Nowy numer 43/2020 Archiwum

Chodziło o coś więcej niż podwyżki

– Od miesięcy przygotowywaliśmy się na ewentualność strajku. Kiedy stało się to faktem, dokładnie wiedzieliśmy, co robić, w jaki sposób działać – wspomina Andrzej Kołodziej, współpracownik Wolnych Związków Zawodowych, sygnatariusz porozumień sierpniowych.

Lato 1980 roku. W powietrzu wisiała katastrofa gospodarcza – załamywał się system gigantycznych kredytów i inwestycji bez finansowego pokrycia. W sklepach brakowało podstawowych produktów, a władze PRL ogłosiły podwyżkę cen żywności. Decyzja wywołała falę społecznego oburzenia. Na Wybrzeżu od dwóch lat działały już WZZ-y, których podstawowym celem była „organizacja obrony interesów ekonomicznych, prawnych i humanitarnych pracowników”. Godzina próby nadeszła, gdy dyrekcje pomorskich zakładów zaczęły zwalniać „niepokornych”. Pięć miesięcy przed osiągnięciem wieku emerytalnego została dyscyplinarnie usunięta ze Stoczni Gdańskiej im. Lenina zasłużona suwnicowa i działaczka WZZ Anna Walentynowicz. Opozycjoniści i stoczniowcy postanowili stanąć w jej obronie…

Z gówniarzami nie będzie rozmawiał

Młodzi robotnicy Jerzy Borowczak, Bogdan Felski i Ludwik Prądzyński 14 sierpnia wcześnie rano, rozdając stoczniowcom plakaty i ulotki (m.in. „w sprawie zwolnienia pani Ani”), wywołali strajk. „Rozmawialiśmy z Bogdanem [Borusewiczem], no i właśnie to była jego idea” – zapamiętał Felski. Pochód ruszył przez wydział K-1, wręgownię i blachownię. W pewnym momencie nadjechał samochód i wysiadł z niego dyrektor Klemens Gniech. Felski miał zawołać do niego: „Porozmawiamy, gdy nas będzie więcej”. Do stoczni przybył Lech Wałęsa, także zwolniony z pracy, który stanął na czele komitetu strajkowego. „Jego [Wałęsy] słowa brzmiały inaczej od propagandowej papki lejącej się codziennie z urzędowego radia i telewizji” – zapamiętał Krzysztof Figel, działacz Solidarności. Stoczniowcy na wiecu zażądali m.in. ponownego zatrudnienia zwolnionych, upamiętnienia ofiar Grudnia ’70 oraz podwyżki płac. Do południa protestowała właściwie cała stocznia, a informację o tym podało Radio Wolna Europa. – Na twarzach strajkujących widziałem ogromny entuzjazm. Stocznia stała się niewielkim skrawkiem wolnej Polski – mówi Kołodziej, który razem z innymi członkami WZZ podjął decyzję o rozszerzeniu strajku na inne zakłady. 15 sierpnia, ubrany w nowiutki drelich, z plikiem ulotek zjawił się w gdyńskiej Stoczni im. Komuny Paryskiej. Dostał tam pracę dzień wcześniej. Miał 21 lat, niewiele osób go znało. Przez część został wzięty za prowokatora, większość jednak przekonał. „Opowiadał o tym, co się dzieje w Gdańsku, o wykorzystywaniu klasy robotniczej i złej gospodarce. Udało mu się nas za sobą pociągnąć” – wspomina Zygmunt Pałasz, stoczniowiec. Dyrektor oznajmił strajkującym, że z „gówniarzami nie będzie rozmawiał”. Bez jego zgody przejęli radiowęzeł i drukarnię. Zamknęli na klucz dyrekcję, pozwalając jedynie wychodzić do toalety. – Chciałem rewolucji. Gdyby nie stanowcze działanie, nie przejęlibyśmy drukarni, która okazała się kluczem do sukcesu Sierpnia ’80 – twierdzi Kołodziej.

Zgniotą nas, jak nas zostawicie!

Władze kategorycznie nie zgadzały się na utworzenie niezależnych związków zawodowych, a ówczesny I sekretarz KW PZPR w Gdańsku Tadeusz Fiszbach dążył do jak najszybszego przerwania protestu. 16 sierpnia Trójmiasto obiegła wiadomość, że Lech Wałęsa ogłosił zakończenie strajku, zgodził się na podwyżkę płac i robotnicy rozchodzą się do domów. Decyzja ta „zapadła w demokratycznym głosowaniu demokratycznie wybranych przedstawicieli załogi” – pisali „reporterzy strajkowi” Wojciech Giełżyński i Lech Stefański. „Co robicie? Gwarancje Fiszbacha są nic nie warte. My ich nie przyjęliśmy! – wołają ze Stoczni Północnej. Wszystkie mniejsze zakłady zgniotą, jak nas zostawicie. Ktoś woła: »Komitet strajkowy Lenina zdradził idee robotnicze!«” – odnotowali atmosferę tamtej chwili. Zaniepokojeni biegiem wydarzeń pracownicy komunikacji (którzy wcześniej odrzucili propozycję podniesienia pensji w zamian za przystąpienie do pracy) razem z innymi przedstawicielami trójmiejskich zakładów przyjechali do stoczni i wymusiliśmy dalsze prowadzenie protestu. W nocy z 16 na 17 sierpnia w Elmorze powstał Międzyzakładowy Komitet Strajkowy. „Zwróciłem się do ludzi, czy kontynuujemy strajk” – wspominał Andrzej Gwiazda, który przedstawił plan powołania wspólnej reprezentacji protestujących zakładów. Jednak morale robotników zostało znacznie osłabione. Była niedziela – postanowiono więc odprawić Eucharystię. W Gdyni Mszy św. przewodniczył ks. Hilary Jastak, a w Gdańsku ks. Henryk Jankowski. Na bramach stoczni pojawiły się krzyże, obrazy z wizerunkami Matki Boskiej i portrety Jana Pawła II. Następnego dnia w MKS zarejestrowało się co najmniej 156 zakładów. Strajk stał się powszechny, a MKS dostarczył wojewodzie gdańskiemu listę 21 postulatów. Rozpoczęły się twarde negocjacje z władzą.●

Więcej o początkach "Solidarności" dowiesz się w serwisie https://twarzesolidarnosci.gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama