Nowy numer 03/2020 Archiwum

Kto czeka, już się doczekał

Jezus przychodzi do stajni, a nie stajnia do Jezusa. To dla nas bardzo pocieszające.

Mirek pierwszy raz upił się w dniu swojej Pierwszej Komunii św. – powypijał wtedy z kieliszków resztki alkoholu pozostawione przez gości. Potem było już tylko gorzej. W dorosłe życie wszedł jako wrak człowieka. Podejmował pracę, ale szybko ją tracił. Któregoś dnia rzucił się pod pociąg, ale nie zauważył zwrotnicy – pojazd przetoczył się po sąsiednim torze. Mirek wstał i jęknął do siebie: „Ty nawet zabić się nie umiesz”.

Mieszkał byle gdzie, jadł byle co, a przede wszystkim pił. Kumple stawiali mu kolejki w barze, bo Mirek był „knajpianym bardem”. Przygrywał im na gitarze i śpiewał, dopóki nie zwalił się pod stół. Któregoś wieczoru powtórzył się typowy scenariusz: Mirek wylądował na podłodze. – Stanęli nade mną kumple i zaczęli mówić: „Ale ty nisko upadłeś, Mirek. Z ciebie już nic nie będzie” – wspomina. Tamci myśleli, że on tego nie słyszy. – Ale ja słyszałem. I pomyślałem sobie, że oni mają rację. Pozbierałem się jakoś i powlokłem na melinę – opowiada. W nocy wezbrała w nim jakaś bezdenna żałość. Uświadomił sobie, że sięgnął dna i jest nikim. Patrząc w otaczającą go ciemność, zaczął wyć: „Boże, jeśli jesteś, jeśli coś jeszcze dla mnie masz, to mnie ratuuuuj!”.

Nie wiedział, że Bóg tylko na to czekał. Przekonał się o tym już nazajutrz, gdy wybrał się do swojego brata. Tam zastał jakiegoś człowieka, który spojrzał na Mirka i zapytał, czy chce przyjąć Jezusa do swojego życia. Mirek zdębiał. – Ale… jak? – zdziwił się. – Twoją decyzją. Jeśli chcesz, to ja mogę się za ciebie o to pomodlić – powiedział tamten. Mirek chciał. Padł na kolana, a mężczyzna modlił się nad nim. – Zdumiałem się, bo on, gdy tak się modlił, to zaczął płakać. Jego łzy kapały mi na głowę. Bardzo mnie to poruszyło, bo jeszcze nikt nade mną nie płakał – przypomina sobie Mirek. W pewnym momencie on sam wypowiedział słowa modlitwy, w której poprosił Jezusa, żeby wszedł do jego życia i stał się jego Panem.

Potem tamten człowiek poszedł, a Mirek został na noc u brata. Gdy rano wstał, uświadomił sobie, że choć już dłuższy czas nie pił… nie ma na to w ogóle ochoty. Co więcej – nie miał też ochoty palić, a wcześniej palił jak smok. – Bóg mnie uzdrowił na całego – śmieje się.

Rzeczywiście, zmiana była trwała. Choć jeszcze wyglądał jak zbój i jeszcze się trząsł, zaczęło w niego wstępować życie. Od tamtego dnia – a minęło już wiele lat – nie wypił kropli alkoholu i nie zapalił. Ożenił się, zdobył pracę i jako wzorowy pracownik dotrwał w niej do emerytury. Czasem potem przychodził jeszcze do tamtej knajpy, ale koledzy nie chcieli jego towarzystwa, bo on zamawiał colę i śpiewał im o Jezusie. Denerwowało ich to, ale on nie umiał i nie chciał śpiewać o czymkolwiek innym. Do dziś, gdy spotyka rozmaitych wykolejeńców, opowiada im o swojej historii i oferuje modlitwę. Niejeden z tych, których świat skreślił, dzięki niemu odnalazł Jezusa, a z Jezusem – wszystko.

Dla nas

Człowiek by takiego Boga nie wymyślił. Nie takiego, którego wręcz przyzywa ludzka nędza, który od początku dzieli ludzki los w jego najtrudniejszej wersji. Żłób zamiast kołyski to pierwsza z mesjańskich niespodzianek, jakie miały zadziwić świat. To nie był przypadek. Pewnego dnia w nędznej grocie na sianie naprawdę został złożony „Przedziwny Doradca, Bóg Mocny, Odwieczny Ojciec, Książę Pokoju”. Izajasz się nie pomylił: rzeczywiście „Dziecię nam się narodziło”, naprawdę „Syn został nam dany”. Nam! To dla nas On przyszedł, dla nas stał się darem i ofiarą. Jezus już od betlejemskiej groty dał nam dowód, jakim jest Bogiem: dostępnym dla każdego. Bo o ile mało kto mógł kiedykolwiek wejść na salony możnych, o tyle każdy może wejść do stajni. Każdy – o ile ma dość pokory.

Okoliczności historyczne sprawiły, że wejście do bazyliki Narodzenia w Betlejem zostało zamurowane i pozostało tam tylko niskie i wąskie przejście. Kto chce wejść do środka, musi nisko się pochylić – chyba że woli wchodzić na klęczkach. Im kto wyższy, tym więcej go to kosztuje. Patriarcha czy żebrak, prezydent czy szary pielgrzym – muszą się uniżyć. To symboliczne: tak się wchodzi w obecność Bożą. Tak się wchodzi w prawdziwą modlitwę, tak się wreszcie wchodzi do nieba. Inaczej się nie da, „Bóg bowiem pysznym się sprzeciwia, a pokornym łaskę daje” (1 P 5,5).

Izajasz mówi o tym Dziecku, że „na Jego barkach spoczęła władza”. I od początku nie była to władza z tego świata – pazerna na zaszczyty, łasa na pochlebstwa, rozstawiająca wszystkich po kątach, opływająca w zasobność i pyszna, pyszna, pyszna. To dlatego pyszni faryzeusze i uczeni w Prawie usłyszą od Jezusa trzy dekady później: „Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego”. Nie dlatego wchodzą, że byli kolaborantami i prostytutkami, ale dlatego, że się z tego nawrócili. Łatwiej im było dostrzec swój grzech i nie sprawiło im problemu wołanie do Jezusa. Żłóbek ich nie zgorszył.

Nie ma takiego „dołu zagłady”, z którego Bóg nie wyciągnąłby tego, kto uświadomi sobie, że jest na dnie i stamtąd do Niego zawoła. Boga nie powstrzyma żaden grzech. Jego miłosierdzie obejmuje każdego, kto odważy się uniżyć – czytaj: uznać swoją marną kondycję. Jakkolwiek ciemna jest otaczająca człowieka noc, w jednej chwili może stać się ona nocą Bożego Narodzenia. I nawet jeśli wszystko spowija jeszcze mrok, to ocalenie już nadchodzi. Kto szczerze wzywa Jezusa, może być pewien, że jest uratowany.

Wołam, bo wołasz

Od najwcześniejszych dni Kościoła chrześcijanie wołali: „Marana tha!”. Bo to Zbawiciel musi do nas przyjść. Sami z siebie do Niego pójść nie umiemy. Nawet jeśli robimy krok w Jego stronę, to tylko dlatego, że On sam nas pociągnął. „Spraw, bym powrócił, a wtedy powrócę” – modli się Jeremiasz (31,18). Już możliwość zwrócenia się ku Niemu jest Jego łaską. Do nas należy wyciągnięcie ręki, wołanie o pomoc.

To nie jest tak, że Bóg brzydzi się światem pogrążonym w grzechu. „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony” – pisze Jan Ewangelista. Bóg umiłował świat! To Jego dzieło, a wszystko, co On uczynił, było dobre. I nawet jeśli człowiek wiele zepsuł, to nie zdołał zniechęcić Stwórcy do siebie. Bóg sam nas wzywa, żebyśmy Go wzywali.

„A Duch i Oblubienica mówią: »Przyjdź!«. A kto słyszy, niech powie: »Przyjdź!«” – wzywa autor Apokalipsy. Ostatnie słowa tej ostatniej księgi Biblii to „Amen. Przyjdź, Panie Jezu! Łaska Pana Jezusa ze wszystkimi!”.

Jeśli jest Adwent, musi być i Boże Narodzenie. Kto na Jezusa czeka, już z Nim jest, kto Go wzywa, już Go ma. Przyjdź, Panie Jezu.•

Adwentowy drogowskaz kard. Stefana Wyszyńskiego

Bóg się rodzi! Niechże więc sobie moc truchleje! My, którzy wierzymy w Boga, nie mamy obowiązku i potrzeby lękać się, patrzymy pogodnie w twarz Dziecięcia Bożego, które z ufnością przychodzi na ziemię mimo wszystkich niepokojów i lęków.

Warszawa, 24 grudnia 1961

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama