Nowy numer 43/2019 Archiwum

Proch z kapustą

Wenezuela jest wielką beczką prochu nie tylko w przenośni – w ciągu ostatnich 20 lat kraj ten zgromadził jedne z największych zapasów broni na świecie. Gra toczy się o kontrolę nad tym arsenałem.

Dlaczego Wenezuela w ogóle znalazła się w orbicie zainteresowań mocarstw? Jest przecież tyle innych miejsc na świecie, gdzie wojna domowa wisi w powietrzu, gdzie dochodzi do próby obalenia dyktatorów i gdzie wojsko rozjeżdża demonstrantów, a jednak nikt o takie kraje nie kruszy kopii. Całkiem możliwe, że nikt nie zainteresowałby się również Wenezuelą, gdyby nie jedne z największych na świecie złoża ropy, którymi dysponuje. USA i Rosja mają tam o co ze sobą walczyć już tylko z tego powodu. Ponadto dla Rosji to również wizerunkowa i strategiczna rekompensata za utratę stref wpływów w Ameryce Łacińskiej po rozpadzie ZSRR. Bo przez całe lata zimnej wojny również tam – poza innymi rejonami świata – toczyła się zaciekła rywalizacja między dwoma mocarstwami. Moskwa wspierała, najczęściej z sukcesem, wszelkie rewolucje komunistyczne i lewicowe w krajach latynoskich. Upadek Związku Radzieckiego zahamował lub wręcz wyparł wpływy Kremla z tej części świata, ale to się zmieniło, gdy stery przejął Władimir Putin. Wysłanie przez Rosję komandosów z prywatnych firm wojskowych do ochrony prezydenta Maduro to jasny sygnał, że Wenezueli Moskwa nie odpuści. I gdy wydawało się, że w analizach rosnącego napięcia wokół Wenezueli powiedziano już wszystko, ktoś przypomniał sobie o jeszcze jednym „drobiazgu”: o gigantycznym składzie wszelkiego rodzaju broni, w jaki swój kraj przekształciły jego władze w ostatnich dekadach. Broni dostarczanej głównie z Rosji, która z Wenezueli trafia również do krajów ościennych przez wszelkiej maści przemytników. Tego uzbrojenia wystarczy, by rozpętać prawdziwą wojnę w tamtej części świata. Czy można się dziwić, że USA i Rosja gotowe są na otwartą konfrontację, byle tylko położyć rękę również na największym w regionie arsenale?

Ruski targ w Caracas

„Wenezuela uzbrojona po uszy”. Tak można przetłumaczyć tytuł raportu, jaki w amerykańskim dwumiesięczniku „Foreign Policy” opublikowali Ryan C. Berg i Andrés Martínez-Fernández, analitycy z American Enterprise Institute specjalizujący się w tematyce latynoamerykańskiej. Zwracając uwagę na ten zapomniany nieco przez komentatorów – i raczej nieznany opinii publicznej – wątek, wykazują, że Wenezuela zgromadziła jedne z największych zapasów broni na półkuli zachodniej. Jest zatem oczywiste, że w sytuacji totalnego chaosu w kraju i groźby wybuchu większego konfliktu przejęcie tych gigantycznych magazynów z bronią przez niekontrolowane grupy stanowiłoby śmiertelne zagrożenie dla całego regionu. „Zabezpieczenie wenezuelskiej broni przed oportunistycznymi handlarzami, którzy mają przetarte szlaki przemytu, i przed grupami partyzanckimi powinno być najwyższym priorytetem dla USA i ich regionalnych partnerów” – piszą Berg i Martínez-Fernández. Tyle tylko, że to nie obecny kryzys spowodował takie zagrożenie. Broń z Wenezueli dostaje się w niepowołane ręce od zawsze – i na tym gigantyczne interesy robiła wenezuelska armia. Autorzy tekstu z FP przypominają, że zarówno Hugo Chávez, jak i jego następca Nicolás Maduro wykorzystali groźbę „inwazji jankesów” jako pretekst do zakupu (głównie z Rosji) i przechowywania ogromnych ilości broni. Na tych zakupach Rosja w ciągu ostatnich 20 lat zarobiła setki miliardów dolarów. Rząd Wenezueli zakupił od Rosjan m.in. najnowocześniejsze rosyjskie pociski przeciwlotnicze S-300; importował także setki tysięcy karabinów i amunicji Kałasznikowa, a także nabył nowoczesne przenośne systemy obrony powietrznej.

Narcogenerals

Ponieważ przyszłość prezydenta Maduro jest wciąż niepewna, można sobie tylko wyobrazić, jak skorumpowani już dziś narcogenerals (tak generałów handlujących z przemytnikami broni i narkotyków nazywają autorzy raportu) starają się wyprzedać znaczną część tego arsenału, aby zdążyć zrobić na tym interes życia. Nawet jeśli Maduro jest jeszcze w stanie kontrolować rozpadające się siły zbrojne kraju, wyciek broni i sprzętu do krajów ościennych jest niemal pewny. Powód jest prosty: wenezuelska armia jest bardzo skorumpowana, łączą ją długoletnie związki z regionalnymi partyzantami i grupami przestępczymi, które dotąd wspierały Maduro. Armia wenezuelska od dawna była kluczowym partnerem w handlu narkotykami i bronią na terytorium Wenezueli. Polityczne zamieszanie to dodatkowe okoliczności, które zwłaszcza przy granicy z Kolumbią i Brazylią stworzyły nowe kanały przemytu do krajów ościennych. W raporcie pojawia się m.in. nazwa Ejército de Liberación Nacional (Armia Wyzwolenia Narodowego) – to kolumbijski ruch partyzancki, który ma ugruntowaną pozycję także w Wenezueli i od lat współpracuje z tamtejszym wojskiem. Ideologia ELN to mieszanka czystego marksizmu-leninizmu z jego „katolicką” odmianą w postaci teologii wyzwolenia. Nic dziwnego, że zarówno pod rządami Cháveza, jak i Maduro takie grupy znalazły w Wenezueli ideologicznego partnera i źródło wsparcia. Wenezuelska armia bezpośrednio uzbrajała grupy partyzanckie, a nawet udostępniała im wenezuelskie terytorium. Ale nie tylko handel i dozbrajanie sąsiadów było skutkiem rosnącego zapasu broni. Reżim wenezuelski za pomocą swojego arsenału mógł także regularnie dozbrajać paramilitarne oddziały tzw. colectivos – byli oni potrzebni do nadzoru i stosowania „kontrolnej represji” zwłaszcza w obszarach miejskich. Broń z Rosji stanowiła więc zasadniczy element umożliwiający utrzymanie się wenezuelskich dyktatorów u władzy.

Kałasznikow chce przeżyć

Chociaż handel bronią z zagranicznymi bojówkami był codziennością od dawna, to zainteresowani nie kryją, że liczą na upadek tak Maduro, jak Wenezueli w ogóle: otworzy im to bowiem dostęp do zgromadzonej tam broni w skali dotąd nieznanej. Na upadku Wenezueli zyskają m.in. brazylijskie gangi narkotykowe. Berg i Martínez-Fernández przypominają, że w ostatnim czasie wzrosła liczba przypadków, gdy szajki te zostały przyłapane na przemycie wenezuelskiej broni do Brazylii. Jeśli Wenezuela upadnie – nic już nie powstrzyma regionalnych handlarzy bronią od wykupienia lub po prostu wykradzenia całego arsenału. „Szczególnie niekontrolowane rozprzestrzenianie się przenośnych przeciwlotniczych zestawów rakietowych stanowi poważne zagrożenie dla lotnictwa cywilnego (a nawet samolotów wojskowych i bezzałogowych dronów)” – piszą autorzy raportu. Zainteresowane wejściem w posiadanie tych zestawów są zarówno bojówki z Kolumbii i Brazylii, jak i z Meksyku. „Grupy partyzanckie i inne transnarodowe organizacje przestępcze mają tendencję do faworyzowania takich rodzajów broni jak karabiny Kałasznikowa, karabiny snajperskie i materiały wybuchowe C4 jako standardowe narzędzia operacyjne w atakach terrorystycznych, rabunkach i atakach na siły bezpieczeństwa” – podkreślają autorzy. I wszystkie te rodzaje broni wojsko wenezuelskie ma w nadmiarze, co oznacza, że chętnych na jej przejęcie nie brakuje. Jakby tego było mało, do końca 2019 r. w Wenezueli miała zostać otwarta… rosyjska fabryka karabinów Kałasznikowa, z której rocznie ma wychodzić 25 tys. sztuk tej pożądanej przez partyzantów broni. To też – oprócz miliardów dolarów, jakie w wenezuelskie złoża włożyły rosyjskie koncerny naftowe – tłumaczy determinację Rosji, by nie dopuścić do upadku Maduro. I tym samym determinację USA, by nie przystać na dalszą militaryzację regionu przy dominującym udziale Moskwy.

Afganistan bis

„Stany Zjednoczone i ich sojusznicy znajdują się w krytycznym momencie w walce z międzynarodową przestępczością zorganizowaną w Ameryce Łacińskiej. Partnerzy w regionie wdrażają historyczne umowy pokojowe, demobilizują grupy partyzanckie, podwajają wysiłki na rzecz zreformowania wyroków karnych, ograniczają operacje prania brudnych pieniędzy i podejmują bezprecedensowe działania przeciwko głęboko zakorzenionej korupcji” – piszą autorzy, tym samym podkreślając, że upadek Wenezueli jako państwa może zaprzepaścić ten proces. „Region nie może mieć pewności, że broń ta nie wpadnie w niepowołane ręce. Taka porażka planowania może doprowadzić do katastrofalnej nowej fali przemocy” – dodają Berg i Martínez-Fernández. Trudno nie zauważyć w tym wsparcia dla ewentualnej interwencji zbrojnej USA w Wenezueli. Broń wenezuelska z pewnością powinna znaleźć się pod kontrolą. Nie sposób nie zadać jednak pytania, dlaczego Ameryka od razu udzieliła poparcia liderowi opozycji. Guaidó już się przekonał, że nie może liczyć na obiecaną podobno przez część generałów pomoc. A to oznacza, że albo kalkulacje amerykańskie znowu wzięły w łeb, albo to przemyślana taktyka obliczona na większą zawieruchę. Niezależnie od przyczyn efekt może być ten sam: po pierwsze rozejście się po regionie wenezuelskiej broni, a po drugie, w przypadku wejścia U.S. Army, Wenezuela może stać się drugim Afganistanem. A to z pewnością nie oznacza demilitaryzacji regionu.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie jako events programmer, odpowiedzialny m.in. za organizację festiwalu filmowego „Across the borders" i współpracę z brytyjskimi instytucjami kulturalnymi. W „Gościu" od 2006 r. Autor wywiadu rzeki z ks. Henrykiem Bolczykiem „Mocowałem się z Bogiem", wywiadu rzeki z ks. Markiem Dziewieckim „Psycholog w konfesjonale" oraz współautor zbioru reportaży z Bliskiego Wschodu „W drogę ze św. Pawłem". Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Syrii, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi, Wielkiej Brytanii i innych. Publikował m.in. w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus"), „Cywilizacji", Onet.pl. Jest również założycielem i właścicielem Wydawnictwa Niecałe (wydaje szeroko rozumianą literaturę faktu). Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, życiem Kościoła i teologią, a także fotografią, filmem, turystyką i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Unii Europejskiej, Stanów Zjednoczonych, Francji, Wielkiej Brytanii i Bałkanów, a także związane z życiem Kościoła na świecie i nową ewangelizacją.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Zobacz także

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji