Nowy numer 31/2020 Archiwum

Kto da więcej?

Dlaczego ktoś decyduje się zapłacić 200 milionów dolarów za obraz, który jest rezultatem chlapnięcia przez artystę farbą z wiadra na płótno?

Gdyby ktoś chciał zapoznać się z najwybitniejszymi osiągnięciami światowego malarstwa, oglądając reprodukcje obrazów, które uzyskały najwyższe ceny na aukcjach, mógłby się bardzo rozczarować. Nie tylko dlatego, że zdecydowana większość arcydzieł znajduje się w muzeach, które swymi zbiorami nie handlują. Także dlatego, że rynkiem dzieł sztuki nie rządzi żadna forma estetyki, tylko nowoczesny marketing.

Intruzi wśród geniuszy

Zdumiewające jest zestawienie najdroższych obrazów świata, które można znaleźć w Wikipedii. W pierwszej dwunastce są dzieła tylko dwóch dawnych mistrzów: Leonardo da Vinci jest na pierwszym miejscu, a Rembrandt na ósmym. Autorami pięciu spośród najcenniejszych obrazów są przedstawiciele awangardy z końca XIX i pierwszej połowy XX wieku: Paul Cézanne (trzecie miejsce), Paul Gauguin (czwarte), Gustav Klimt (szóste), Pablo Picasso (dziewiąte) i Amedeo Modigliani (dziesiąte). Dwunastkę uzupełniają – co może dla wielu osób być zaskakujące – dwa dzieła Willema de Kooninga (drugie i dwunaste), dwa Jacksona Pollocka (piąte i jedenaste) oraz jedno Marka Rothko (siódme miejsce).

Najdroższy obraz świata

Salvator Mundi (Zbawiciel świata) ma ciekawą historię. Aż do 2010 r. uważano, że jest dziełem Giovanniego Antonia Boltraffia, ucznia Leonarda. Specjaliści z National Gallery w Londynie odkryli jednak, że to dzieło samego mistrza. Cena obrazu natychmiast poszybowała w górę. 15 listopada 2017 roku dzieło zostało wystawione na aukcji w Nowym Jorku przez ówczesnego właściciela, rosyjskiego oligarchę i miliardera Dmitrija Rybołowlewa. Kupił je za 450,3 mln dolarów książę Badr bin Abdullah bin Mohammed bin Farhan Al Saud z Arabii Saudyjskiej. Zapłacił prawie dwa razy więcej, niż kosztują inne najdroższe obrazy. Ostatnio pojawiły się spekulacje, że przypisanie dzieła Leonardowi było jednak błędne. Gdyby te doniesienia się potwierdziły, wartość obrazu spadłaby natychmiast z 450 do raptem półtora miliona dolarów. Nic nie wiadomo jednak, by te nowiny spędzały księciu sen z powiek. Na biednego nie trafiło.

Prymat Leonarda da Vinci wynika nie tylko z otaczającej go legendy największego geniusza w historii. Leonardo malował bardzo mało, znanych jest zaledwie kilkanaście jego ukończonych dzieł. „Salvator Mundi” to bodaj jedyne, które nie znajduje się w żadnym muzeum, tylko na jachcie księcia z Arabii Saudyjskiej. Nie może więc zbytnio dziwić astronomiczna cena – ponad 450 mln dolarów – za jaką je wylicytowano.

Rembrandt znalazł się w pierwszej dwunastce, bo w 2015 roku zapłacono 180 mln dolarów za dwa jego dzieła, sprzedawane łącznie jako komplet dwóch portretów. Jego pojedyncze obrazy zwykle osiągają ceny kilkudziesięciu milionów, podobnie jak dzieła Rubensa, Tycjana czy innych wielkich malarzy o ustalonej renomie. Ceny starych obrazów zmieniają się nieznacznie. Dawno minęły czasy, kiedy można było kupić płótno El Greca za kilka dolarów (tak było w XIX wieku).

Wysoka pozycja twórców, którzy byli awangardą sto lat temu, świadczy z kolei o tym, że stali się już oni klasykami. W ich przypadku liczą się też jednak pewne mody. Popularność sztuki secesyjnej w ostatnich dziesięcioleciach wpłynęła na przykład na wysokie ceny obrazów Klimta.

Zupełnie szokuje natomiast, że autorami połowy najcenniejszych dzieł są artyści współcześni – de Kooning, Pollock i Rothko – przedstawiciele tzw. szkoły nowojorskiej, która powstała w latach 40. XX wieku. Ich nazwiska są mało znane szerszej publiczności. Jeszcze większe zdziwienie może nas ogarnąć, kiedy zobaczymy ich dzieła. Przypadkowa plątanina linii albo płótno upstrzone kropkami farby wskutek potrząsania pędzlem przez artystę bądź też monotonne zestawienia różnobarwnych prostokątów nasuwają jedno zasadnicze pytanie: dlaczego ktoś chce za coś takiego płacić setki milionów dolarów?

Amerykański sen

Nieprzypadkowo najbardziej cenieni współcześni malarze są związani z Nowym Jorkiem. Artyści zawsze dążyli tam, gdzie mogli znaleźć bogatych mecenasów. Gromadzili się więc na dworach najważniejszych władców. Starali się tam dostać za wszelką cenę. Zachował się nawet list z 1482 roku, który Leonardo da Vinci napisał do księcia Ludovica Sforzy, władcy Mediolanu. Artysta tylko mimochodem wspomina o tym, że umie malować „nie gorzej niż inni”, gorąco poleca natomiast swoje usługi przy odlewaniu armat czy projektowaniu murów obronnych.

Nie chodziło tylko o mecenat samego księcia. Na dworze gromadzili się najbogatsi arystokraci, którzy również mogli być hojnymi sponsorami. Praca na dworze dawała też artyście prestiż, zamówienie obrazu u „malarza Jego Książęcej Mości” kosztowało niemało. W dodatku na dworze tworzyło się środowisko artystyczne. Można było wymieniać myśli z innymi malarzami, współpracować z nimi i rywalizować, podpatrywać też ich pomysły.

W XIX wieku dwory już się nie liczyły. Wszyscy ambitni artyści ściągali natomiast do Paryża, kulturalnej stolicy świata. Mecenat władców zastąpili marszandzi i właściciele galerii, a środowisko artystów zapewniało wzajemne wsparcie i dawało możliwość artystycznego rozwoju, ułatwiało poszukiwanie nowych dróg w sztuce.

Po drugiej wojnie światowej Paryż przestał jednak być stolicą świata. Zastąpił go Nowy Jork. Od tej pory to tam przyjeżdżali ambitni artyści, tam zaczęły powstawać najbardziej prestiżowe galerie, tam pracowali najbardziej wpływowi krytycy sztuki.

Swego rodzaju patriotyzm i duma z tego, co amerykańskie, miały zapewne wpływ na międzynarodowe nagłośnienie przez nowojorskie elity rodzimej awangardy, jaka powstała w latach 40., nazwanej potem szkołą nowojorską albo ekspresjonizmem abstrakcyjnym. Były to przedsięwzięcia, które z grubsza można zaliczyć do dwóch nurtów. Pierwszy to tzw. action painting (malarstwo akcji, gestu). Artysta chlapał farbą na płótno, twierdząc, że to akt twórczy, ważniejszy od końcowego rezultatu. Najwybitniejsi przedstawiciele tego nurtu to Jackson Pollock i Willem de Kooning. Drugi nurt nosi nazwę color field painting (malarstwo barwnych płaszczyzn). Polega on na nanoszeniu na płótno różnej wielkości prostokątów w rozmaitych kolorach. Najwyżej cenieni specjaliści color field painting to Mark Rothko, Clyfford Still i Barnett Newman.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Leszek Śliwa

Zastępca sekretarza redakcji „Gościa Niedzielnego”

Prowadzi stałą rubrykę, w której analizuje malarstwo religijne. Ukończył historię oraz kulturoznawstwo (specjalizacja filmoznawcza) na Uniwersytecie Śląskim. Przez rok uczył historii w liceum. Przez 10 lat pracował w „Gazecie Wyborczej”, najpierw jako dziennikarz sportowy, a potem jako kierownik działu kultury w oddziale katowickim. W „Gościu Niedzielnym” pracuje od 2002 r. Autor książki poświęconej papieżowi Franciszkowi „Franciszek. Papież z końca świata” oraz książki „Jezus. Opowieść na płótnach wielkich mistrzów”, także współautor dwóch innych książek poświęconych malarstwu i kilku tomów „Piłkarskiej Encyklopedii Fuji”. Jego obszar specjalizacji to historia, historia sztuki, dawna broń, film, sport oraz wszystko, co jest związane z Hiszpanią.

Kontakt:
leszek.sliwa@gosc.pl
Więcej artykułów Leszka Śliwy

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także