Nowy numer 48/2020 Archiwum

Van Gogh ze stalówką

„Zamordowane” pióra przechowuje w specjalnych szufladach. Jest w tym fachu światowej klasy specjalistą...

Gdy idzie się ulicą Powstańców w Chorzowie, łatwo przeoczyć Warsztat Naprawy Urządzeń Piśmienniczych. Jednak to niepozorne miejsce jest znane kolekcjonerom i posiadaczom piór z całego świata. Prowadzi je Przemysław Dudek, pasjonat i samouk w tej dziedzinie. Zaraz po wejściu do pracowni trudno nie zauważyć słoików, w których moczą się różne egzemplarze piór.

– Prawie każde przed naprawą trzeba odmoczyć. Prawie, bo są też pióra wykonane z materiałów, które niszczeją pod wpływem wody. Ale 98 proc. musi być poddane takiemu zabiegowi. W piórze jest atrament, który w czasie, kiedy pióro leży nieużywane, twardnieje i „betonuje” cały mechanizm. Do tego dochodzą jeszcze zewnętrzne zanieczyszczenia: kurz, drobinki papieru, pot z palców. Powstaje mocna skorupa, którą trzeba usunąć – wyjaśnia właściciel warsztatu. Czasem sama woda nie wystarczy. Wtedy przydaje się WD40 i inne chemiczne środki. Dopiero po zmiękczeniu nagromadzonych wewnątrz zanieczyszczeń można podjąć próbę otwarcia.

– Pierwszą podejmuję zwykle po 24 godzinach. Bardzo delikatnie. Jak się nie uda, wracamy do namaczania – mówi pan Przemysław. – Nikt mnie nie uczył. Wiedzą wymieniałem się z kolegami. Ten fach umarł prawie w 99 proc. Naprawiacz piór był kiedyś tak potrzebnym zawodem jak szewc. W najlepszych czasach działało chyba nawet 7 takich zakładów w Krakowie. Dziś warsztat – taki, do którego można wejść z ulicy – mam ja i jeden pan w Warszawie. Reszta zajmuje się tym na zasadzie pasji: chałupniczo, gdzieś na strychu lub w mieszkaniu – dodaje.

Magia pióra

Dla Przemysława też nie było oczywiste, że naprawa piór stanie się pracą na pełen etat. – Początkowo to było tylko hobby. Później dorabiałem do pensji. W pewnym momencie poczułem, że już nie chcę dla nikogo pracować. I tak zapadła decyzja. Zacząłem z tego żyć – mówi. Do jego warsztatu pióra z prośbą o naprawę przysyłają pasjonaci z całego świata. Nie zawsze są to wyjątkowo drogie czy kolekcjonerskie egzemplarze. Czasem po prostu mają dla właścicieli ogromną wartość sentymentalną.

– W piórze jest pewna magia. Zegarki czy monety także można kolekcjonować. Ale pióra mają nad nimi zdecydowaną przewagę – dotyczą intymnej sfery każdego człowieka, zapisują to, co myślimy. Nad czasem nie panujemy i zegarkiem próbujemy go taktować. Piórami pisano kiedyś listy, pozdrowienia czy przemyślenia. Myśl tworzy się w głowie, a pióro pomaga ją utrwalić. Dlatego mają taką szczególną wartość – wyjaśnia. I dodaje, że prowadząc warsztat, właśnie na ten element musi być szczególnie wrażliwy. – Zawsze mówię uczciwie, kiedy wiem, że koszt naprawy przekroczy wartość pióra. Miałem kiedyś klientkę, która trafiła do mnie z kolekcją. Dla niej była niesłychanie cenna i widziałem, że daje jej mnóstwo radości. Bardzo dużo mi o niej opowiadała, ale nie padło pytanie o jej prawdziwą wartość. Nie wyprowadzałem jej więc z błędu, nie miałbym serca. Zresztą nie było ambicją tej klientki, żeby ją pokazywać na targach – wspomina.

Przedmiot idealny

Przemysław Dudek nie potrafi wskazać momentu, kiedy zaczęła się jego przygoda z pisaniem piórem. Jednak moment przełomowy nastąpił dzięki... prezentowi, jaki dostała siostra.

– W dzieciństwie rodzice zmuszali mnie do pisania piórem. Wierzyli, że to wyrobi mój charakter pisma. No, cóż z tamtych czasów został mi szacunek do tego narzędzia, bo moje pismo nadal nie jest piękne – śmieje się. – Moja siostra, chyba z okazji matury, dostała pióro od rodziców. To jest taki zapamiętany przeze mnie moment, bo wtedy zachwyciło mnie piękno tego modelu. Pamiętam dwukolorową stalówkę. To był pelikan, którym napisałem kilka kresek i uznałem, że to jest przedmiot idealny – dodaje. Od babci dostał wtedy nieco inny model i ma go do dziś. – To moje pióro ma dla mnie ogromną wartość, bo było ze mną w najważniejszych momentach. Pisałem nim maturę, listy do dziewczyn, notatki, egzaminy, słowem wszystko. Oczywiście to jest ważne tylko dla mnie, ale znowu wracamy do wątku, że w piórach zaklęci są ludzie – zauważa. Prezent od babci stał się impulsem do tego, by poznać historię wiecznych piór.

– Odkryłem zupełnie nieznany i fascynujący świat. Odkładałem przez dłuższy czas i udało mi się kupić starego pelikana. Wtedy uznałem: „co z tego, że go mam, muszę go umieć naprawić”. Byłem zbyt ambitny, ale też bez środków na takie fanaberie, przyznaję to szczerze, by móc to zadanie komuś powierzyć. Niejedno pióro „zabiłem” i jego części spoczywają tu, w tych szufladach – wskazuje ręką na ogromną szafę, trochę przypominającą regały w aptece. Każda przegródka jest starannie opisana. – Dlatego nie płaczę, kiedy pęknie mi pióro. Jego elementy prędzej czy później wykorzystuję do naprawy innych. Jak coś jest uszkodzone, to wymieniam. To zaplecze mojego sukcesu – wyjaśnia.

Z Gdańska, czyli skąd?

Do firmy Pelikan właściciel chorzowskiego warsztatu ma ogromny sentyment. – Dla wielu osób w Polsce dobre pióro to pelikan. Ta nazwa kiedyś funkcjonowała zamiennie, tak jak teraz adidasy czy pampersy, jako rzeczownik. Dla starszego pokolenia każde pióro z tłoczkiem to pelikan, nieważne kto w rzeczywistości je wyprodukował. Dlaczego był tak znany w Polsce? Z powodu wielkiego szwindlu z lat międzywojennych. Otóż ta niemiecka firma weszła w posiadanie niewielkiego budynku w dzisiejszym Gdańsku-Wrzeszczu. Gdańsk, jak wszyscy pamiętamy, przed II wojną światową funkcjonował jako wolne miasto.

Tam miała się mieścić fabryka, co było ewidentną nieprawdą, ponieważ kubatura budynku nie byłaby w stanie pomieścić maszyn do produkcji. Ale oficjalnie powstawała tam linia, którą kolekcjonerzy zwą dziś Danziger. Ponieważ Gdańsk miał unię celną z Polską, pióra były przewożone do sklepów w całym kraju. Zwolnione z opłat mogły być sprzedawane po znacznie niższych cenach niż te oferowane przez firmy konkurencyjne. Kiedyś nawet miałem okazję rozmawiać z panią, której mama pracowała w niemieckiej fabryce Pelikana. Ona miała w domu pióro linii Danziger, które mama dostała jako nagrodę jubileuszową. I była pewna, że wyprodukowano je na terenie Niemiec – mówi Przemysław.

Majstersztyk

Właściciel warsztatu szczególnie wspomina dwa modele, które trafiły do jego rąk.

– Miałem kiedyś pióro, które się nazywało Mont Blanc 32. Problem z nim polegał na tym, że oficjalnie w historii firmy takiego modelu nie było. Mimo że jej fabryka uległa niemal całkowitemu zniszczeniu w bombardowaniu Hamburga w 1944 roku, udało się ją odtworzyć. Było to możliwe przy wsparciu pasjonatów, rodziny założycieli czy pozostałościom po archiwum fabryki w Kopenhadze. Ale modelu 32 w zachowanych dokumentach nie było. To był Mont Blanc Meisterstück, czyli najwyższa linia tej firmy, której numeracja była ściśle powiązana z ceną: był model 20, bo kosztował 20 marek, oraz model 35 w cenie 35 marek. Skoki w cenie były co 5 lub co 10 marek. Jednak ten mój model nie był oszustwem – znane są cztery egzemplarze tej serii, pojawiły się na targach staroci w Skandynawii. Prawdopodobnie była to krótka linia eksportowa. To pióro sprzedałem i wiem, że już go nie odzyskam. A to, że miało ono numer 32, a nie 35, sprawiało, że jest traktowane jako 10 razy lepsze, chociaż w gruncie rzeczy oba modele nie różniły się prawie wcale... – wspomina.

– Drugie pióro to był model Dunhill Namiki. Łączy on w sobie historię rzadkich piór wiecznych z dziełem sztuki. Kojarzy pani firmę Dunhill – papierosy, tytoń i fajki? Oni przed wojną w ofercie mieli także ekskluzywne męskie dodatki: zapalniczki czy fajki, złocone i pięknie wykonane. W Japonii z kolei działała firma Namiki. To była gildia artystów, którzy zdobili przedmioty techniką maki-e. Polega ona na posypywaniu pyłkiem namalowanych wcześniej lakierem urushi kształtów. To bardzo pracochłonne. W Namiki byli światowi specjaliści w zakresie tego rodzaju zdobienia. Połączyli siły z firmą Dunhill i malowali dla nich pióra, które teraz osiągają kosmiczne ceny. Każde z nich jest podpisane przez artystę. Popyt podbija fakt, że kontrakt był jednorazowy, nie podpisano kolejnego. To w rzeczywistości są zwykłe ebonitowe pióra, wartość nadaje im właśnie wyjątkowe zdobienie. Żeby odnieść to do lepiej znanej wielu czytelnikom rzeczywistości: to tak jakby kolekcjonować obrazy i trafić na van Gogha. Niestety przyszedł czas, kiedy uznałem, że i to pióro muszę sprzedać – wzdycha.

Żeby się sprawdzić

Jako pasjonat pan Przemysław potrafi zajmująco opowiadać o ebonicie, celuloidzie wzbogaconym rybią łuską i innych materiałach, które służyły do produkcji korpusów piór. Tłoki i zbiorniczki atramentu także nie mają dla niego tajemnic. To wszystko sprawia, że jest w stanie w 90 proc. przypadków odróżnić oryginał od kopii. – Ale zdarzają się i takie sytuacje, w których nie mam pewności. Wtedy mówię szczerze – podkreśla.

– Są świetne pióra, np. niektóre francuskie, które są mniej poszukiwane przez kolekcjonerów. Nie wiem dlaczego, bo nie ustępują w niczym, np. włoskim czy amerykańskim, czyli tym, na które jest duży popyt. Niemieckie też są pożądane – wymienia. Jego zdaniem w dzisiejszych czasach pisanie piórem staje się dla wielu po prostu przyjemnością, ale i sposobem na podkreślenie swojego statusu, jako element dress code’u. Bo co do trwałości zapisu, większej – jak twierdzą niektórzy – niż w przypadku długopisu, zdaniem pana Przemysława nie można mieć pewności.

– Dzisiejszy papier jest bardzo złej jakości. Kupujemy rzeczy, które mają być białe, wyglądać jak papier i być tanie. Reszta wielu już nie interesuje. Ekonomia rządzi. A produkt nie może być dobry, jeżeli ryza, czyli 500 kartek, kosztuje 15 złotych. Poza tym atramenty były kiedyś inne. Pierwsze były breją z sadzy albo wywarem z różnych roślin. One wbrew pozorom są bardzo trwałe. Dziś nie wiadomo, czy trwalsze są żelopisy czy współczesne atramenty – zaznacza. Obecnie jego marzeniem jest... nowa tokarka. – Bardzo przydatne urządzenie. Zwłaszcza kiedy brakuje jakiejś części, można wtedy samemu ją dorobić. Bo piór raczej nie planuję robić. Może jedno dla własnej przyjemności i żeby sobie coś udowodnić – zdradza.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama