Nowy numer 42/2019 Archiwum

Płytę przebił pąk kwiatu

Ulicami Jerozolimy przepychał się jak płomień świecy przez ciemności i wiatr. W ciągu dwóch tysięcy lat nikomu nie udało się go zdmuchnąć. A nad pustym grobem Zbawiciela swoją pustkę każdy może wypełnić wiarą.

Dziś ostatnia droga Jezusa przebiega kilkanaście metrów poniżej miejsc, gdzie toczy się życie. Trzeba zejść schodami w mrok rozświetlany płomieniem – płonącym, odkąd oddał się w niewolę ludzkiego ciała. Tak jak apostołom otwierały oczy spotkania z Jezusem, tak pobyt w Jerozolimie otwiera drzwi do Ewangelii. Tu powinien odbyć swoją pierwszą podróż katolik, bo jak mówią, każdy z nas ma dwa najważniejsze miasta – miasto swojego urodzenia i Jerozolimę. Choć umarł w niej Jezus, to jednak właśnie ona mocno świadczy, że żył.

– Gdzie jest droga krzyżowa, którą szedł? – pytam ojca Bernarda M. Altera, opata zakonu benedyktynów, który wcześniej przez siedem lat mieszkał w pustelni św. Jana, a dziś przebywa w klasztorze na Starym Mieście przy bazylice Matki Bożej Syjonu. – Zagubiła się i nikt jej nie znajdzie – odpowiada. – Teraz chodzimy drogą uświęconą naszą wiarą i tradycją.

Piwnice

Kiedy Zeew Baran, architekt i polski konsul honorowy w Izraelu, projektował niedawno rozbudowę hotelu austriackiego na Starym Mieście w Jerozolimie, uczestniczył też w pracach wykopaliskowych. Opowiada, że w niższych partiach odkrywek, bo trzy piętra hotelu znajdują się pod ziemią, robotnicy odnaleźli komnaty sklepione w łuk ostry, niżej – w kolebkę. Odkryli w nich stare lampy, menory, biżuterię. Druga Jerozolima rozciąga się kilkanaście metrów pod poziomem obecnego miasta. Jak odkopana i eksponowana do zwiedzania ulica Cardo z czasów rzymskich. Ukrywa się w piwnicach, grotach, zapomnianych sklepach, podziemnych przestrzeniach, które zajmują olbrzymie cysterny, bo mimo że miasto jest skanalizowane, w upały woda jest na wagę złota.

To, że Jerozolima na przestrzeni setek lat była nieustannie burzona i odbudowywana, widać też po fakturze ścian domów, doszytych do nich łukach, urywających się znienacka. Droga Cierpienia mogła biec nie tylko kilkanaście metrów pod dzisiejszym poziomem miasta, ale tyle samo metrów w bok, w jedną czy drugą stronę, od wyznaczonej trasy. Zresztą tu przyroda stale zaciera ślady. Co rano widać, jak z wytrwałością godną podziwu przysypuje otoczenie przywiewanym z pustyni pyłem. Nieraz po nocy mieszkańcy zgarniają z samochodów kilka łopatek pustynnego kurzu.

Kolory

Do Jerozolimy przyjeżdżamy z pragnieniem dotknięcia miejsc, w których był Jezus. Przy stacji, gdzie spotkał płaczące niewiasty, błyszczy w murze wyślizgany od gładzenia kamień. Każdy chce poczuć ślad Boskiej ręki. Próbuje nakryć go swoją, przyzwyczajoną do sprawdzania. Kamień lśni, zamiast odpowiadać, a może zachęca do większej wiary... W kościele Pater Noster na Wzgórzu Oliwnym wśród wielu tablic znajduje się i ta z modlitwą „Ojcze nasz”, zapisana alfabetem Braille’a. Przybysze też próbują czytać Jerozolimę palcami, nieustannie jej dotykając. Wbrew tej potrzebie miasto zmusza nas do korzystania z oczu, skrząc się kolorami jak ogon pawia, a właściwie koguta. Paw jest wytworny, a najpiękniejszy kogut – jednak pospolity i użyteczny, tak jak w dużej części to miasto. Święte, a przecież bardzo zwykłe poprzez trwające od rana do zmroku handlowanie.

Zresztą to porównanie do koguta nie jest od rzeczy, bo niedaleko pierwszej stacji drogi krzyżowej, między zabudowaniami muzułmańskiej dzielnicy, ukrywa się kurza farma. W tym kamiennym mieście nieustannie słychać pianie kogutów przypominających o zaparciu się św. Piotra, upamiętnionym przez znajdujący się na zboczu góry Syjon kościół św. Piotra in Gallicantu. – Po trzykrotnym śpiewie koguta Piotr się zaparł, a dopiero potem rzekł: „Ty jesteś Jezus, Syn Boga Żywego” – mówi ks. Roman Kamiński, opiekun wspólnoty katolików języka hebrajskiego w Jerozolimie. Czasem ciężki grzech staje się początkiem wielkiej wiary.

Zapachy

Kolory na piórach rozkładającego skrzydła koguta układają się w fałdy pledów i szali, refleksy na malowanej ceramice, w barwne pola przypraw rozdmuchiwanych przez wąchających. Bo stara Jerozolima podzielona na dzielnice: chrześcijańską, muzułmańską, żydowską i ormiańską to wielkie targowisko gotowe zaspokoić wszelkie próżne tęsknoty. Tysiące błyskotek żydowskich, arabskich, greckich, a przede wszystkim chińskich, wysypuje się ze sklepików na wąskie ulice. Idącego otulają zapachy świeżo gotowanej kawy z kardamonem, kadzidła, cynamonu, pieprzu, papryki piekącej czerwienią, aż ćmi się w oczach.

W tym labiryncie znaków naprowadzających na autentyczną drogę Jezusa bardzo czytelny wydaje się intensywny zapach nardu dobiegający z mijanych sklepików. Taka musiała być woń olejku, którym Maria namaściła nogi Zbawiciela. Judasz, znający się na cenach towarów, uznał, że był wart „więcej niż trzysta denarów”. To suma, którą robotnik dostawał za 300 dni pracy. Kiedy interesuję się, jaka jest dziś jego cena, okazuje się, że za 5 mililitrów autentycznego olejku z Indii musiałabym zapłacić 14 dolarów. Dobiegający z przeszłości zapach, odpowiedni dla uczczenia Boga, przypomina o Zbawicielu, który miał ciało. Właśnie Boga w ludzkim ciele próbuję znaleźć wśród handlowych pokus, odganiających od świętych myśli.

Niebo

Mimo że w niektórych ulicach mieszczą się jedynie dwie mijające się osoby, co jakiś czas kursują nimi małe traktorki, przywożące towary, a potem zabierające śmieci. Śmietniki pęcznieją od odpadków, które wysypują się, zatykając wąskie przejścia. Nieraz widać, jak wszechobecne koty grzecznie czekają, aż człowiek pożywi się znalezionymi kawałkami bułki zmiażdżonymi jak jego życie. Niebezpieczniejsze od traktorów są niedozwolone tutaj rowery elektryczne, którymi jednak miejscowi przelatują przybyszom przed nosem.

Szybko męczą się nasze dotykające dłonie, oszołomione oczy, ale przede wszystkim od mnogości dźwięków kulą się nasze uszy. Spotęgowane przez głośniki modlitwy mułłów, pomieszane z szumem traktorów i modlitwami odprawiających drogę krzyżową tworzą chór wznoszący się do nieba, które nad tym miastem wydaje się szersze. Wielu pielgrzymów zamiast przygotowanych krzyży niesie aparaty na kijkach, żeby zrobić sobie selfie na drodze krzyżowej. Tę aktualną ojcowie franciszkanie wytyczyli w XVIII w. Jej większa część przebiega przez dzielnicę muzułmańską, a kończy się w chrześcijańskiej. – Przejdziemy ją z Jezusem, spotkamy ludzi, których spotkał – mówi prowadzący nas ks. Roman Kamiński. Zagłuszają go zapraszający na kebab i falafele skwierczące w głębokim oleju. Na całej trasie „Któryś za nas cierpiał rany” przeplata się z podobnymi zachętami sprzedawców. Jak refren brzmi: „Świeży sok! Tylko za 10 szekli!”. Jak za czasów Chrystusa pieniądze mogą stać się powodem, by odwrócić uwagę od Boga.

Tłum

Posterunki żołnierzy izraelskich rozmieszczone są w kilku punktach Jerozolimy. Najbardziej rzuca się w oczy ten między trzecią a czwartą stacją, blisko wejścia do meczetu Al-Aksa, gdzie zwykle stoi kilku umundurowanych mężczyzn i kobiet. Niedaleko pierwszej stacji przy metalowych bramkach też pilnują, żeby nie-muzułmanie nie przeszkadzali w modłach na Wzgórzu Świątynnym. Jan Paweł II przywołuje to miejsce w „Tryptyku rzymskim”, pisząc o wzgórzu Moria, na którym Izaak ofiarował Bogu syna. Centurioni rzymscy, żołnierze izraelscy, wszystko jedno, czy z mieczami, czy z karabinami... Podobno pilnują spokoju, do którego tęskni świat. Ale nie z powodu broni, którą wymachują, jakby była jedynie atrapą, jest tu spokojnie. Mimo że na ulicach tłumy, które już samym strojem sygnalizują pomieszanie wyznań i języków, nie widać, żeby ktoś miał chęć na zaczepkę. Obok siebie zgodnie tłoczą się ortodoksyjni Żydzi w czarnych kapeluszach, zdążający pod Ścianę Płaczu, arabskie kobiety w burkach, mężczyźni w zawojach na głowach, kierujący się do Kopuły na Skale (meczet Al-Aksa), chrześcijanie z różnych stron świata, zmierzający do bazyliki Bożego Grobu. Przybyli tu, by znaleźć Boga, i może dlatego odkrywają w sobie to, co mają najlepszego. Na dziedzińcu medresy Omara, czyli szkoły muzułmańskiej, rozpoczyna się Droga Krzyżowa, którą w każdy piątek o piętnastej prowadzą franciszkanie.

Korona

Twierdza Antonia z 31 r. p.n.e., w której, według Ewangelii św. Jana, Poncjusz Piłat osądził Chrystusa, już nie istnieje. Nieopodal wznosi się kościół Ecce Homo. Przez jego boczne drzwi można zejść schodami do Jerozolimy z czasów Chrystusa. Podłogę podziemnego pomieszczenia tworzą ułożone obok siebie olbrzymie kamienie, wyjęte z wewnętrznego dziedzińca Twierdzy Antonia, gdzie biczowano Jezusa. Połyskują, jakby obmywało je morze, choć przecież płynęła po nich jedynie woda czasu. Nie starła śladów pozostawionych na starożytnym bruku zwanym Litostratos, ale wyostrzyła je. W surowej ciszy trwa moment kaźni i do każdego dociera, że te kamienie zostały naznaczone obecnością naszego Pana. Nikt nie pociera o nie chustek czy różańców jak przy stacji XIII – tzw. kamieniu namaszczenia położonym przy wejściu do bazyliki Bożego Grobu. Ale nie tylko w świetle reflektorów widzimy jaśniej, że to konkretne miejsce akcji świętej Ewangelii. To, co się wtedy działo ze skazanym, przedstawiają witraże i mozaiki w kościółku Biczowania, po łacinie – Ecclesia Flagellationis. Wnętrze kopuły nad prezbiterium zdobi mozaika przedstawiająca koronę cierniową zakwitającą kwiatami, symbolizującą cierpienie przynoszące dobro. A w sklepikach naprzeciwko oferują szeroki wybór koron cierniowych.

Golgota

Kolejnych sześciu stacji trzeba szukać między straganami. Wiele z nich upamiętniają kapliczki. W miejscu, gdzie Jezus upada pod krzyżem po raz pierwszy, zbudowali ją w 1947 żołnierze Armii Andersa. Między trzecią a czwartą stacją, gdzie Jezus spotyka Maryję, widać toalety i knajpkę. Szóstą zaznaczono na drzwiach kaplicy melchickiej. Siódma to kaplica franciszkańska, a o ósmej przypomina mały krzyż na greckim klasztorze prawosławnym. Dziewiąta stacja została zaznaczona kolumną, wmurowaną obok wejścia do klasztoru koptyjskiego. Tuż przed bazyliką Bożego Grobu ulice robią się szersze, jaśniejsze, czyste. Jakby z szacunku dla świętości miejsca sprzedają tu tylko dewocjonalia. Pięć ostatnich stacji znajduje się już w bazylice.

Żeby wejść na Golgotę, trzeba się wspiąć po stromych schodach na wysokość drugiego piętra. Ołtarz, upamiętniający kawałek ziemi, gdzie przybito Jezusa do krzyża, pozostaje pod opieką katolików. Na mozaice nad nim bieleje dłoń Chrystusa z wielką kroplą krwi. Miejsce śmierci Mesjasza z rozpękniętą skałą, której można dotknąć, prawie oblane złotem – należy do prawosławnych. Za czasów Jezusa Golgota wznosiła się za miastem, ale kiedy zmieniono bieg murów, znalazła się w jego centrum.

Grób

Do Grobu Pańskiego zwykle ustawiają się długie kolejki pielgrzymów. Mam szczęście, bo przez ojca Seweryna Lubeckiego, franciszkanina z Ein Karem, zostaję zaproszona do udziału we Mszy św. sprawowanej przy Grobie Pańskim. O szóstej trzydzieści rano, schylając głowy, bo niskie drzwi wymuszają pokłon, z kilkoma osobami wchodzimy do ciasnej kaplicy. Trudno opisać, jak to jest, kiedy znajdziemy się tak blisko grobu Najbliższego, który wydaje się obecny. Kiedy Marie-Armelle Beaulieu, redaktor naczelna czasopisma „Terre Sainte Magazine”, w październiku 2016 r. uczestniczyła w odsłonięciu przykrywającej grób Jezusa marmurowej płyty i badaniu jego zawartości, zapisała, że poczuła, jakby była w stanie nieważkości. Prowadzący badania zespół z politechniki w Atenach podał wtedy do wiadomości, że kiedy aparaturę pomiarową umieszczano na płycie, na której spoczywało ciało Zmartwychwstałego, urządzenia przestawały działać. Przebadana próbka zaprawy murarskiej wybranej spomiędzy skały, znajdującej się poniżej jaskini i marmurowej płyty grobowca, wskazuje, że pochodzi z 345 r. (czyli 19 lat po podawanej w źródłach dacie odnalezienia grobu). Jednym ze znaków rozpoznawczych jest też długa półka, na której miało być złożone ciało Zbawiciela.

Kiedy mówię o. Franciszkowi Wiaterowi z pustelni św. Jana na obrzeżach Jerozolimy o zaginionej drodze krzyżowej i pustym grobie Jezusa, uśmiecha się i przypomina, że to wielka tajemnica wiary: – Święty Jan pisze, że przyszedłszy do grobu, ujrzał złożone płótna, tunikę, tałes, a ciało jakby wyparowało. Zobaczył i uwierzył w to, co Pan Jezus przepowiadał. Nie możemy mówić inaczej niż apostołowie: „Nasze oczy widziały Pana”. I choć ich prześladowano, pozostali temu wierni. Te słowa ojca Franciszka były mi potrzebne jak nauka rekolekcyjna. Dlatego teraz spokojnie mogę napisać: „kiedy idziesz do grobu nie płaczesz/ bo wiesz że jego płytę przebił/ pęd jasnego płomienia pąk kwiatu/ wśród liści akantu marmurowych kolumn”. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL