Nowy numer 48/2020 Archiwum

Podstawą jest rozmowa

Dr Marcin Świerad mówi o medycynie, jej pułapkach i leczniczej modlitwie.

Barbara Gruszka-Zych: Moi dziadkowie chwalili swoich lekarzy za to, że podczas wizyty poświęcali im sporo czasu i po prostu ich znali.

Dr Marcin Świerad: Niby dobrze wiemy, że na człowieka należy patrzeć holistycznie, ale nasze czasy postępującej specjalizacji spowodowały, że w coraz mniejszym stopniu stosujemy te zasady. Zapominamy, że podstawą medycyny jest rozmowa z chorym. To największy dramat, że poświęcamy na nią coraz mniej czasu. Każdy z nas jest inny z powodu kodu genetycznego, warunków życia i żeby się zorientować w jego sytuacji, trzeba z nim choć trochę porozmawiać. Lekarze znający pani dziadków wiedzieli, że na ich dolegliwości wpływają też sytuacje rodzinne, zawodowe. Wiedza na ten temat może pomóc uzyskać obraz całości.

Dzisiaj mamy więcej lekarzy niż przedtem i powinno być lepiej.

Mamy też coraz więcej pacjentów. Trzeba wrócić do prof. Szczeklika, który przypominał wiedzę z podręczników medycyny z lat 60., 70. Dowiadujemy się z nich, że na trafne postawienie diagnozy w 80–90 proc. wpływa dobry wywiad, czyli właśnie rozmowa. Lekarze z Zakonu Maltańskiego, do którego należę, zawsze podkreślali, że nie ma leczenia bez rozmowy.

Maltańczycy przyczynili się do rozwoju medycyny.

Zakon Maltański, nazywany najpierw Zakonem Szpitalników św. Jana Jerozolimskiego, powstał przed wyprawami krzyżowymi. W Ziemi Świętej, a potem na Cyprze, Rodos, Malcie zakładał swoje pierwsze szpitale. W Jerozolimie w prowadzonym przez bł. Gerarda za zgodą tamtejszych władz muzułmańskich pierwszym szpitalu, zwanym hospicjum, udzielano pomocy chorym różnych wyznań – także muzułmanom i żydom, mężczyznom, kobietom i dzieciom, bogatym i biednym. Każdy chory miał osobne łóżko z baldachimem zapewniającym intymność i regularnie zmienianą pościel. Przydzielano mu skórzane, ciepłe kapcie i szlafrok. Lekarzom zakonu od początku towarzyszyło przesłanie, że w każdym cierpiącym jest Chrystus, dlatego należy traktować go jak naszego Pana Jezusa Chrystusa.

Z tego, co Pan Doktor mówi, wynika, że medycy maltańscy musieli dobrze znać swoich chorych. Czy obowiązujący teraz dystans społeczny pogorszył relacje pacjent–lekarz?

Jeśli chodzi o leczących się u mnie od wielu lat, kontrola polegająca na rozmowie telefonicznej w większości wypadków bywa wystarczająca. Pomocny jest również rozwój nowych technik, np. kontakt wideo poprzez komunikatory internetowe czy możliwość przesłania EKG z zapisu telemonitoringu. Oczywiście to niewystarczające w przypadku pacjentów zgłaszających się po raz pierwszy bądź z nowymi objawami. Takich chorych zapraszam na wizytę osobistą, która odbywa się o umówionej godzinie z zachowaniem wszystkich zasad ograniczających przeniesienie infekcji.

Wykonuje Pan inwazyjne zabiegi serca. Czy ich liczba została zmniejszona w czasie pandemii?

Nieustannie przeprowadzamy zabiegi ratujące życie, choć mamy znacząco mniej zabiegów planowych. Pragnę zaapelować, aby każdy, kto dostrzega u siebie objawy chorób, nie czekał do ostatniej chwili, aż pojawią się powikłania. W przypadku zawału serca wykonujemy koronarografię, a następnie angioplastykę, polegającą na otwarciu zamkniętego naczynia odżywiającego serce. Zabieg, który porównałbym do działań hydraulika, zrobiony w odpowiednim czasie, odtyka zapchane czy zwężone naczynie, ratując zdrowie i niejednokrotnie życie pacjenta. Nawet niewielkie opóźnienie wezwania pomocy medycznej może skutkować poważnymi powikłaniami.

Czy COVID to koniec świata?

Z całą pewnością nie. W historii medycyny bywało już gorzej, a poradziliśmy sobie. Zachowanie higieny, wynalezienie szczepionek, nowych leków, rozwój genetyki, wiedza o wpływie diety na organizm człowieka pozwoliły już niejednokrotnie na poradzenie sobie w trudnych sytuacjach. Radykalne działania ograniczyły przecież rozprzestrzenianie się wirusa. Uważam, że po tych kilku miesiącach wiele już wiemy o nowym patogenie. Na pewno należy zachować zdrowy rozsądek i korzystać z dotychczasowych doświadczeń.

Medyczny postęp nie gwarantuje leczenia bez ubocznych skutków. Mam na myśli często zlecane badania tomografii komputerowej.

Nowoczesna diagnostyka jest zdobyczą wiedzy medycznej, technologicznej, ale warto pamiętać, że każde badanie musi być dobrze dobrane do konkretnego pacjenta, trzeba je skalkulować. Nic nigdy nie jest za darmo. Badania dodatkowe pomagają wykryć problem, ale nie zapobiegają samej chorobie, np. infekcji. Róbmy je, ale rozpatrujmy korzyści i ryzyko, jakie niosą. Badanie metodą tomografii komputerowej jest związane z dość dużym narażeniem na promieniowanie jonizujące, wielokrotnie większe niż przy popularnych zdjęciach klatki piersiowej czy kości. Pacjenci często proszą o „badanie komputerowe”, ale gdy im wyjaśniam, że w danym przypadku niewiele ono pomoże w postawieniu diagnozy, a wiąże się z dużym narażeniem zdrowia, sami rezygnują.

Dawki promieniowania użyte do badań mogą być groźne?

Zależy, do jakich badań i jak często się je wykonuje. Wilhelm Roentgen odkrył nazwane jego nazwiskiem promienie, ale sam zachorował na chorobę popromienną. Bo częste narażanie się na promieniowanie powoduje zmniejszenie odporności, zmiany składu krwi, przyspiesza zmiany w szpiku kostnym. Badanie tomograficzne przebiega z użyciem właśnie tych promieni. W przypadku starych urządzeń albo kiedy potrzebny nam jest obraz wielu miejsc, np. kręgosłupa szyjnego i lędźwiowego, w trakcie badania pacjent narażony jest na promieniowanie równoważne kilkudziesięciu czy nawet kilkuset zdjęciom rentgenowskim. Pamiętajmy, że często podczas tomografii podawany jest do krwi kontrast, który działa negatywnie na nerki i może pogorszyć funkcję innych narządów. Dlatego trzeba odnotowywać każdą tomografię, zwłaszcza u dzieci.

Od niedawna wyniki naszych badań można odczytać na elektronicznym profilu NFZ.

Chciałem pochwalić system www.pacjent.gov.pl. Wystarczy się zalogować i w jednym miejscu widzimy nasze leczenie refundowane przez NFZ. Na przykład dzięki temu systemowi, za zgodą pacjenta, widzę, jakie leki miał wypisane, a jakie wykupił. Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości będzie możliwe wejście na profil nieprzytomnego chorego, którego przywozi pogotowie ratunkowe. Informacje o jego schorzeniach i pobieranych lekach są kluczowe dla postawienia diagnozy i leczenia.

To też ważne źródło informacji przy przepisywaniu lekarstw.

Oczywiście, bo niektóre się ze sobą „kłócą”, a to może doprowadzić do poważnych komplikacji. Niekiedy różni specjaliści zlecają leki bez porozumienia ze sobą, a pacjent ich nie informuje, co zażywa. Kiedy dokładnie przyjrzymy się wszystkim przepisanym mu lekom, okazuje się, że działają w złym kierunku. Leczenie specjalistów powinien koordynować lekarz rodzinny. To na niego spada rola kierującego ruchem zawiadowcy stacji, bo inaczej dojdzie do katastrofy. Mam nadzieję, że ten udoskonalany system utworzony przez Ministerstwo Zdrowia poprawi komunikację miedzy jednostkami służby zdrowia.

Na wspomnianym profilu pacjent może też zastrzec, kogo informować o stanie zdrowia.

A także kogo nie wolno informować! W ostatnich latach pojawiły się nowe problemy, bardzo widoczne w Holandii i Belgii, gdzie wykonywano masowo eutanazję starszych osób przebywających w pięknych domach seniora. Ich podopieczni życzyli sobie, żeby rodziny nie były informowane o ich stanie zdrowia, bo dzieci nakłaniały rodziców do śmierci, motywując: „Po co się tato/mamo będziesz męczyć?”.

To poważne problemy moralne.

Z całą pewnością tak! Lekarz musi brać pod uwagę wszystkie sfery życia pacjenta. Ruch hospicyjny, rozwijający się od ponad 50 lat, uczy, jak rozwiązywać złożone problemy chorego, dla którego sama choroba to tylko ich fragment.

Czy zawsze mówi Pan choremu prawdę?

Pracuję w zawodzie 24 lata i pamiętam, że na początku wielu z nas miało problemy, jak tę prawdę pacjentowi zakomunikować. Dzisiaj czasy się zmieniły i nauczyliśmy się, jak być szczerymi, a jednocześnie nie pozbawiać nadziei.

Ceniony przez Pana prof. Szczeklik napisał „Kore, czyli rzecz o duszy”. Jak Pan dba o duszę pacjenta?

Pomaga mi w tym wiara. Nie zawsze mam poczucie szczęścia, że Pan Bóg jest blisko mnie, ale staram się postępować zgodnie z zasadami. To tak jak w małżeństwie – kiedy napotykamy trudności, wiemy, że musimy je przejść, bo przecież sobie ślubowaliśmy. Nie jesteśmy mocarzami, ale pozostają zwyczajna, codzienna praca i wierność. Jak powiedział prof. Bartoszewski: „Jeśli nie wiesz, jak się zachować, zachowuj się przyzwoicie”. Wystarczy Dekalog. Choć nie zapobiega naszym grzechom, sprawia, że mamy świadomość ich popełnienia.

Wiem, że modli się Pan na różańcu za swoich chorych.

Ale i za koleżanki i kolegów. Na taki pomysł wpadł dr Dawid Borowik, anestezjolog, który mnie i moim kolegom przypomina w esemesach, kto nas prosi o modlitwę. Niezwykłe było dla mnie odkrycie, że w moim szpitalu jest potężna grupa wierzących w Pana Boga i przyznających się do Niego. Tylko że nie krzyczymy o tym na każdym kroku, ale cicho się modlimy.•

Dr n. med. Marcin Świerad

Absolwent Śląskiej Akademii Medycznej, uzyskał I oraz II stopień specjalizacji w zakresie chorób wewnętrznych, kardiologii oraz angiologii. Pracuje m.in. w Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu. Ojciec Czterech Córek.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama