Nowy numer 48/2020 Archiwum

Pan Bóg zna moje rozterki

- Czasem jeszcze mam potrzebę poczucia się samowystarczalną gwiazdą. Wtedy widzę, że moja żona trzyma mnie przy ziemi... - wyznaje Jakub Jastrzębski.

Miałem pięć lat, kiedy tata przyprowadził mnie pierwszy raz na kort. To była jego wielka pasja. W trakcie studiów na KUL prowadził sekcję tenisa. Dzięki niej poznał św. Jana Pawła II, wtedy kard. Wojtyłę.

Zacząłem trenować. W podstawówce byłem bardzo dobrym uczniem. Miałem świetne wyniki, dużo trenowałem, jeździłem na zawody. Marzyłem, że będę znanym tenisistą i pojadę na olimpiadę. Po lekcjach od razu szedłem na kort. Tata uczył mnie, że powinienem grać taki ofensywny tenis, atakujący. Moim wzorem był Szwed Stefan Edberg, teraz już chyba nikt go nie pamięta. On miał specyficzny styl gry, starał się szybko kończyć akcje. Miałem być tenisistą, a zostałem studentem teologii, mężem Justyny i ojcem. Bez Boga nie byłoby to możliwe.

Zakorzeniony lęk

Gdybym miał wskazać moment, w którym to wszystko zaczęło się psuć, sądzę, że wybrałbym koniec podstawówki. Stanąłem wtedy w obronie kolegi. To obróciło się przeciwko mnie i jego oprawcy zaczęli mnie prześladować. Trochę to trwało, ale nie przyznawałem się rodzicom. W końcu udało mi się jakoś ten konflikt rozwiązać. Dziś nie wiem jak, ale pamiętam, że po tych doświadczeniach zostało we mnie takie poczucie lęku, przekonanie, że jestem słabszy niż inni. Ta nerwowość odbijała się też na moim poziomie gry.

Zaczęła się szkoła średnia – postanowiłem zmienić swój wizerunek, zostawić to wszystko za sobą. Szybko znalazłem towarzystwo osób, które paliły i piły. Poczułem, że ten lęk, który mi cały czas towarzyszy, zmniejsza się po alkoholu – czułem, że mogę wszystko. Znowu wszystko odbywało się kosztem tenisa. Ale w trakcie imprez wykrzykiwałem: „Zobaczycie, jeszcze będę znanym tenisistą. Pojadę na olimpiadę!”. Coraz mniej grałem, więcej piłem. Coraz gorzej szło mi z nauką. Zacząłem o sobie myśleć, że jestem głupi i się nie nadaję. To nie znaczy, że nie czułem, że to, co robię, jest złe.

Pamiętam, jak dostałem pierwszego papierosa. To była większa grupa osób, staliśmy schowani za jakimiś krzakami. Pojawiła się myśl: „Ja palę? Coś jest nie tak!”. Szybko jednak zdusiłem wątpliwości. Imprezowy tryb życia wciągał mnie coraz mocniej. I szybko pojawiły się jego konsekwencje – w klasie maturalnej dostałem zawału. Pamiętam, że to był akurat tydzień, w którym moja mama była w szpitalu. W dniu, kiedy ona wychodziła do domu, ja przyjechałem tam z zawałem. I wiesz, że to wcale nie był dla mnie moment otrzeźwienia? Wręcz przeciwnie – uznałem, że jestem wyjątkowy, bo niewiele osób przechodzi przez taki stan w moim wieku. Nie myślałem, że to Pan Bóg się o mnie upomniał.

Sezon barowy

Sytuację zdrowotną postanowiłem wykorzystać po swojemu. Wtedy pobór do wojska był jeszcze obowiązkowy, ale ja z uwagi na serce dostałem od razu kategorię E. Uznałem to za uśmiech losu – nie będę musiał iść na studia tylko po to, żeby uciec przed wojskiem. Rodzicom wmówiłem, że skupię się na tenisie. Moje życie podzieliło się na dwie ścieżki: oficjalną – treningi i zawody, i tą głęboko ukrytą – związaną z uzależnieniami.

Tata starał się mnie pilnować, zabierał na kort. Mama także wspierała. Ale ja zupełnie się od nich odciąłem. Cynicznie wykorzystałem marzenia taty. Zacząłem dawać pierwsze lekcje i tak zarabiałem jakieś niewielkie pieniądze. Na moje nieszczęście obok kortów otworzył się bar. Pierwszy sezon letni spędziłem tam, pijąc piwo i paląc marihuanę. Niewielkie przerwy w niekończącej się imprezie robiłem tylko na grę i uczenie innych. Wszedłem mocniej w alkohol, narkotyki. Odbijałem w tym wszystkie moje lęki. Dałem się wciągnąć w przestępstwo, bo chciałem się poczuć mocny i ważny.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama