Nowy numer 48/2020 Archiwum

Prawo i siła

Praworządność, obok wolności i równości, stała się głównym dogmatem Unii Europejskiej. I dobrze, bo praworządność leży w interesie obywateli. Gorzej, gdy staje się narzędziem do ideologicznej i politycznej walki o władzę.

Słowo „praworządność” w ostatnich latach odmieniane jest przez wszystkie przypadki – za sprawą postępowań, jakie przeciwko Polsce i Węgrom wszczęła Komisja Europejska. Temat zyskał na aktualności, gdy okazało się, że wypłata środków unijnych może być uzależniona od oceny praworządności w danym kraju. Trudno ocenić, na ile działania Komisji i innych unijnych organów (m.in. Parlamentu Europejskiego) są adekwatne, dopóki nie zdefiniujemy, czym właściwie jest praworządność w sensie ścisłym, oraz dopóki nie przyjrzymy się, jak jest rozumiana czy też „rozwijana” przez dzisiejsze elity unijne, i dopóki nie spojrzymy na jej przestrzeganie lub łamanie przez pozostałych członków UE i nie dokonamy porównania reakcji tych samych organów na jej naruszenie. Dopiero taki kontekst daje jakiś obraz tego, czym jest lub może jeszcze się stać postępowanie wobec Warszawy czy Budapesztu.

Państwo prawa

Najprościej zdefiniować praworządność jako sytuację, w której organy państwa przestrzegają prawa. Inaczej mówiąc: gdy prawo istnieje nie tylko na papierze, ale jest przez państwo stosowane. I to jest naturalną podstawą współczesnej demokracji konstytucyjnej. Jest także warunkiem, określonym w traktatach, członkostwa w UE. Tak rozumiana praworządność leży w interesie wszystkich: w głównej mierze obywateli, ale też instytucji państwowych i tym samym skuteczności w relacjach międzynarodowych. Naruszanie zasad praworządności, a więc naginanie, ignorowanie czy jawne łamanie przez organy państwa obowiązującego prawa nie tylko narusza zaufanie obywateli i wywołuje chaos prawny, ale przede wszystkim podważa podstawy funkcjonowania organizmu opartego na pewnego rodzaju umowie społecznej. Dlatego pierwszą reakcją na zarzuty o łamanie praworządności nie powinno być kręcenie nosem czy kategoryczne odrzucanie oskarżeń, ale próba przyjrzenia się zarzutom i ustalenie, na ile są słuszne, a na ile naciągane. Jeśli są naciągane – łatwo to wykazać. Jeśli są słuszne, a my je zignorujemy – pozwolimy na kolejne naruszenia praworządności, a tym samym utorujemy drogę komuś, kto zechce w przyszłości jawnie odrzucić rządy prawa i wprowadzić rządy siły.

Komisja poza prawem?

Nie ma wątpliwości, że Komisja Europejska i Parlament Europejski kontrolę praworządności uczyniły jednym ze swoich priorytetów. Już w lipcu 2013 r. PE domagał się, aby państwa członkowskie „poddawano regularnej ocenie w zakresie trwałego przestrzegania wartości podstawowych Unii oraz wymogów demokracji i praworządności”. Natomiast KE od wielu lat stara się wprowadzić mechanizmy, które – jak sama przyznaje – wypełnią pewną lukę. Zdaniem urzędników istnieje ona w traktatach, które z jednej strony czynią praworządność podstawą funkcjonowania UE, z drugiej nie dają w pełni sprecyzowanych narzędzi do egzekwowania jej przestrzegania. W różnych dokumentach KE przewija się motyw „zaradzenia przyszłym zagrożeniom dla praworządności w państwach członkowskich” – chodzi o działanie prewencyjne, zanim UE będzie zmuszona uruchomić słynny mechanizm z art. 7 Traktatu UE (stwierdzenie poważnego naruszenia wartości Unii). Problem w tym, że w ten sposób Komisja stworzyła pozatraktatowy, a więc prawnie wątpliwy mechanizm, zawarty w dokumencie z 2014 r. Przyznała sobie uprawnienia, których nie przewidują traktaty unijne, nazywając je „dialogiem z państwem członkowskim”. Po raz pierwszy wykorzystała je wobec Węgier, a później wobec Polski. Legalność tej procedury podważały nawet służby prawne Rady UE. Trudno zatem rozmawiać o praworządności w oskarżanym o jej łamanie państwie, gdy instytucja, która ma temat monitorować, dopuszcza się naruszania praworządności, czyli wykracza poza obowiązujące w Unii prawo.

Co wolno wojewodzie…

To o tyle ważne, że praworządność oznacza m.in. legalność stanowienia prawa, czyli z poszanowaniem obowiązujących procedur, w sposób przejrzysty i niebudzący wątpliwości co do jego ważności. I oczywiście trudno byłoby w takim kontekście obronić wiele działań rządu w Warszawie czy Budapeszcie: część uchwalanych ustaw była przyjmowana w sposób niemający nic wspólnego z przejrzystością czy legalnością, o trybie powołania przynajmniej niektórych sędziów nie wspominając. Ale nie jest to wyjątek w Europie (co nie znaczy, że przez to przestaje to być naruszeniem praworządności) A poza tym Komisja Europejska powinna w pierwszej kolejności odpowiedzieć na pytanie o sposób nadania sobie kompetencji, których nie przewidziały dla niej traktaty.

I tu otwiera się kolejny spór, który ma charakter nie tylko prawny, ale też wyraźnie polityczny: czy i w jakim zakresie Komisja Europejska, ale też cała Unia, w tym przede wszystkim Rada Europejska (przywódcy państw członkowskich), mogą ingerować w obszary, które według traktatów należą do wyłącznych kompetencji danego kraju. Do takich wyłącznych kompetencji należy m.in. ustrój sądownictwa – to państwo członkowskie określa sposób powoływania sędziów i funkcjonowanie sądów. Zwolennicy ingerencji UE w ten obszar argumentują, że sposób powoływania sędziów nie może, choćby potencjalnie, budzić wątpliwości co do niezależności sędziów, a tym samym naruszać choćby potencjalnie prawa obywatela do przestrzegania jego praw – a to już jest zakres zainteresowania Unii. Tyle że przeciwnicy ingerencji trafnie wskazują na takie wypowiedzi Komisji, w których sama przyznawała, iż zasady praworządności w poszczególnych krajach mogą się różnić między sobą.

Prawo Kalego

Spór wydaje się nierozstrzygalny, bo nie porusza się tylko w obszarze prawa, ale również polityki. A tu rzadko liczą się argumenty prawno-racjonalne. Dobrą ilustracją tego problemu było oskarżenie rządu polskiego o upolitycznienie sądów. Chodziło o zarzut, że sędziów wybiera Krajowa Rada Sądownictwa, której większość stanowią przecież sędziowie. Zarzut o upolitycznienie był w tym wypadku kuriozalny, bo wychodził głównie od Niemców, gdzie Trybunał Konstytucyjny jest powoływany bezpośrednio przez polityków, a jeden z czynnych do niedawna członków Bundestagu został przewodniczącym tegoż trybunału. Jeśli więc mówić o upolitycznieniu sądów, to należałoby przyjrzeć się wszystkim pozostałym członkom UE. Problem w tym, że i Niemcy, i Polska, i parę innych krajów, które wybierają sędziów z klucza politycznego, robią to… legalnie, tzn. zgodnie z obowiązującym u siebie prawem. A zatem nie naruszają w tym zakresie praworządności, bo praworządność to działanie organów państwa zgodnie z prawem. Problem zatem nie zawsze leży w samej praworządności, ale właśnie w zalegalizowanym upolitycznieniu sądów. Nie mam powodów, by wierzyć w bezstronność czy pełną niezależność obecnego składu polskiego TK w każdej sytuacji. Przykładem w poprzedniej kadencji było przedłużanie w nieskończoność rozpatrzenia wniosku o stwierdzenie, czy tzw. aborcja eugeniczna jest zgodna z konstytucją. Publiczne chwalenie się miłymi towarzyskimi spotkaniami prezesa partii rządzącej z prezes TK nie pomagało w budowaniu zaufania, a kazało podejrzewać, że odłożenie sprawy odbyło się na wyraźną prośbę kierownictwa PiS, które przez 5 lat nie zrobiło nic, by aborcja eugeniczna została zakazana. Tyle tylko, że to nie jest problem typowo polski. A działania Komisji zdają się sugerować, że jest typowo polsko-węgierski.

Prawo siły

Gdyby troska Komisji i Parlamentu Europejskiego o przestrzeganie praworządności była bezstronna, w pierwszej kolejności powinny one zająć się państwami, które regularnie naruszają również… prawo unijne. Wystarczy, by Komisja na serio potraktowała własne raporty, z których wynika, że wśród państw, które nie przestrzegają prawa unijnego, prym wiodą… Niemcy. Na drugim miejscu jest Hiszpania, dalej Belgia, Grecja, Portugalia i Francja. Polska znalazła się dopiero za tym ostatnim krajem, który jest liderem wśród upominających nas w kwestii przestrzegania zasad unijnych. Wszystkie państwa członkowskie łamią przepisy unijne. Ale częściej niż Polska robią to właśnie Niemcy i Francja. Węgry należą (to dane Komisji Europejskiej) do państw, które najrzadziej łamią unijne przepisy. Czyż to nie powinno stać się powodem do zmiany kierunku troski o praworządność? Niestety, zbyt wiele wypowiedzi unijnych polityków każe zakładać, że chodzi również o użycie praworządności jako narzędzia do wymuszania w danym kraju zmian nie tylko politycznych, ale także ideologicznych. Nikt nie protestuje, gdy urzędnicy unijnych instytucji sugerują, że sprawdzanie praworządności powinno pójść także w kierunku badania dostępności takich „praw” jak aborcja czy adopcja dzieci przez pary homoseksualne. To jest kierunek, który dziś w UE ma zielone światło. Dlatego słuszne w założeniu monitorowanie przestrzegania praworządności staje się niebezpiecznym narzędziem do wywierania presji w obszarach, które należą do wyłącznych kompetencji państw członkowskich. I to dopiero jest łamanie praworządności.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także