Nowy numer 23/2020 Archiwum

Halo, nie chcę tego dziecka

Telefon dzwoni wieczorem. Z całej Polski. Od tej rozmowy zależy ludzkie życie...

Halo, dzwonię z północy Polski. Mam problem. Możecie mi pomóc? – tak mniej więcej zaczyna się niemal każda rozmowa. – Jestem w dziewiątym tygodniu, nie mam za wiele czasu.

Czasu faktycznie jest niewiele. Na to, by dotrzeć, przekonać, że kobieta może otrzymać realną, nie iluzoryczną, szkodliwą „pomoc”. I że nie jest sama. W całym kraju coraz więcej wolontariuszy Stowarzyszenia Dwie Kreski wspiera kobiety rozważające aborcję.

Ile ratujecie?

Historia stowarzyszenia rozpoczęła się w 2014 roku, gdy Paweł Woliński – menedżer, działacz, twórca wielu fundacji i projektów promujących rodzinę i wartości chrześcijańskie – przebywał w USA. – Poznałem tam księdza, który działał od lat na rzecz ochrony dzieci nienarodzonych. Miał w tym ogromne doświadczenie, wiele amerykańskich kobiet zawdzięczało mu to, że ich dzieci się urodziły. Długo opowiadałem księdzu o naszych, polskich inicjatywach pro-life, aż w końcu przerwał i zapytał: „Ale ile konkretnie dzieci ratujecie?”. – Tego nie wiedziałem – wspomina Paweł Woliński.

Wrócił do kraju i zaczął szukać informacji na temat organizacji, które w realny sposób – materialny, psychologiczny, socjalny, prawny – pomagają kobietom rozważającym aborcję. – Wyszło na to, że oprócz działalności ks. Kancelarczyka (Bractwo Małych Stópek) i ks. Dzierżanowskiego z Opola niewiele jest takich działań. Oczywiście mamy domy dla samotnych matek oraz okna życia, ale od pokazania się dwóch kresek na teście do porodu jest aż dziewięć miesięcy. Wiele może się wydarzyć, zarówno dobrego, jak i złego – opowiada Paweł Woliński i dodaje, że według brytyjskich badań to początek ciąży jest kluczowy dla kobiety w trudnej sytuacji. – Aż 60 proc. decyzji o tym, czy usunąć, czy urodzić, zapada w momencie, gdy kobieta widzi test ciążowy.

Ksiądz z USA, gdy zaczynał pracę, miał do pomocy kilkaset oddanych parafianek. W latach 90. ubiegłego wieku umieszczał w książkach telefonicznych przy numerach telefonów klinik aborcyjnych ogłoszenia mniej więcej takiej treści: „Niechciana ciąża. Nie oceniamy – pomagamy”. Kobiety myślały, że dzwonią do klinik aborcyjnych, rozmawiały z wolontariuszkami, które informowały o innej możliwości niż aborcja i zapewniały wszechstronną pomoc. – Dotarło do mnie, że w Polsce nie ma podobnego telefonu, przynajmniej nie ma go w powszechnej świadomości. Kobiety szukające informacji o aborcji trafiają w sieci wyłącznie na strony proaborcyjne, poprzez które otrzymują pigułki wczesnoporonne lub adresy gabinetów. Po powrocie z USA zacząłem o tym rozmawiać z wieloma osobami. Jednak mimo że wszyscy pomysł założenia telefonu w Polsce popierali, nie byłem w stanie zebrać ekipy, która podjęłaby konkretne działania – opowiada P. Woliński. Na szczęście do czasu.

Rozsądna inicjatywa

Woliński trafił na zajęcia dla studentów dotyczące ochrony życia. Opowiedział o doświadczeniu USA i o pomyśle, by stworzyć system pomocowy. Po tym wykładzie zgłosiły się do niego dwie młode kobiety. Jedną z nich była studentka psychologii Agata Ekiert, obecnie przewodnicząca stowarzyszenia. – Ten pomysł wydał mi się spójny, rozsądny i – co ważne – traktujący kobietę podmiotowo – mówi Agata Ekiert. – Propozycja wszechstronnej pomocy pada, kobieta jednak podejmuje decyzję sama, pozostaje wolna. Tu nie chodzi o dyskurs pro-choice i pro-life. Nie chodzi o jakieś przepychanki, nie ma w tym upolitycznienia. Jest natomiast wszechstronna, profesjonalna pomoc.

Okazało się też, że istniała w Polsce co najmniej jedna nieformalna wspólnota, w której grupa zapaleńców lokalnie działała metodą telefon–rozmowa. Pomocy dalszej jednak nie świadczyła – nie miała ku temu warunków. – Połączyliśmy siły z tamtą grupą. I w końcu zaczęli zgłaszać się do pomocy kolejni chętni – opowiada P. Woliński. – Nasza działalność zaczęła nabierać rumieńców. Zaczęliśmy tworzyć struktury, profesjonalny plan działania.

Czat, e-mail, telefon

Pani Agata, zanim została przewodniczącą stowarzyszenia, pracowała rok na infolinii. Była wolontariuszką telefonu zaufania. Przez ten czas przeprowadziła wiele rozmów trudnych, czasem wstrząsających. – Panie mogą też do nas pisać na czacie i mailowo, ale zachęcam do kontaktu telefonicznego, bo jest najbardziej osobisty z tych wszystkich form i można lepiej dotrzeć, wczuć się w konkretną sytuację – opowiada pani Agata. – Najczęściej po prostu szukają dojścia do pigułek lub gabinetu, w którym usuną nielegalnie ciążę. Rozmawiamy, staramy się poznać problem. W końcu informujemy kobietę, że nie pośredniczymy w nielegalnej aborcji i że nasza pomoc jest realna: możemy znaleźć jej schronienie, możemy pomóc finansowo, zorganizować opiekę nad dzieckiem, znaleźć prawnika czy lekarza.

Kobiety – wśród których są młode dziewczęta, mężatki, kobiety biedne i bogate, z wielkich miast, z małych wiosek – reagują na takie słowa bardzo różnie. Jedne zaczynają płakać, inne rzucają słuchawką, jeszcze inne w ciszy słuchają. Część otwiera się i szczerze opowiada o swojej sytuacji.

– Bywa, że po jednej, dwóch rozmowach decyduje się urodzić, bo wystarczyło, że wyrzuciła z siebie lęki, uporządkowała emocje. Bywa, że godzi się na współpracę – wtedy organizujemy pomoc „szytą na miarę”, czyli dopasowaną do potrzeb. Bywa też, że mimo oferty wsparcia kobieta podejmuje decyzję o aborcji, znika i nie mamy z nią kontaktu – opowiada pani Agata. – My w rozmowie z nią nie oceniamy tej decyzji. Ale też zawsze zaznaczamy, że jeśli postanowi urodzić, czekamy z otwartymi rękami.

Niedawno urodził się „stowarzyszeniowy” chłopiec. Śliczny i zdrowy, mimo trudnego startu. – Mama przyjęła środki wczesnoporonne. Okazało się jednak, że dziecko przeżyło. Wtedy zwróciła się do nas o pomoc – opowiada pani Agata. – Otoczyliśmy ją opieką, bo faktycznie nie była w stanie dziecka wychować. Udało się nam znaleźć dla niej lokum, w którym bezpiecznie, pod opieką lekarską, doczekała porodu. Tam, z daleka od swojego środowiska, w ukryciu urodziła synka i oddała go natychmiast do adopcji. Dziś jest szczęśliwa, że dziecko żyje i się rozwija. A rodzice malucha rozpieszczają go i kochają...

Dobre zasoby

Obecnie kilkaset osób w całym kraju gotowych jest do pomocy. Wolontariusze stowarzyszenia, jeśli kobieta chce przyjąć pomoc, docierają do niej, poznają warunki życia, sprawdzają, jak najlepiej wesprzeć. Poznanie potrzeb to podstawa, by kobieta poczuła się bezpieczna i mogła zaufać wolontariuszowi. Liczba wolontariuszy systematycznie wzrasta. Są przez stowarzyszenie szkoleni, przechodzą kursy, warsztaty, praktyki. Ich praca, prócz empatii i wrażliwości, wymaga dyscypliny, wiedzy i praktycznych umiejętności. – Na kilkanaście osób, które się do nas zgłaszają, do pracy z kobietami w telefonie zaufania ostatecznie trafiają dwie, trzy. Część, mimo dobrych chęci, po prostu się nie nadaje. Inne same odchodzą. Zostają najlepsi. Pracują wolontaryjnie, wieczorami. To jest trudna praca, więc część z wolontariuszy wypala się po jakimś czasie – tłumaczy Woliński. – Naszą rolą jest wyszkolić całe zastępy świetnych, oddanych sprawie specjalistów, ludzi z wielkimi sercami, otwartymi umysłami.

W planach stowarzyszenia jest tak szerokie i intensywne działanie w internecie, by kobieta, która wpisuje w wyszukiwarkę „aborcja – pigułki – niechciana ciąża”, jak najszybciej trafiała właśnie do nich. – Jednak żeby tak dobrze pozycjonować się w internecie, by niejako wirtualnie stać przed klinikami aborcyjnymi (bo większość aborcji dokonuje się teraz w domowym zaciszu, przez pigułki), musi upłynąć trochę czasu i musimy mieć na takie działania pieniądze – dodaje Woliński. – Staramy się też docierać do ukrytych forów proaborcyjnych. To nie jest łatwe, bo administratorzy tychże od razu wyrzucają każdego, kto nie „wspiera” aborcji.

Rodzą się dzieci

W ubiegłym roku urodziło się co najmniej kilkoro dzieci, których mamy otrzymały pełną pomoc od stowarzyszenia. O tylu wiadomo, bo przy tych narodzinach byli wolontariusze, którzy towarzyszyli też mamie podczas ciąży. Prawdopodobnie jednak liczba ocalonych dzieci jest większa – nie wszystkie matki przecież pozostają w kontakcie. – Urodziło się kilkoro maluchów i to nas bardzo cieszy, ale nawet jeśli byłoby to jedno uratowane od śmierci dziecko, warto było działać – mówi pewnie Paweł Woliński. – Prawda jest taka, że ruch pro-life w Polsce jest w dość słabej kondycji. My stworzyliśmy coś nowego, jest nowe otwarcie i mam nadzieję, że wiele osób zrozumie nasze idee i w różny sposób do nas dołączy.

Większość wolontariuszek to kobiety. Ale świetnie spisują się też mężczyźni. – Gdy pomocy szuka kobieta – często skrzywdzona przez mężczyznę, ojca dziecka – i w telefonie słyszy męski głos, na starcie już jest więcej szans, że zdecyduje się urodzić – twierdzi P. Woliński. – Po prostu czuje się bezpieczniej, może porozmawiać otwarcie, pożalić się na los, sytuację, partnera. Być może po raz pierwszy mogła usłyszeć męski głos wspierający, a nie krzywdzący...

Wolontariusze i telefon są głęboko ukryci. Chodzi tu o pełne bezpieczeństwo działających, ale też komfort i anonimowość dzwoniącej kobiety. – Bez anonimowości nie udałoby się docierać do kobiet, które zwykle wstydzą się swojej sytuacji, albo też boją się reakcji otoczenia na ciążę, reakcji partnera. Anonimowość pozwala im wyrzucić z siebie lęki.

Można pomóc

Stowarzyszenie cały czas szuka ludzi, którzy będą chcieli i potrafili zaangażować się w działania. – Można nas wspierać również finansowo, ale potrzebujemy w sieci ludzi, którzy okazyjnie, od czasu do czasu, wesprą konkretną kobietę. Tacy ambasadorzy są bezcenni, już wielokrotnie okazywało się, że gdy kobieta potrzebuje chociażby wózka, znajduje się człowiek, który jest w stanie za wózek zapłacić – tłumaczy P. Woliński. – Bywa, że ambasadorzy przyjmują kobietę na jakiś czas do swojego domu (mamy odpowiednie procedury gwarantujące dwóm stronom bezpieczeństwo) lub też opłacają matce pokój na czas ciąży. Kwestia mieszkania, czy raczej jego braku, to częsty problem, z którym się stykamy. Problem wszak do rozwiązania...

Agata Ekiert dodaje, że początkowa chęć dokonania aborcji to zwykle wierzchołek góry lodowej dziesiątków innych problemów kobiety. Gdy się te problemy pomoże zniwelować, matka przyjmuje nawet i trudną ciążę. Właśnie na dniach urodzi się kolejne „stowarzyszeniowe” dziecko. W biednej rodzinie. Najpierw mama nie widziała innego rozwiązania. W maleńkim obskurnym pokoju byłoby pięć osób, w tym niemowlak. Rodzinie wydawało się, że nie da rady przyjąć nowego członka. Potem – gdy matka otrzymała wsparcie – rozważała oddanie do adopcji. W końcu jednak, po wyciszeniu emocji i otrzymaniu realnej pomocy, postanowili oboje z mężem przyjąć kolejne dziecko. Po remoncie pokoju, zakupie potrzebnych mebli spojrzeli na przyszłość z nadzieją. I czekają na dziecko.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..
  • rezi
    17.04.2020 23:33
    Chciałem prosić o jakiś kontakt do wspomnianego stowarzyszenia.
  • jabrodi
    19.04.2020 21:22
    Ja też bardzo proszę o kontakt. To jest bardzo dobra inicjatywa. Ludzie robią po cichu kawał dobrej roboty. Trzeba wspierać!
Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama