mimo wszystko zaskakuje i boli.

Zmierzyliście się z niezwykle trudnym problemem, a mimo to pierwsze wasze słowo w tym wywiadzie to: „cudownie”…

Stosunkowo szybko stało się jasne, że sytuacja jest patowa, ale zyskaliśmy czas, aby się dobrze przygotować. Od razu zaopiekowały się nami instytucje, które pomagają w takich przypadkach. Ani przez chwilę nie byliśmy sami z tym problemem. Zdziwiliśmy się tym, jak wiele jest osób, którym zależy, aby nasz chory maluszek przyszedł na świat zgodnie z Bożym planem. Nieoceniona była zwłaszcza pomoc hospicjum perinatalnego, które skupia lekarzy doświadczonych w trudnych przypadkach: ginekologa, położną, neonatologa. To ogromne wsparcie, gdy można sobie wyobrazić możliwe scenariusze, przygotować się do opieki. Zobaczyć siebie w tej roli i wyobrazić sobie, jak stawiamy tej sytuacji czoła.

Mówiąc o możliwości aborcji chorego dziecka, coraz częściej podkreśla się właśnie tę pomoc otoczenia dla rodziców oczekujących na narodziny niepełnosprawnego dziecka i później.

W tym czasie bardzo potrzebne jest wsparcie specjalistów, którzy nie boją się trudnych tematów, mają doświadczenie w takich sytuacjach i nie pierwszy raz w takich okolicznościach towarzyszą. Oni naprawdę chcą pomóc. I robią to znakomicie.

Mieliście prawo do przerwania ciąży. Czy byliście do tego namawiani?

Zgodnie z prawem musieliśmy być o tej możliwości poinformowani. Oboje jesteśmy wierzący, więc tego rozwiązania w ogóle nie braliśmy pod uwagę. Nie widzieliśmy uzasadnienia, by przyspieszać tragiczny bieg zdarzeń, który nam lekarze przedstawiali. Ale nie ukrywamy, że ten czas stał się trudnym oczekiwaniem, pełnym strachu, obaw i smutku. To trwało kilka miesięcy. Wówczas często ktoś podsuwał nam przykłady pomyślnych rozwiązań, pomyłkowych badań… i dawał nam nadzieję, że być może nasze modlitwy zostaną również wysłuchane na Bożą chwałę.

Stawiacie na modlitwę, opieracie się na mocnej wierze w Bogu. Ale jeżeli pary czy kobiety samotne nie mają tej łaski, co im powiedzieć?

Możemy mówić tylko za siebie, ale mamy takie poczucie, że serce matki jest po prostu stworzone do kochania – pomimo wszystko. Jeśli ludzie mają serce do zwierząt, które stoją niżej w hierarchii stworzeń, albo do kwiatów, z którymi nie porozmawiają o sensie życia, to dlaczego mieliby nie kochać swojego własnego dziecka i nie walczyć o nie? Jak wielkie muszą być ból, strach i samotność matki, która decyduje się na aborcję lub porzucenie swojego dziecka.

Obecne zmiany w prawie zabiorą kobietom wybór, możliwość decydowania o aborcji w przypadku dużego prawdopodobieństwa nieodwracalnego upośledzenia dziecka lub choroby, która zagraża jego życiu. Co o tym sądzicie?

To bolesne, że mówi się tylko o kobietach, zamiast o rodzicach. Stoi za tym smutna prawda, że wielu ojców pozostawia niepełnosprawne dzieci. Zamiast się sprawdzić i wykazać bohaterstwem, decydują się na dezercję. Samotnej mamie jest szczególnie trudno być jedynym żywicielem rodziny i wchodzić w nowe trudne role. W takich sytuacjach bardzo polecamy wsparcie Fundacji Evangelium Vitae i sióstr boromeuszek, zwłaszcza jeśli barierą przyjęcia dziecka są finanse czy samotność.

W skrajnych przypadkach warto się też otworzyć na możliwość oddania maleństwa w oknie życia czy oficjalną drogą, dając mu szansę na adopcję.

Kłótnie, spory, protesty po decyzji Trybunału Konstytucyjnego przybierają coraz bardziej emocjonalny charakter. Gdzie Wy się widzicie w tej sytuacji? Zabieracie głos?

Nie lubimy wchodzić w politykę, a od rozmów o aborcji jeszcze się chyba nikt nie nawrócił. Nie ma słów czy działania, które mogłoby złagodzić cierpienie związane z bólem i śmiercią własnego dziecka. Jest to możliwe jedynie przy Bożej pomocy i w bliskiej relacji z Matką Bożą, która takie doświadczenie również ma za sobą. Musimy zdać sobie sprawę z tego, że ewentualne różnice w opiniach społeczeństwa na temat aborcji mają źródło w podejściu do cierpienia. My możemy jedynie opowiadać o własnych przeżyciach i pokazywać, że o każde życie warto walczyć. Dla nas w tej całej sytuacji ogromną rolę odegrała wiara w Boga, która pomogła nam pokonywać przeciwności. W czasie ciąży przez cały czas tliła się w nas nadzieja, że być może zdarzy się jeszcze cud i Pan Bóg nas zaskoczy. Byliśmy bardzo blisko różnych historii działania Bożej mocy, ale również przedziwnej tajemnicy cierpienia, które w planie zbawczym też ma swoje miejsce.

I spotkał Was cud – Tomek nie tylko żyje, ale i rozwija się, uśmiecha, daje dużo radości.

To cud, który przyszedł w formie lepszego zdrowia synka, niż przepowiadali lekarze, ale zaistniał także we wszystkich ludziach, którzy wyciągnęli do nas pomocną dłoń. To bardzo ważne w problemie, o którym rozmawiamy – otwarcie i chęć przyjęcia potrzebnego wsparcia. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama