Nowy numer 43/2020 Archiwum

Gwiazd nie widać

Wielki smog w Londynie w 1952 roku nie tylko zabił tysiące ludzi, ale pokazał, że zarówno rząd, jak i opozycja potrafią wykorzystać tragedię do politycznych rozgrywek.

Początek grudnia 1952 roku. Londyn nie zdążył jeszcze podnieść się ze zniszczeń wojennych, gospodarka potrzebowała potężnych zastrzyków – a to zapewniał m.in. eksport ogromnych ilości węgla. Najlepszej jakości. Dobry, czarny węgiel wędrował za granicę, podczas gdy gorszy sort zostawał na miejscu, dla Brytyjczyków. Przy wyjątkowo zimnym początku grudnia i kilku milionach domowych pieców w samym Londynie oraz ponad 30 elektrowniach węglowych zapewniających prąd stolicy Zjednoczonego Królestwa, nie mówiąc o transporcie obsługiwanym przez lokomotywy parowe – można było spodziewać się najgorszego. A jednak sytuacja zaskoczyła wszystkich.

Grochówka w powietrzu

Smog w Londynie nie był niczym nadzwyczajnym. I warunki pogodowe, i opalanie węglem należały od dawna do typowo brytyjskich czynników podwyższających ryzyko. Słynna londyńska mgła, nazywana często, z racji zanieczyszczeń i żółtej, gęstej konsystencji, „grochówką”, była nawet czymś w rodzaju marki zasługującej na opatentowanie. Jednak to, co widoczne jest na romantycznych pocztówkach kupowanych przez turystów, było utrapieniem londyńczyków od wieków. Już na początku XVII w. skargi na zadymienie były tak duże, że częściowo ograniczono spalanie węgla. Jednak nadchodząca później rewolucja przemysłowa zaprzepaściła te starania – przyspieszony rozwój miał swoją cenę. To, co wcześniej nazywano zwykłą mgłą czy „grochówką”, z czasem zaczęto nazywać właśnie smogiem. Określenie to było połączeniem dwóch angielskich słów: smoke – dym i fog – mgła. Wiek XIX był już praktycznie wiekiem smogu w Londynie – stolica Wielkiej Brytanii rozwijała się w błyskawicznym tempie, ale jednocześnie zatruwała samą siebie. Zapewne czytelnicy powieści Dickensa czy też fani przygód Sherlocka Holmesa w kryminałach Doyle’a pamiętają, że smog londyński był nieodłącznym elementem, wręcz równoprawnym bohaterem tej literatury. Zafascynowany londyńską „grochówką” był m.in. Claude Monet, a pejzaże londyńskie stały się jednymi z najbardziej rozpoznawalnych dzieł impresjonisty. To romantyczne podejście do unoszącej się w powietrzu trucizny wykpiwał za to inny artysta, Luke Fildes. W gorzkich słowach nazywał rzecz po imieniu: „Znosiliśmy i wciąż musimy znosić najobrzydliwiej ciemną i beznadziejną zimę. Mieliśmy nieprzerwanie mgłę przez pięć kolejnych dni w zeszłym tygodniu. Jest zbyt ciemno, by malować”.

„Pięć kolejnych dni” uderzyło z jeszcze większą siłą w połowie XX w. Chociaż londyńczycy byli przyzwyczajeni do utrzymującej się nawet tydzień lub dłużej gęstej mgły, choć „od zawsze” z powodu zanieczyszczeń umierało mnóstwo ludzi cierpiących na choroby układu oddechowego (co można sprawdzić, spacerując po starych cmentarzach Londynu, gdzie na nagrobkach zapisywano często smog jako źródło choroby i przyczynę śmierci), to jednak 5 grudnia 1952 r. wychowani w takim klimacie londyńczycy poczuli się zaskoczeni i uwięzieni w zatrutej celi.

Londyn w puszce

Zaskoczenie było tak duże właśnie ze względu na oswojenie się z takim smogowym klimatem. Nikt nie przypuszczał, że tym razem w powietrzu wisi coś dużo bardziej trującego, gęstego i zabójczego. Tym bardziej że od kilkudziesięciu lat (od początku XX w.) stopniowo przenoszono część fabryk poza metropolię, więc smog londyński, choć obecny, nie był tym samym, który dominował jeszcze w XIX wieku. Nagle dzień stał się nocą, a właściwie próbujący udać się rano do pracy mieszkańcy mieli poczucie, że noc trwa nadal. Zresztą większość z nich do pracy nie dotarła, bo transport miejski praktycznie przestał funkcjonować, choć jeszcze w pierwszym dniu kursowały niektóre linie autobusowe. Decydujące o rozmiarach tragedii okazało się zjawisko polegające na tym, że zimne powietrze zostało niejako uwięzione przez unoszące się wyżej powietrze ciepłe (o tym świat dowiedział się dopiero po latach dzięki specjalnemu raportowi brytyjskiego Met Office, czyli tamtejszego państwowego serwisu meteorologicznego). Efekt był taki, że pracujące pełną parą, z racji wyjątkowo zimnych dni, piece węglowe i elektrownie, a do tego liczne pożary, lokomotywy parowe i normalnie działające fabryki nie tylko emitowały większe niż zawsze ilości trujących pyłów, ale dodatkowo pyły te pozostawały „uwięzione” wraz z zimnym powietrzem w pobliżu poziomu gruntu, nie mogąc przedostać się swobodnie w górę. To trochę tak, jak gdyby ktoś zaczął wpuszczać trujący dym do zamkniętego pomieszczenia czy słoika – znajdujące się w nim owady padałyby jeden po drugim. Tak właśnie stało się z londyńczykami. Tylko w ciągu 5 dni wielkiego smogu zmarło 4 tys. osób, a w ciągu następnych tygodni na wszelkiego rodzaju schorzenia układu oddechowego wywołane smogiem zmarło kolejne 8 tys. mieszkańców. Podobnego pogromu nie było w Londynie ani w czasie najgorszego tygodnia epidemii cholery w XIX w., ani podczas nalotów niemieckich, w wyniku których zginęło blisko 20 tys. osób, ale jednak trwało to wiele miesięcy. Tutaj w ciągu zaledwie paru tygodni zmarło w sumie 12 tys. londyńczyków. Do tego należałoby doliczyć ofiary wypadków na ulicach, gdzie widoczność momentami spadała poniżej jednego metra. Paraliż komunikacji sprawił, że w drogę nie wyjeżdżały również karetki pogotowia, a to z kolei też napędzało liczbę ofiar, bo duszący się ludzie pieszo szli do szpitali, co powiększało liczbę ofiar smogu. Do tego drastycznie wzrosła przestępczość – w tym napady rabunkowe i zabójstwa (słynny seryjny morderca przyczynił się swoimi wyczynami do późniejszego zaostrzenia kar i dyskusji o karze śmierci).

Raport w koszu

Fani serialu „The Crown” („Korona”) zapewne pamiętają jeden z odcinków poświęcony właśnie wielkiemu smogowi londyńskiemu (pod znamiennym tytułem „Siła wyższa”). Ponieważ ważną rolę w serialu odgrywa polityka, również w tym wypadku nie dało się uciec od reakcji na smog rządu Jej Królewskiej Mości pod wodzą Winstona Churchilla. I trzeba przyznać, że twórcom filmu udało się dobrze oddać klimat polityczny tego czasu. Oto bowiem doświadczony mąż stanu, który przeprowadził kraj przez II wojnę światową, cieszący się nieskrywaną przychylnością królowej Elżbiety II, w sytuacji katastrofy ekologicznej okazuje lekceważący stosunek do faktów. W czasie gdy w szpitalach umierają już duszący się od smogu ludzie, Churchill podczas posiedzenia rządu woli dyskutować o… „samowolce” księcia Filipa, męża królowej, który od pewnego czasu pozwalał sobie – nie pytając rządu o zgodę – na naukę latania. A raport pokazujący dramatyczny wzrost zanieczyszczenia powietrza ląduje w koszu. Z taką informacją do siedziby opozycyjnej Partii Pracy przychodzi członek administracji rządowej. Dla konkurentów politycznych to oczywista gratka – w końcu mają poważnego haka na Churchilla i rząd konserwatystów. Pracownik rządowy popełnia więc zdradę czy też działa w interesie publicznym? Pokazując liderowi opozycji i byłemu premierowi Clementowi Attlee protokół z posiedzenia rządu, niewątpliwie narusza lojalność wobec swojego szefa, a jednocześnie – jak twierdzi – ma poczucie, że to jedyne wyjście, by ratować Londyn przed bezczynnością premiera. Jednocześnie ujawnia, że sam Churchill namawiał ludzi, by tej zimy jeszcze bardziej ogrzewać mieszkania węglem, by „dać złudzenie stabilnej gospodarki”.

Słońce Churchilla

Niezależnie od intencji urzędnika jest pewne, że opozycja zechce wykorzystać tragedię, by przejąć władzę. Dzieje się to w momencie, gdy nad Londynem widoczne są jeszcze gwiazdy i nic – poza wspomnianym raportem – nie wskazuje na to, że nadchodzi nieszczęście. Churchill bierze się za problem dopiero w momencie, gdy na ulicy pod koła autobusu wpada jego sekretarka. Przyjeżdża do szpitala, gdzie organizowana jest ustawka dla prasy: Churchill pokazuje się jako zatroskany ojciec narodu. Gazety ze zdjęciami premiera trafiają na biurko królowej, która – poproszona przez opozycję – chce nakłonić Churchilla do złożenia dymisji. Tuż przed spotkaniem obojga nad Londynem znowu pojawia się słońce… Churchill ratuje stanowisko, a opozycja musi poczekać na swój czas.

Niestety, prace nad ustawą antysmogową trwały jeszcze bardzo długo, została przyjęta dopiero w 1956 r. Ustawa mocno ograniczała spalanie węgla w piecach domowych i przemysłowych, oferując dotacje za wymianę instalacji grzewczych, ale to i tak było za mało, co pokazał kolejny kryzys smogowy w 1962 r. Wielki smog roku 1952 pokazał słabość, jaka toczyła klasę polityczną nawet w tak dojrzałych demokracjach jak Wielka Brytania. Brak właściwej reakcji przywódcy, ignorowanie ostrzeżeń, a później również widocznych już skutków i opieranie się na swoim wydumanym ego, a z drugiej strony zacieranie rąk, że „jest okazja”, by obalić rząd – to wszystko nie jest obce nawet najbardziej zasłużonym w historii politykom.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także