Nowy numer 49/2020 Archiwum

Plaster miodu

Matki ukrywały synów, by poruszeni jego mową nie zechcieli wstąpić do cystersów. Gdy został mnichem, przekonał do tego samego pięciu braci, wuja i 30 innych mężczyzn. Przykład życia zakonników z Clairvaux sprawił, że wyrosło 168 nowych klasztorów. To się nazywa skuteczność!

Myślałem o nim przy potężnych murach leżajskiego klasztoru, gdy brat Władysław pokazywał nam wnętrze ula i kotłowaninę kilkudziesięciu tysięcy pszczół… Bernard z Clairvaux, którego okrzyknięto Doktorem Miodopłynnym, jest patronem pszczelarzy. Jego przyjście na świat poprzedziło proroctwo. Pod koniec XI wieku w zamku Fontaine pod Dijon Alecie, żonie rycerza Tescelina, przyśnił się biały pies pokryty rudymi plamami, odganiający agresywnych intruzów. Pustelnik mieszkający w okolicy wyjaśnił, że kobieta urodzi chłopca, który, gdy dorośnie, będzie z żarliwością bronił wiary i Kościoła.

Promieniowanie świętości

Urodził się 930 lat temu w rycerskim rodzie. Jego ojciec pragnął, by syn zrobił karierę na dworze księcia Burgundii. Ku zaskoczeniu najbliższych Bernard wybrał jednak inną drogę. – Gdy zastanawiał nad wyborem zakonu, kilkunastu starych, schorowanych i zabiedzonych cysterskich mnichów z Cîteaux przeżywało kryzys zaufania w opatrzność Boską – opowiada Rafał Tichy, autor książki „Ukryte oblicze”. – Minęło niecałe 30 lat od założenia przez św. Roberta z Molesme zakonu cystersów. Nowi kandydaci nie przybywali, a starzy zakonnicy umierali. Dla opata Stefana był to niepokojący znak, że być może nowy zakon nie jest Bogu potrzebny i należy zawrócić z obranej drogi. W okolicy, w której mieszkał Bernard, krążyły mrożące krew w żyłach opowieści o sposobie życia zakonników. Mówiono: „Do Cîteaux idzie się po to, by umrzeć”. To, co innych odpychało, Bernarda zaczynało coraz bardziej pociągać…

Jakże łatwo czyta się suchą informację: „Mając 22 lata, Bernard wstąpił do opactwa cystersów w Cîteaux, pociągając za sobą trzydziestu towarzyszy młodości. Niedługo potem również jego ojciec wstąpił do tego opactwa”. Jak to możliwe, by jeden człowiek pociągnął taką rzeszę mężczyzn? Pierre Aubé w biografii świętego pisał: „Od jesieni 1112 do wiosny 1113 roku z gwałtownością typową dla osób nieśmiałych Bernard zastawił sidła na swoich dorosłych braci, by poszli w jego ślady. W tamtym czasie niepoprawny Bernard rozszerzył swoją działalność na młodych mężczyzn ze sprzymierzonych rodów, znajomych i kolegów ze szkoły. Porwał za sobą kwiat francuskiej arystokracji. Historycy od wieków starają się znaleźć źródło sekretu jego skuteczności. Mistyk i teolog Wilhelm z Saint-Thierry, przyjaciel Bernarda, zauważył: „Matki chowały swoich synów, żony powstrzymywały mężów, przyjaciele nawzajem się pilnowali”.

To niemożliwe?

Człowiek XXI wieku pokręci sceptycznie głową i powie: to niemożliwe. – Trudno nam wyobrazić sobie epokę, w której ludzie oddychają Bogiem, a rzeczywistość nadprzyrodzona jest dla nich ciekawsza niż ta stworzona. Mawia się, że nie było wówczas ateistów – opowiada o. Tomasz Gałuszka. – Byli heretycy, czyli ludzie, którzy nie mieli „przechyłu” w stronę niewiary, ale byli nadgorliwi. Taka była duchowa atmosfera. Mamy teraz falę upałów, więc powiem tak: ściółka była wysuszona, wystarczyła iskra.

Po zaledwie trzech latach życia monastycznego Bernard został wyznaczony przez św. Stefana, opata Cîteaux, do założenia filialnego klasztoru. W odludnej i dzikiej dolinie w Szampanii wraz z 12 towarzyszami zakasał rękawy habitu i wziął się do pracy. „Tam, gdzie są wielkie łaski, są też i wielkie doświadczenia. Tylko wytrwałość zasługuje na chwałę, należną bohaterom, i wieńczy cnoty koroną” – przypominał braciom. Nowy klasztor nazwano Jasną Doliną (Clara Vallis – Clairvaux).

25-latek został pierwszym opatem klasztoru i przyjął święcenia kapłańskie. W klasztorze tym żył przez następne 38 lat. Zgodnie z regułą cysterską pielęgnującą surowość stylu, kościół nie posiadał żadnych architektonicznych i artystycznych ornamentów. Bernard zreformował regułę zakonną, kładąc większy nacisk na kontemplację, a skupione radykalnie na Jezusie życie mnichów z Clair­vaux tak pociągało współczesnych, że niebawem powstało aż 168 cysterskich klasztorów.

Choć nauczał, by w życiu duchowym nie czekać na owoce, sam widział ich mnóstwo. Wyjałowionemu duchowo człowiekowi XXI wieku nie mieści się w głowie, że jedna osoba jest w stanie założyć tyle nowych opactw. Gdy umierał, w założonym przez niego klasztorze, posiadającym 2000 hektarów ziemi i lasów, modliło się kilkuset mnichów i świeckich konwersów.

Noce i dnie

Był mistykiem. Zapracowany w ciągu dnia, na rozmowy z Bogiem poświęcał przede wszystkim noce. Naśladowali go w tym bracia, a modlitwa z Clairvaux płynęła dniem i nocą. Poznał cenę odkupienia. Powszechnie znane było jego nabożeństwo do Męki Pańskiej i ogromny kult Maryi. Na widok krzyża zalewał się łzami. Gdy 17-latkowi zmarła matka, poprosił Maryję, by mu ją zastąpiła. „Żadna łaska nie przychodzi z nieba na ziemię jak tylko przez ręce Maryi” – wołał później. Legenda głosi, że gdy któregoś dnia pozdrowił ją jak zwykle „Ave Maria!”, ta uśmiechnęła się: „Salve Bernardzie!”. W statutach zakonu cystersów czytamy: „Wszystkie nasze klasztory winny być budowane na cześć Królowej Niebios i ziemi”.

„Bóg się rodzi, moc truchleje. Pan niebiosów obnażony, Ogień krzepnie, blask ciemnieje. Oj, trzeba się wziąć za zmywanie naczyń…” – czytam w książce trapisty o. Michała Zioło. Tęskniąc za przyjściem Jezusa, za Jego dotykiem, czekamy na jakieś wyjątkowe wydarzenie. Tymczasem – podkreśla o. Michał – istnieją piękne średniowieczne opowieści, w których Jezus zaskakuje cystersów swą mistyczną, rozpalającą serce obecnością w najbardziej zwykłych miejscach: w drewutni przy rąbaniu drzewa, w stajni, na pastwisku przy pilnowaniu wołów... Bądź uważny. Bóg przychodzi, kiedy chce, często robi takie właśnie psikusy, że przychodzi, gdy kompletnie nie jesteśmy do tego przygotowani. Nie jesteśmy ani umyci, ani dobrze ubrani, jesteśmy w trakcie przebierania się na modlitwę i wtedy jest dotknięcie. Mocne dotknięcie. W komentarzach do Pieśni nad Pieśniami Bernard z Clairvaux pisał o nawiedzeniu mnichów przez Słowo (tak nazywał Jezusa). „Słowo przyszło – notował – nie wiem kiedy. Nie wiem jak. Ale było. I nagle odeszło…”.

Miłość bez miary

– Dlaczego uwielbienie jest takie ważne? Bo jest przebywaniem w Bożej obecności – opowiada Maciej Wolski, działający na co dzień w warszawskiej Fundacji 24/7, który w 2004 roku trafił do Międzynarodowego Domu Modlitwy w Kansas. Zdumiał się, gdy w tamtejszej księgarni ujrzał sporo książek na temat nieustającej modlitwy w historii Kościoła. Przecierał oczy ze zdumienia, czytając: Jan od Krzyża, Bernard z Clairvaux, mnisi z opactwa w Cluny. – Klasztory były miejscami ciągłego uwielbienia, adoracji, oddawania chwały Bogu – opowiada. – Tak właśnie wyglądała reforma Bernarda z Clairvaux…

O Doktorze Miodopłynnym można opowiadać godzinami. W 1135 roku wybrano go na arcybiskupa Mediolanu, ale nie przyjął tej godności. Napisał regułę templariuszy powołanych do obrony Grobu Chrystusa. Walczył z antypapieżem. Występował przeciwko teologom podważającym dogmaty wiary. Wzywał rycerzy do wyruszenia na drugą krucjatę, godził zwaśnionych książąt i królów. – Pod koniec życia, złożony chorobą, na prośbę arcybiskupa Trewiru podnosi się z łoża śmierci, by zaprowadzić pokój w Lotaryngii – opowiada Rafał Tichy. – Na podobną prośbę innego biskupa musi odpowiedzieć odmownie. Gdy umierał, w Europie tętniło życiem niemal 300 nowych fundacji cysterskich (wśród nich klasztor w Jędrzejowie).

Pozostawił po sobie mnóstwo pism teologicznych i skrupulatnie spisanych homilii. Które dewizy świętego poruszyły mnie najbardziej? „Twardość serca i upór umysłu pochodzą z tego, że rozmyślamy tylko nad własną wolą, zamiast nad prawem Pańskim. Jeśli chcecie wsłuchiwać się w głos Boga słodszy od plastru miodu, unikajcie krzątaniny powszedniej”. Znakomity lek na lęk: „Wypełnijcie się bojaźnią Pana, a nie stanie już miejsca na jakąkolwiek inną bojaźń” i przede wszystkim: „Miarą miłości Boga jest miłość bez miary”.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz działu „Kościół”

Absolwent wydziału prawa na Uniwersytecie Śląskim. Po studiach pracował jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej i redaktor Wydawnictwa Księgarnia św. Jacka. Od roku 2004 dziennikarz działu „Kościół” w tygodniku „Gość Niedzielny”. W 1998 roku opublikował książkę „Radykalni” – wywiady z Tomaszem Budzyńskim, Darkiem Malejonkiem, Piotrem Żyżelewiczem i Grzegorzem Wacławem. Wywiady z tymi znanymi muzykami rockowymi, którzy przeżyli nawrócenie i publicznie przyznają się do wiary katolickiej, stały się rychło bestsellerem. Wydał też m.in.: „Dziennik pisany mocą”, „Pełne zanurzenie”, „Antywirus”, „Wyjście awaryjne”, „Pan Bóg? Uwielbiam!”, „Jak poruszyć niebo? 44 konkretne wskazówki”. Jego obszar specjalizacji to religia oraz muzyka. Jest ekspertem w dziedzinie muzycznej sceny chrześcijan.

Czytaj artykuły Marcina Jakimowicza


Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także