Nowy numer 43/2020 Archiwum

Tożsamość nad przepaścią

Bez tożsamości społeczność rozpada się, a wtedy słabnie siła wartości duchowych, wokół których społeczność się skupiała.

Wracamy w czerwcowe dni do wspomnień z pierwszej pielgrzymki św. Jana Pawła II do naszej ojczyzny, do wypowiedzianych wtedy słów. Odczytujemy je we współczesnym kontekście. Kiedy widzę, jak pracuje się dziś intensywnie (niestety, nie bez powodzenia) nad tym, aby Polacy nie pamiętali swojej historii, żeby wymazali z niej rzeczywiste znaczenie chrztu, Kościoła, chrześcijańskiej kultury – przypominają mi się słowa wypowiedziane na Błoniach krakowskich 9 czerwca roku 1979: „Człowiek wybiera świadomie, z wewnętrzną wolnością – tu tradycja nie stanowi ograniczenia: jest skarbcem, jest duchowym zasobem, jest wielkim wspólnym dobrem, które potwierdza się każdym wyborem, każdym szlachetnym czynem, każdym autentycznie po chrześcijańsku przeżytym życiem. Czy można odepchnąć to wszystko? Czy można powiedzieć: nie? Czy można odrzucić Chrystusa i wszystko to, co On wniósł w dzieje człowieka? Oczywiście, że można. Człowiek jest wolny. Człowiek może powiedzieć Bogu: nie. Człowiek może powiedzieć Chrystusowi: nie. Ale pytanie zasadnicze: czy wolno? I w imię czego wolno? Jaki argument rozumu, jaką wartość woli i serca można przedłożyć sobie samemu i bliźnim, i rodakom, i narodowi, ażeby odrzucić, ażeby powiedzieć »nie« temu, czym wszyscy żyliśmy przez tysiąc lat?! Temu, co stworzyło podstawę naszej tożsamości i zawsze ją stanowiło”.

Tożsamość – a co to jest? To, jak definiuje encyklopedia PWN, wyraźne poczucie ciągłości swego istnienia, z drugiej – indywidualności i odrębności. „Brak lub osłabienie tożsamości są uważane za objaw patologiczny, symptom choroby lub kryzysu”. 800 lat przed encyklopedią PWN najbardziej zwięzłą definicję tego samego pojęcia przedstawił pierwszy polski pisarz, filozof i historyk – mistrz Wincenty, nazwany później Kadłubkiem. Jego definicja jest krótka: Identitas est mater societatis. Tożsamość jest matką wspólnoty. Tożsamość to właśnie budowana przez wieki kultura, która nas formuje. To jej wartości duchowe. To także historia, jaką przeżywali nasi przodkowie i z której doświadczeń (dobrych i złych) tworzy się i przetwarza opowieść o naszej wspólnocie i jej granicach. Bez tożsamości społeczność rozpada się, a wraz z nią rozpada się albo przynajmniej słabnie siła wartości duchowych, wokół których społeczność się skupiała i regenerowała.

Tożsamość narodowa, polska, rozwijająca się w historii od czasu chrztu w roku 966, od tego samego momentu zanurza się w szerszej i głębszej tożsamości europejskiej kultury chrześcijańskiej i zaczyna ją współtworzyć. Powinniśmy szanować naszą tożsamość, chronić ją przed dekonstrukcją, przed narzucaną odgórnie atomizacją naszych społeczeństw i wypłukiwaniem ich istnienia z wszelkiego stabilnego sensu. Akurat w doświadczeniu polskim mocno jest zapisana historia walki imperiów o unicestwienie ich tożsamości, historia politycznych rozbiorów, masowych deportacji, eksterminacji elit kulturalnych – a zarazem historia upartej, ofiarnej obrony tej narodowej tożsamości, której głównym fundamentem były i są kultura oraz wiara.

Ale co takiego wniosło chrześcijaństwo do naszej, polskiej i europejskiej tożsamości? To caritas – miłosierne współczucie, pobudzające pomoc najsłabszym. To także doskonale wyraził mistrz Wincenty zwięzłą definicją: „Sprawiedliwość polega na tym, aby najbardziej pomagać tym, którzy mogą najmniej”. Dziś są nimi dzieci: nienarodzone, poddawane aborcji albo te już narodzone, poddawane przymusowej seksualizacji na wiele lat przed osiągnięciem dojrzałości psychicznej, wykorzystywane przez dorosłych pedofilów. I są to coraz częściej najsłabsi, oczekujący pomocy ludzie starzy, chorzy, niedołężni. Proponuje im się, ze względów ekonomicznych, śmierć – nazywaną eutanazją. Tak wygrywa antycywilizacja, w której rację mają tylko silni i zdrowi. Tak przegrywa to, co chrześcijaństwo wprowadziło do naszej duchowej tożsamości.

Hasłami tej antycywilizacji są swoiście rozumiane „wolność” i „otwartość”, budowane za pomocą perfidnego odwracania znaczeń, a służące rozbijaniu tożsamości, „usprawiedliwieniu” odrzucenia tego dobra, jakie zapisała w naszej kulturze duchowej tradycja chrześcijańska. W ten sposób uzasadnia się politykę migracyjną, a jednocześnie z pogardą mówi o najsłabszych, a zwłaszcza o ludziach „starych, gorzej wykształconych, mieszkających na wsi lub w mniejszych miasteczkach”. Do roli starego odrażającego przesądu, zagnieżdżonego już tylko na tych właśnie „wstydliwych peryferiach rozumu”, próbuje się sprowadzić chrześcijaństwo, Kościół, jego duchowe dziedzictwo wpisane w narodową kulturę.

Jan Paweł II próbuje nas zawrócić z tej drogi. To jest ta droga, którą opisywał św. Łukasz: kończy się urwistym zboczem. Ludzie zamienieni przez swój zły wybór w świnie z kwikiem biegną naprzód w tę przepaść. Kto się zatrzyma? •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Polecamy

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama