Nowy numer 47/2020 Archiwum

Mury drgnęły

Na największym od 1991 r. wiecu w centrum Mińska tłumy śpiewały piosenkę Kaczmarskiego o murach, które runą. Na ile wybory prezydenckie 9 sierpnia zmienią Białoruś?

Przed dwoma miesiącami nikt nie słyszał o Swiatłanie Cichanouskiej, 38-letniej gospodyni domowej z Grodna, matce dwojga dzieci, anglistce pracującej w oddziale irlandzkiej organizacji charytatywnej – jak sama się przedstawia. Do zajęcia się polityką zmusił ją prezydent Alaksandr Łukaszenka, aresztując pod koniec maja jej męża Siarhieja, znanego blogera, który zamierzał wystartować w wyborach prezydenckich. Swiatłana zdecydowała się go zastąpić. Jej blok wyborczy przyjął nazwę „Kraj do życia”, co nawiązuje do tytułu bloga, którego prowadził jej mąż. Początkowo władze nie traktowały jej poważnie.

Szybko zdobyła wymagane prawem 100 tys. podpisów i zarejestrowała oficjalnie swoją kandydaturę. To umożliwiło jej rozpoczęcie kampanii, która już przechodzi do historii Białorusi. Na spotkania z nią przychodzą tłumy. Nie tylko w wielkich miastach, ale także na głębokiej prowincji. Obserwując tę kampanię w internecie, można dostrzec, jak Swieta – tak jest witana na wiecach – krzepnie i dojrzewa. Początkowo obszerne fragmenty wystąpień czytała z kartki. Później coraz śmielej i odważniej nawiązywała kontakt z tłumem, przyciągając bezpośredniością i prostym przekazem. Przekonuje, że startuje w wyborach nie po to, aby rządzić krajem, ale przełamać monopol władzy prezydenta Łukaszenki. Trzy najważniejsze punkty programu, który chce zrealizować po zwycięstwie, to przeprowadzenie referendum w sprawie przywrócenia konstytucji z 1994 r., która ograniczała władzę prezydenta oraz liczbę jego kadencji, uwolnienie wszystkich więźniów politycznych oraz rozpisanie nowych wyborów prezydenckich, w których będą mogli startować wszyscy kandydaci na równych prawach, także ci, którzy obecnie siedzą w więzieniach.

Swieta, Wika i Maria

Cichanouskiej udała się rzecz wyjątkowo trudna. Połączyła siły trzech największych opozycyjnych kandydatów: swego męża Siarhieja, ekonomisty i menedżera Wiktara Babaryki oraz byłego dyplomaty i międzynarodowego eksperta Waleryja Capkały. Babaryka, który zebrał pod swoją kandydaturą ponad 400 tys. podpisów, został aresztowany pod zarzutem afer gospodarczych. Władze zasugerowały opinii publicznej, że jest on wspierany przez Moskwę, z którą współpracował jako prezes banku kontrolowanego przez Gazprom. Do więzienia trafił także jego syn, który pomagał mu w kampanii wyborczej. Capkała nie czekał na aresztowanie, uciekł z kraju razem z dziećmi. Zastąpiła go w polityce żona Weranika, a Babarykę – koordynatorka jego sztabu Maryja Kalesnikowa. Panie stworzyły wspólny komitet i razem występują na wiecach, uzupełniając się doskonale. Cichanouska nie atakuje władzy wprost. Opowiada, jakich zmian oczekuje, i pyta zgromadzonych, czy też tego chcą.

Pozostałe działaczki są twardsze. Zwłaszcza Capkała – w emocjonalnych wystąpieniach, w których nie brak wzruszenia i łez, atakuje reżim Łukaszenki. Kalesnikowa, dobrze wykształcona i obyta z publicznymi występami, świetnie odnajduje się w wiecowej atmosferze. Łukaszenka początkowo je lekceważył, dowodząc, że na Białorusi władzę powinni sprawować mężczyźni. Później zapowiedział wprowadzenie poprawki do konstytucji, stanowiącej, że prezydentem może być jedynie ktoś, kto służył w białoruskiej armii. W końcu, kiedy zorientował się, że nie są to jednak przelewki, oskarżył opozycję o zamiar zorganizowania zbrojnego przewrotu. Na razie jest to zarzut medialny, ale w ciągu ostatnich dni tej kompletnie nieprzewidywalnej kampanii wiele może się zdarzyć. Opozycja twardo więc nawołuje swych zwolenników, aby nie korzystali z możliwości oddawania głosów wcześniej, ale przyszli do lokali wyborczych dokładnie 9 sierpnia, kiedy przy urnach będą czuwać przedstawiciele opozycji.

Kto ich wynajął?

Finisz kampanii prezydenckiej na Białorusi odbywa się w cieniu skandalu z aresztowaniem w nocy 28 lipca 33 mężczyzn, należących do tzw. grupy Wagnera, czyli rosyjskich najemników. Władze utrzymują, że zatrzymani są częścią większego zgrupowania, liczącego ok. 200 osób, które planowało przeniknąć na terytorium Białorusi, aby wszcząć masowe rozruchy. Rosyjskie MSZ wydało oświadczenie, że zatrzymani są członkami prywatnej firmy ochroniarskiej i lecieli do Turcji. W Mińsku przebywali legalnie, a ich przyjazd był organizowany przez białoruską agencję rządową. Spóźnili się jednak na samolot, dlatego zatrzymali się pod Mińskiem. Białoruscy śledczy temu zaprzeczają. Według nich bilety do Stambułu były tylko przykrywką operacji, jaką mieli wykonać na Białorusi.

Sprawa jest poważna, gdyż tzw. grupa bojowa Wagnera to elitarna jednostka rekrutująca się z żołnierzy rosyjskiego wywiadu wojskowego GRU. Walczyła na terenach Donbasu i Syrii oraz w Afryce. Moi rozmówcy z Mińska twierdzą, że dla nikogo interesującego się tymi sprawami nie jest tajemnicą, że Białoruś służy jako baza operacyjna dla nieformalnych rosyjskich jednostek działających na całym świecie, ale zawsze zgodnie z interesami Federacji Rosyjskiej. Nie wierzą także, aby przyjazd Rosjan był zaskoczeniem dla władz białoruskich. Zakwaterowano ich przecież w sanatorium należącym do federacji związków zawodowych, której szef stoi na czele komitetu wyborczego Łukaszenki.

Wśród 33 zatrzymanych najemników kilku służyło w Donbasie po stronie separatystów. Ukraina już domaga się ich ekstradycji. Obecnie najemnicy są oskarżeni o próbę wywołania niepokojów społecznych i nic nie wskazuje na to, aby mieli być wkrótce wypuszczeni. Otwarte jest pytanie, kto i po co wysłał najemników do Mińska. Kreml nie musiałby tego robić, gdyż ma w tym kraju wystarczającą liczbę garnizonów, które mogą służyć za bazę wypadową dla działań dywersyjnych, gdyby rzeczywiście była polityczna wola prowadzenia takich działań. Łukaszenka zresztą nie oskarża Kremla o przysłanie ich do Mińska. Śledztwo jest prowadzone pod kątem związków wagnerowców z zatrzymanym pod koniec maja Cichanouskim oraz innym działaczem opozycji, Mikołą Statkiewiczem. Teza jest tak absurdalna, że wyśmiał ją nawet konsul Rosji w Mińsku. W kraju jednak narastają niepokój i niepewność, co przyniosą kolejne dni.

W „trudnej sytuacji społeczno-politycznej” zabrał głos metropolita mińsko-mohylewski abp Tadeusz Kondrusiewicz. W okolicznościowym apelu wezwał katolików do udziału w wyborach i głosowania na kandydata, którego program jest bliski katolickiej nauce społecznej oraz gwarantuje przestrzeganie uniwersalnych wartości i zasad moralnych. Zalecił także wszystkim politykom – jak pisze – kierowanie się złotą zasadę etyczną, która domaga się, aby nie robić innym tego, czego sobie się nie życzy. Można to odczytać jako apel o przestrzeganie podstawowych reguł i nieużywanie siły. W podobnym duchu metropolita mińsko-mohylewski mówił już na początku lipca, podczas narodowej pielgrzymki do Budsławia, kiedy apelował o wybory „sumienne, wolne i sprawiedliwe”. Dominujący na Białorusi Kościół prawosławny będący częścią Patriarchatu Moskiewskiego wyraźnie wspiera prezydenta Łukaszenkę, przestrzegając obywateli, aby nie dali się sprowokować przed wyborami, co brzmi podobnie jak apele rządowe.

Co po 9 sierpnia?

Łukaszenka tych wyborów w przekonaniu moich białoruskich rozmówców przegrać nie może, gdyż porażka oznaczałaby rozliczenie go z 26 lat sprawowania dyktatorskiej władzy na Białorusi. Zresztą nadal cieszy się on sporym poparciem społecznym. Dla wielu jest budowniczym białoruskiej suwerenności, może w ułomnym w kształcie, ale jedynym możliwym przy tym stanie świadomości narodowej oraz w tym położeniu kraju między Zachodem a Rosją.

Według oficjalnych sondaży Łukaszenkę popiera ponad 72 proc. mieszkańców republiki, a kandydatkę opozycji – nieco ponad 7 proc. Niezależne badania także potwierdzają jego przewagę, chociaż w znacznie mniejszej skali. Dla sporej części społeczeństwa jest on przywódcą gwarantującym stabilność i obliczalność, co jest wartością w coraz bardziej niespokojnym świecie. Wyborców Łukaszenki nie widać w czasie tej kampanii, gdyż urzędujący prezydent praktycznie w niej nie uczestniczy, ale to nadal duża część społeczeństwa, zwłaszcza na prowincji i wśród mniej zamożnych Białorusinów. Nie będzie także drugiej tury, gdyż dopuszczenie do niej oznaczałoby przyznanie, że spora część Białorusinów ma Łukaszenki dość i chciałaby zmiany.

Co więc może się wydarzyć, gdy po 9 sierpnia zostanie ogłoszone kolejne zwycięstwo Łukaszenki? Opozycja prawdopodobnie uzna, że wybory zostały sfałszowane, i zacznie organizować protesty. Jeśli będą masowe, władza użyje siły do ich stłumienia. W Mińsku nie będzie Majdanu, ale kraj ponownie zostanie zamknięty w całkowitej izolacji i skazany wyłącznie na Moskwę. I być może na to cierpliwie czeka Putin, wyraźnie niezadowolony z faktu, że jego projekt politycznej konsolidacji Rosji i Białorusi, która miała się dokonać w grudniu 2019 r., nie udał się.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Andrzej Grajewski

Dziennikarz „Gościa Niedzielnego”, kierownik działu „Świat”

Doktor nauk politycznych, historyk. W redakcji „Gościa” pracuje od czerwca 1981. W latach 80. był działaczem podziemnych struktur „Solidarności” na Podbeskidziu. Jest autorem wielu publikacji książkowych, w tym: „Agca nie był sam”, „Trudne pojednanie. Stosunki czesko-niemieckie 1989–1999”, „Kompleks Judasza. Kościół zraniony. Chrześcijanie w Europie Środkowo-Wschodniej między oporem a kolaboracją”, „Wygnanie”. Odznaczony Krzyżem Pro Ecclesia et Pontifice, Krzyżem Wolności i Solidarności, Odznaką Honorową Bene Merito. Jego obszar specjalizacji to najnowsza historia Polski i Europy Środkowo-Wschodniej, historia Kościoła, Stolica Apostolska i jej aktywność w świecie współczesnym.

Kontakt:
andrzej.grajewski@gosc.pl
Więcej artykułów Andrzeja Grajewskiego

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się