Nowy numer 15/2020 Archiwum

Złamane cedry

Liban był dotąd przykładem, że na Bliskim Wschodzie jest możliwe współrządzenie krajem przez wyznawców różnych religii. Dziś libański projekt multi-kulti jest poważnie zagrożony.

Zaczęło się „niewinnie”: rząd Saada al-Hariri, chcąc ratować budżet, zapowiedział podniesienie podatków, w tym m.in. opodatkowanie połączeń wykonywanych przez WhatsApp, najpopularniejszy (i bezpłatny) komunikator internetowy. Dla tych, którzy rozumieją sytuację gospodarczą kraju, którego PKB w ciągu ostatnich lat spadł z ok. 10 proc. do mniej niż 0,5 proc., takie nerwowe ruchy rządu mimo wszystko wydawały się racjonalne. Tego przekonania nie podzielają sami obywatele: na ulice wyszły setki tysięcy Libańczyków, by protestować przeciwko planowanym podwyżkom, ale też przeciwko korupcji na szczytach władzy. Tyle tylko, że z czasem wszystko zaczęło sprawiać wrażenie, że ktoś chce skorzystać z okazji i rozmontować i tak kruchy projekt międzywyznaniowej jedności narodowej, który był dotąd (mimo wojny domowej i ciągłych napięć) podstawą funkcjonowania tego państwa w ostatnich dekadach. Punktów zapalnych w Libanie jest tak dużo, że uśmiercenie projektu multi-kulti w przypadku tego kraju może oznaczać podpalenie beczki z prochem w całym regionie.

Sąsiedzi

Od ponad 70 lat w Libanie obowiązuje tzw. pakt narodowy, który zakłada czytelny podział władzy sprawowanej przez rząd jedności narodowej. Podstawą paktu jest włączenie we współrządzenie wszystkich sił politycznych, których tożsamość jest ściśle związana z przynależnością religijną i wyznaniową. Państwem rządzą zatem i chrześcijanie (prezydent Libanu jest maronitą), i sunnici (premier), i wreszcie szyici (przewodniczący parlamentu), zaś ich główną siłą polityczną jest Partia Boga, czyli Hezbollah. Jest jeszcze całkiem liczna grupa druzów, którzy również uczestniczą w życiu politycznym kraju. Same ministerstwa w rządzie są dzielone po połowie między chrześcijan a muzułmanów.

Liban po części nadal jest jedynym już dzisiaj krajem w regionie, w którym chrześcijanie cieszą się nie tylko wolnością religijną, ale mają stosunkowo duży wpływ na życie społeczne, polityczne i gospodarcze. Państwo było w ostatnich latach przedstawiane jako nietypowy w tej części świata wzór koegzystencji chrześcijan i muzułmanów. Do tego stopnia, że za sprawą tych drugich od paru lat święto Zwiastowania NMP jest obchodzone jako święto państwowe. Oczywiście nie obyło się również bez konfliktów, także zbrojnych, czego przykładem była wojna domowa w latach 1975–1990. Wyjątkowa pozycja chrześcijan wynikała m.in. z tego, że jeszcze w połowie XX w. stanowili oni większość libańskiego społeczeństwa.

W tym czasie „ostatni bastion” kurczył się coraz bardziej. Chrześcijanie stanowią ciągle znaczącą, ale jednak mniejszość, skupiają się zarówno w Kościołach pozostających w jedności z Rzymem (największa grupa to oczywiście maronici, ale są również wspólnoty unickie i ormiańskokatolickie), jak i w prawosławnych: greckim i ormiańskim. Rosnące napięcia w kraju spowodowane były dotąd przede wszystkim konfliktem wewnątrzmuzułmańskim: między popierającymi reżim w Syrii szyitami, reprezentowanymi głównie przez Hezbollah, a wspierającymi syryjskich rebeliantów sunnitami. To, co dzieje się w Libanie w tej chwili, może uderzyć we wszystkie siły religijne i polityczne, ale najbardziej stratni mogą okazać się chrześcijanie.

Pozory jedności

Warto zaznaczyć, że maronici w Libanie są u siebie. Wywodzą się od Fenicjan, którzy zamieszkiwali dzisiejszy Liban, stąd też należą do pierwotnych mieszkańców tego kraju. Zachowują swoją specyficzną liturgię antiocheńską, ale od wieków pozostają w jedności z Rzymem.

– To Libańczycy, a w zasadzie maronici, dali Arabom świadomość odrębności narodowej od Turków, jeszcze w czasach Imperium Osmańskiego – mówi dr Bartłomiej Grysa, orientalista i tłumacz języków arabskiego i hebrajskiego. – To maronici byli twórcami tzw. arabskiego odrodzenia (An-Nahda) w XIX w., które obejmowało odrodzenie językowe, literackie, kulturowe. Nawet główna gazeta egipska, „Al-Ahram” została założona przez maronitów. Byli oni również pierwszym „kontaktem” Zachodu ze światem arabskim już w czasie wypraw krzyżowych. Współczesny Liban to nadal kopalnia książek, słowników i encyklopedii dotyczących świata arabskiego, co jest efektem pracy maronitów, choć sytuacja ta, po zmianach demograficznych na korzyść muzułmanów, pogarsza się – dodaje orientalista.

Oczywiście, mimo wyraźnego podziału kompetencji na szczeblu państwowym i mimo wspólnych obchodów święta Zwiastowania, nie brak codziennych napięć chrześcijańsko-muzułmańskich.

– Jeśli najlepszym specjalistą z danej dziedziny w jakiejś miejscowości jest chrześcijanin, to ani druz, ani muzułmanin nie pójdą do niego, tylko do swojego. I odwrotnie, chrześcijanie również dbają o swoich – mówi dr Grysa.

W kotle

Napięcia między muzułmanami a chrześcijanami mają też źródła w skomplikowanej sytuacji politycznej, narosłej zwłaszcza w latach 70. XX wieku. To wtedy rosła liczba palestyńskich bojowników, którzy z terytorium Libanu chcieli prowadzić wojnę z Izraelem. W wyniku narastających antagonizmów doszło do wielu starć Palestyńczyków z tworzonymi przez chrześcijan Falangami Libańskimi. Konflikt de facto spowodował włączenie się do niego Izraela i Syrii. Sojusze zmieniały się nieustannie, Syria raz wspierała chrześcijan, raz palestyńskich muzułmanów. Efektem wciągnięcia jej w wojnę domową była syryjska okupacja Libanu po zakończeniu walk. Z kolei zabójstwo w 2005 r. byłego premiera Rafika al-Hariri (ojca Saada, który jednak na skutek ostatnich protestów złożył urząd premiera) doprowadziło do tzw. cedrowej rewolucji, dzięki której wojska syryjskie opuściły Liban.

I dziś główny konflikt polityczny rozgrywa się już nie na linii chrześcijanie–muzułmanie, ale na linii sunnici–szyici. Ci pierwsi, przeciwnicy syryjskiego reżimu, wspierali bojówki walczące z prezydentem Syrii Baszszarem al-Asadem. Z kolei szyici, reprezentowani głównie przez Hezbollah i Iran, otwarcie wspierają al-Asada. Kiedyś zgodna koegzystencja różnych grup religijnych sprawiła, że gospodarka Libanu miała się świetnie, przez co kraj nazwano nawet „Szwajcarią Bliskiego Wschodu”. Dziś to już przeszłość. Jeśli dojdzie do załamania się paktu narodowego i władzę przejmie najsilniejsze ugrupowanie (Hezbollah nie ukrywa swoich ambicji), ten proces może pogłębić się jeszcze bardziej.

Kumulacja

W analizie tego, co dzieje się obecnie w Libanie, trudno abstrahować od szerszego kontekstu: nieustannego konfliktu między Iranem a Arabią Saudyjską. W samym środku tego kotła znajduje się właśnie Liban. To, że w ostatnich latach udawało się mimo wszystko utrzymywać względny pokój i współpracę między stronnikami Teheranu i zwolennikami Rijadu, ba, że jak dotąd ciągle tworzą oni wspólny rząd, należy rozpatrywać w kategoriach cudu.

Nawet wojna w Syrii, która również stała się poligonem rozgrywki między mocarstwami regionalnymi (i światowymi), nie doprowadziła do rozsadzenia libańskiej koalicji. Również saudyjsko-irański konflikt, rozgrywający się na terenie Jemenu, nie naruszył libańskiego rządu jedności narodowej (Saudowie wspierają sunnicki rząd w Jemenie, podczas gdy Iran, znowu rękami libańskiego Hezbollahu, dozbraja walczące z jemeńskimi władzami szyickie bojówki).

Tak naprawdę rozpoczęta na ulicach Bejrutu „rewolucja whatsapp’owa” kumuluje w sobie wszystkie te napięcia zewnętrzne i wewnętrzne. Do tych drugich należy zaliczyć również tykającą bombę, jaką jest rosnący problem z syryjskimi uchodźca+mi, którzy w Libanie znaleźli się w sytuacji patowej: bez większej nadziei na powrót, ale i bez perspektyw w obcym państwie. W pułapce znalazł się również Liban: nikogo z kraju nie wyrzuci, ale nie ułatwiając uchodźcom dostępu do edukacji i rynku pracy, naraża się na kumulację i tak silnych już napięć w społeczeństwie.

Trudno też oczekiwać zbyt wiele od państwa wielkości województwa świętokrzyskiego, które przyjmując co najmniej 1,3 mln uchodźców, wzięło na siebie największy ciężar związany z kryzysem syryjskim. Z jednej strony nie ma więc miejsca, dokąd uchodźcy mogliby wrócić lub wyjechać, z drugiej zaś dłuższy postój w poranionym podziałami Libanie grozi powieleniem obecnego już modelu palestyńskiego, tzn. jest realne zagrożenie, że Syryjczycy pozostaną w Libanie dłużej, podobnie jak pozostali tam uchodźcy z Palestyny. Rosnące kolejne pokolenia pozbawionych wykształcenia Palestyńczyków w połączeniu z podobną perspektywą w przypadku dorastających Syryjczyków to rzeczywistość, która nie napawa optymizmem. Kiedy więc dzisiaj Libańczycy wychodzą na ulice, by zaprotestować przeciwko nowym podatkom czy korupcji, w gruncie rzeczy niosą w sobie bezradność i gniew na wszystkie wymienione wyżej napięcia. Nic prostszego dla tych, którzy zechcą wykorzystać ten gniew do zdemontowania libańskiego systemu „jedności narodowej”.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Zobacz także

Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji