Nowy numer 49/2020 Archiwum

Kadzidło i znicz

A gdyby tak święto Wszystkich Świętych przenieść na okres wielkanocny, a Dzień Zaduszny zostawić w listopadzie? Czy to pomogłoby nam odróżniać radosne świętowanie chwały nieba od dnia zadumy i modlitwy za zmarłych?

Jedziesz na groby na Wszystkich Świętych? Nieraz pewnie słyszeliśmy takie pytanie, sami też prawdopodobnie używamy tej zbitki pojęciowej. Społecznie i kulturowo święto jest tak mocno zakorzenione i kojarzone z płonącymi zniczami na cmentarzach, że wszelkie próby corocznego przypominania o różnicy między pierwszym a drugim dniem listopada w pierwszym odruchu wydają się niepotrzebnym dzieleniem włosa na czworo i problemem dla specjalistów od teologii. To konsekwentnie pozbawia święto 1 listopada smaku, jaki mogłoby mieć, gdyby… przenieść je np. na oktawę Wielkanocy albo na połowę maja, jak było przez pewien czas w pierwszym tysiącleciu. Owszem, kalendarzowe sąsiedztwo Wszystkich Świętych i wspomnienia Wszystkich Wiernych Zmarłych ma uzasadnienie i teoretycznie powinno pomagać w rozumieniu istoty tych dwóch dni. Modlimy się przecież za zmarłych, by dołączyli do grona świętych, czyli zbawionych. W powszechnej praktyce jednak oba święta zlewają się wyłącznie w celebrację pamięci o zmarłych. Swoją cegiełkę w pogłębianiu tego stanu rzeczy ma również zwyczaj odprawiania Mszy św. za zmarłych na cmentarzu właśnie 1 listopada, a przecież przeniesienie tego na 2 listopada byłoby bardziej czytelne. W efekcie czas zadumy, odwiedzania cmentarzy i modlitwy za tych, którzy potrzebują jeszcze oczyszczenia w oczekiwaniu na niebo, wyparł trochę radosne święto już zbawionych (także tych „anonimowych”, niekanonizowanych, pochodzących i z naszych rodzin).

Urodziny przy grobie

Niezwykły jest sposób, w jaki Kościół pierwszych wieków wszedł w znane w ówczesnym świecie zwyczaje dotyczące pamięci o zmarłych, jak nadał im swój charakter i jak „wyodrębnił” z nich kult oddawany świętym. Od wieków znana była praktyka obchodzenia urodzin zmarłego przy jego grobie. Chrześcijanie, zachowując nazwę (dies natalis – dzień narodzin), przenieśli obchody na rocznicę śmierci, co wynikało z przekonania, że śmierć to narodziny dla nieba. Czy dzisiaj byłoby to możliwe? Zaprosić rodzinę na urodziny zmarłego w rocznicę jego śmierci? A to był przecież zalążek tego, co świętujemy we Wszystkich Świętych. A świętujemy prawdę o tym, że śmierć dla wielu zmarłych, także tych, którzy nigdy nie będą kanonizowani, oznaczała narodziny dla nieba.

Chrześcijańskie obchody urodzin zmarłego, oprócz przeniesienia ich na rocznicę śmierci, szybko zmieniły też charakter – zamiast biesiady, przy grobie sprawowano Eucharystię (świadectwa można znaleźć m.in. w pismach Tertuliana). Ojciec Jacek Salij OP zwraca uwagę, że bardzo szybko zwyczaj ten objął również pamięć o męczennikach za wiarę: „Taką rocznicową Eucharystię odprawiano również na grobie męczennika, ale od samego początku była ona bardziej uroczysta niż Eucharystia sprawowana na grobie zwykłego chrześcijanina. Ze zrozumiałych względów uczestniczyli w niej nie tylko najbliżsi tego męczennika, ale przeważnie cały miejscowy Kościół, i nie przestano jej obchodzić również wówczas, kiedy zabrakło już tych, którzy owego męczennika znali bezpośrednio. Kult męczenników zaczął się więc w Kościele w sposób niemal niezauważony, w atmosferze radości, że niektórzy z nas dali Chrystusowi świadectwo, iż my wszyscy kochamy Go ponad życie”. Akurat ten zwyczaj świętowania przy grobach i w rocznicę śmierci męczenników ich narodzin dla nieba można by wykorzystać jako argument za pozostawieniem święta Wszystkich Świętych w bezpośrednim sąsiedztwie ze wspomnieniem Wszystkich Wiernych Zmarłych. Tyle tylko, że starożytny zwyczaj obchodów przy grobie łączył się z żywą wiarą w radość nieba, jaką cieszą się zmarli w opinii świętości. Dziś w listopadzie dominuje zwykła pamięć o zmarłych, w najlepszym przypadku modlitwa za tych, którzy jeszcze jej potrzebują. Ale to przecież nie to samo, co świętowanie chwały nieba – a o to chodzi we Wszystkich Świętych.

Wielkanoc Wszystkich Świętych

Nie byłoby zatem niczym niewłaściwym, gdyby to święto wyraźnie oddzielono od Dnia Zadusznego, na przykład przenosząc je na okres wiosenny czy bezpośrednio związany z Wielkanocą. Byłoby to nie tylko uzasadnione teologicznie, ale również historycznie. Bo – poza zwyczajem wspominania daty śmierci męczenników jako dnia ich narodzin dla nieba – już w IV w. pojawiały się wzmianki o wspólnym w całym Kościele wspominaniu wszystkich zbawionych – głównie męczenników. Na przykład w IV w. w wielu miejscach (m.in. w Edessie) święto ku czci wszystkich męczenników obchodzono 13 maja, ale już w Konstantynopolu była to niedziela po Zesłaniu Ducha Świętego. Natomiast w Nikomedii, wcześniejszej stolicy wschodniej części cesarstwa, świętowano w czasie oktawy wielkanocnej – w piątek, a nawet w niedzielę po Niedzieli Zmartwychwstania (czyli w dzisiejszą Niedzielę Miłosierdzia). W zachodniej części cesarstwa Kościół również czcił męczenników w pierwszą niedzielę po Wielkanocy. A w VI w. była to – jak w Konstantynopolu – pierwsza niedziela po Zesłaniu Ducha Świętego. Dopiero papież Bonifacy IV przeniósł obchody na 13 maja – dwa stulecia wcześniej tak było w niektórych wschodnich częściach cesarstwa. Data nie jest przypadkowa – w pogańskim kalendarzu rzymskim 13 maja był poświęcony duchom zmarłych, które trzeba „udobruchać”, by nie nękały żyjących. Jeśli więc papież Bonifacy właśnie 13 maja 609 roku dokonywał przejęcia i konsekracji Panteonu, który odtąd nazywano kościołem Wszystkich Świętych, i na ten dzień przeniósł święto wszystkich zbawionych, to był to kolejny etap chrystianizacji obszarów dotąd zdominowanych przez kulty pogańskie. Panteon, miejsce, w którym oddawano cześć pogańskim bożkom, stał się przestrzenią oddawania chwały Jedynemu Bogu, chwały, która objawia się w życiu Jego świętych. Bo chrześcijanie w pierwszym tysiącleciu dużo lepiej od nas rozumieli różnicę między oddawaniem czci Bogu a kultem świętych. Dla nich nie było to bynajmniej – jak później przekonywała reformacja i, z innej pozycji, oświecenie – zastąpienie kultu jednych bożków kultem nowych.

Święto przed tronem

Jest wiele argumentów za tym, by Wszystkich Świętych, jak dotąd, obchodzić 1 listopada. To m.in. argument tradycji – jest tak od IX wieku. Nie jest to argument bezwzględny, bo tradycja, zwłaszcza w Kościele poddanym prowadzeniu Ducha Świętego, jest dynamiczna, a nie statyczna, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by data uległa zmianie, ale oczywiście ciągłość też ma znaczenie.

Są i argumenty teologiczne: bliskość obu świąt – Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego – podkreśla prawdę o świętych obcowaniu i o powołaniu każdego do świętości. Ale wiemy przecież, że w praktyce rozumienie tej współzależności nie jest powszechne. W tłumach, jakie przewijają się przez cmentarze 1 listopada (w tzw. normalnych czasach, nie w czasie pandemii), nie widać radosnego świętowania, ale skupienie na modlitwie lub choćby tylko „zwykłej” pamięci o zmarłych. I dobrze, że tak jest, bo ta pamięć i modlitwa są przecież zmarłym potrzebne. Tyle że może lepiej byłoby zostawić ten listopadowy czas właśnie takiej zadumie i takiej pamięci? A ponieważ przyćmiewa ona radosne święto Wszystkich Świętych, może warto to drugie przenieść (przywrócić) na czas bardziej sprzyjający radosnemu świętowaniu? To przecież święto, gdy zamiast Mszy na cmentarzach mogłyby odbywać się koncerty z pieśniami chwały. Święto, podczas którego parafie, wspólnoty i rodziny powinny – zamiast zapalania zniczy na grobach – autentycznie świętować. To byłoby zgodne z liturgicznymi czytaniami z tego dnia. Usłyszymy przecież w kościołach fragment z Apokalipsy: „Potem ujrzałem wielki tłum, którego nikt nie mógł policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, stojący przed tronem i przed Barankiem. Odziani są w białe szaty, a w ręku ich palmy. I głosem donośnym tak wołają: »Zbawienie Bogu naszemu, Zasiadającemu na tronie, i Barankowi«”. Dlaczego liturgia tego dnia nie miałaby mieć przedłużenia w świętowaniu przez cały dzień? Wizyta na cmentarzach raczej temu nie sprzyja.

Są zatem i argumenty teologiczne, i względy duszpasterskie, formacyjne, by te święta od siebie oddzielić. Listopad mógłby pozostać czasem nieustannego powtarzania „Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie…”. Czas wielkanocny byłby idealny na ponowne „przejęcie” święta tych, którzy już stoją przed tronem Baranka.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także