Nowy numer 40/2020 Archiwum

Na naszych oczach wykrwawia się Kościół w Libanie

Ten wybuch z potężną siłą przelał czarę goryczy, która przez ostatnie miesiące zdołała wypełnić się po brzegi bólem, bezradnością, poczuciem krzywdy i poniżenia. Dziś oczy całego świata zwrócone są na Bejrut w olbrzymiej części zdewastowany potężną eksplozją, która wczoraj, późnym popołudniem, wstrząsnęła dzielnicą portową tego miasta. Jest nadzieja, że te same oczy otworzą się przy okazji na inny, nie mniej poważny dramat, który od wielu miesięcy rozgrywa się w ziemi św. Szarbela.

Późne wtorkowe popołudnie. Kameralne spotkanie ze znajomymi. Siedzimy i rozmawiamy o wakacjach, urlopie, planach na najbliższe miesiące. Nagle w tle słyszę charakterystyczne dźwięki komunikatorów w telefonie. Pierwszy, drugi, piąty, dziesiąty. Już wiem, że coś się dzieje. Po pewnym czasie sprawdzam spływające do mnie wiadomości. Z niedowierzaniem widzę zdjęcia i fragmenty nagrań pokazujących skalę zniszczeń w Bejrucie. Trochę uspokaja mnie fakt, że przesyłają je moi libańscy przyjaciele. Dzięki Bogu – to znaczy, że żyją. A co z ich rodzinami? Jedna po drugiej nagrywam wiadomości głosowe i wysyłam – to bardzo popularny sposób komunikacji w Libanie (tam wszyscy kontaktują się w taki sposób). Po chwili otrzymuję odpowiedzi i wtedy skala tej niewyobrażalnej tragedii staje się dla mnie jasna. Towarzyszy mi jedna myśl: Boże, jak wiele ciosów spada na ten kraj? Ile jeszcze zdołają udźwignąć żyjący tam chrześcijanie?

Tragedia w Bejrucie to oczywiście dramat wszystkich Libańczyków. Ja jednak chcę opowiedzieć o niej z perspektywy tych, którzy są mojemu sercu szczególnie drodzy – katolików, maronitów. Ci od wieków najbardziej wierni Rzymowi chrześcijanie na Bliskim Wschodzie stanowią w Libanie około trzydzieści procent społeczeństwa, nie licząc przebywających w tym kraju uchodźców, których liczby chyba nikt nie jest w stanie dokładnie wskazać. Członkiem Kościoła maronickiego był św. Szarbel i właśnie głównie za jego przyczyną my, Polacy, wiemy dziś nieco więcej o maronitach. Wciąż jednak zbyt mało, żeby zdać sobie sprawę z tego, jak istotną rolę odgrywają oni nie tylko w Libanie, ale także na całym Bliskim Wschodzie. Ta ponad milionowa społeczność jest stosunkowo silna i dobrze zorganizowana – ma swoją reprezentację w libańskim parlamencie według ściśle ustalonego i przestrzeganego parytetu. Maronitą jest prezydent Libanu i zwierzchnik sił zbrojnych, co pokazuje, że maronici to licząca się część wielowyznaniowego społeczeństwa Libanu, w którym w chwili obecnej większość stanowią muzułmanie. Pobratymcy św. Szarbela to dziś prawdopodobnie najsilniejsza społeczność chrześcijańska na Bliskim Wschodzie, a oni sami uważają się za ostatnią tak liczną grupę katolików w tamtym regionie; są przekonani, że jeśli znikną, chrześcijanie nieodwołalnie utracą Ziemię Świętą. I trudno nie przyznać im racji.

Dokładnie dzień wcześniej, przed eksplozją w Bejrucie, kontaktowałem się z moimi maronickimi przyjaciółmi z Rodziny Świętego Szarbela w Libanie. Czynię to regularnie, prosząc zawsze o najświeższe wiadomości. Od kilku miesięcy brzmią one coraz bardziej niepokojąco. Liban dzień po dniu pogrąża się w kryzysie politycznym i gospodarczym. Gdy ostatni raz byłem tam we wrześniu ubiegłego roku, jednego dolara można było wymienić po sztywnym kursie na 1,5 tys. funtów libańskich. Liban tętnił wówczas życiem, choć jego mieszkańcy mówili o trudnej sytuacji ekonomicznej, rosnącym bezrobociu, skorumpowanej klasie politycznej i destrukcyjnych dla rozwoju tego kraju wpływach Hezbollahu, który podsyca konflikt z Izraelem i utrzymuje Liban w irańskiej strefie wpływów. Wszyscy wieszczyli nadejście poważnego kryzysu. I rzeczywiście – kryzys nadszedł. Gwałtowny wzrost napięcia na linii Waszyngton – Teheran, który miał miejsce na przełomie roku, i kolejne nakładane na Iran sankcje, nasilił cały szereg negatywnych procesów w Libańskiej gospodarce. Wzrost cen i rosnące bezrobocie, stopniowy odpływ zagranicznego kapitału, a wreszcie projekty nowych podatków, które zamierzał nałożyć skorumpowany rząd, wywołały masowe protesty społeczne. Dymisja rządu i powołanie nowego niewiele zmieniły, a pandemia koronawirusa okazała się gwoździem do trumny. W efekcie zatarty silnik libańskiej gospodarki definitywnie odmówił posłuszeństwa. Libańska waluta zaczęła gwałtownie tracić na wartości – dziś za jednego dolara trzeba już zapłacić nawet 8–9 tys. funtów. Tak gwałtowne zubożenie społeczne przełożyło się oczywiście na rosnącą biedę i masową utratę miejsc pracy. Dziś, według moich przyjaciół, w Libanie pracy nie ma nawet osiemdziesiąt procent jego mieszkańców. Efekt? Ludzie zaczynają głodować, reglamentowane są dostawy paliwa i prądu, coraz trudniej dostać podstawowe produkty żywnościowe; w nocy Liban zaczyna pogrążać się w ciemnościach. Rosnące wpływy Hezbollahu spowodowały, że sankcje nałożone na Iran są dziś w niemal identycznym stopniu odczuwalne w ziemi św. Szarbela. Najgorsze jednak jest to, że rozpoczyna się masowy exodus młodych Libańczyków. Tracąc nadzieję na jakąkolwiek lepszą przyszłość, pierwsi młodzi absolwenci libańskich uniwersytetów zaczynają opuszczać kraj. Za nimi pójdą następni. W wypadku maronitów to śmiertelne zagrożenie dla ich dalszej egzystencji – prawdziwe wykrwawianie się tamtejszego Kościoła. Nie trudno sobie wyobrazić, co stanie się z maronitami w Libanie, gdy ta tendencja nie zostanie przerwana; co stanie się z chrześcijaństwem na Bliskim Wschodzie. Moi libańscy przyjaciele proszą: Pomóżcie nam zatrzymać naszych młodych w kraju. W rzeczywistości wsparcie – także finansowe – którego potrzebują libańscy chrześcijanie, powinno być obliczone właśnie na to: aby pomóc im tam, w ich kraju, przetrwać czas kryzysu; aby mogli pozostać w Libanie. Gdy zbieram najnowsze wieści o tym, co dzieje się obecnie w Bejrucie – niezależnie od całego dramatyzmu aktualnej sytuacji – mam nadzieję, że oczy świata przebiją się przez kurz unoszący się nad ruinami i zauważą także ów szerszy kontekst całej sytuacji; że dostrzegą go przynajmniej oczy chrześcijan.

Wczoraj, krótko po eksplozji, mnisi z Zakonu Libańskich Maronitów ogłosili, że oddają do dyspozycji poszkodowanych część swoich klasztorów. Maronicka Fundacja Misyjna w Polsce, z którą współpracuje Rodzina Świętego Szarbela, uruchomiła specjalny numer konta. Można na nie wpłacać dowolnej wielkości darowizny. Trafią one bezpośrednio do rąk maronickich zakonników i przeznaczone zostaną na pomoc ofiarom tragedii. To pierwszy krok. Za nim, w niedalekiej przyszłości, pójdą także kolejne. Chrześcijanie w Libanie potrzebują długoterminowego wsparcia – nie tylko finansowego. Obecnie już nawet siedemdziesiąt pięć dolarów wystarczy, aby pomóc przetrwać przez miesiąc statystycznej chrześcijańskiej rodzinie w Libanie. Nie mniej ważne są jednak modlitwa i wsparcie moralne zrodzone ze świadomości, że przyszłość libańskich maronitów to nasza wspólna sprawa. Ich święta ziemia już dawno otwarła dla nas swe duchowe skarby. Najwyższy czas otworzyć serce dla Libanu.    

„Nadzieja dla Libanu”

Rachunek bankowy w PLN dla darowizn:

PL 05 1090 2398 0000 0001 4374 0300

Maronicka Fundacja Misyjna

ul. św. Józefa 1/3, furta klasztorna

51-329 Wrocław

email: biuro@maronici.pl

BIC/SWIFT: WBKPPLPP

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Aleksander Bańka

dr hab. prof. UŚ, filozof, politolog, lider Centrum Duchowości Ruchu Światło-Życie Archidiecezji Katowickiej, przewodniczący Rodziny św. Szarbela w Polsce.

Od lat posługuje modlitwą i na wiele sposobów głosi Ewangelię. Autor książek, artykułów oraz audiobooków poświęconych filozofii i duchowości chrześcijańskiej. Współpracownik Radia eM, Gościa Niedzielnego. Członek Rady Duszpasterskiej Archidiecezji Katowickiej i przewodniczący Komisji ds. świeckich II Synodu Archidiecezji Katowickiej. Znawca życia i duchowości św. Szarbela. Prywatnie mąż i ojciec.

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także