Nowy Numer 28/2019 Archiwum

Bywam Grekiem Zorbą

O czytaniu, doświadczeniu i wierszach bez wieku opowiada prof. Marian Kisiel.

Barbara Gruszka-Zych: Czy z biegiem lat masz czas na nowe lektury?

Marian Kisiel: Naturalnie, ale przyrost nowych książek jest tak wielki, że czytając je i próbując przez nie zrozumieć świat, każdą nową propozycję przyjmuje się coraz trudniej. W trakcie kolejnych lektur do tego, co już znamy, dokładamy zawsze coś nowego. I nasze doświadczenie świata staje się bardziej pewne, ale też czasami bardziej przerażające.

Czy historyk literatury może się czuć zmęczony? Boisz się, że przysypiesz stare lektury nowymi?

Zmęczenie pojawia się wtedy, gdy – czytając pospiesznie – nie dajemy sobie szansy na lekturę całościową, lekceważąc sens słowa. Trudno przyjąć „nowe”, a zarazem pogodzić się z tym, że zapomni się „stare”. Nasze doświadczenie lekturowe nie opiera się na ciągłym przyrastaniu. Często ważne teksty, do których się kiedyś odwoływaliśmy, gdzieś nam umykają. Jeżeli jednak chcemy je zachować, a jednocześnie otworzyć się na nowe lektury, to musimy podjąć trud stałego ocalania ich w pamięci.

Znasz się na literaturze, więc musisz sobie zadawać sporo trudu.

Trudno w głowie zachować wielką bibliotekę. Nie da się zapamiętać każdego ważnego tekstu. Niejednokrotnie zostaje nam z niego tylko jakaś metafora, jakiś urywek zdania. Albo mgielna postać autora, który go stworzył…

Kto taki Ci pozostał?

Przez całe lata czytałem Stanisława Grochowiaka, choć o nim nie pisałem. Pamiętam wiele jego wierszy spoza kanonu, świadczących o niebywałej otwartości na człowieka, wrażliwości na dramat przemijania. Jest wśród nich wiersz „Bellini Pieta”, którego ani nie potrafię zapomnieć, ani w całości zapamiętać. Poeta opisuje Matkę Boską pochylającą się nad zwłokami Syna, obok stoi św. Jan. Nie wiadomo, którego Belliniego jest to dzieło. Czy tego z muzeum w Berlinie, Mediolanie, a może w Krakowie? Wiersz nie traktuje o żałobie, ale o zdumieniu światem, w którym, jak pisze Grochowiak, Matka „podtrzymuje wyrozumiałe zwłoki” Syna. Obiecuje, że pokłóci się z matką Judasza. Bo jak można było dopuścić, że ci niegrzeczni chłopcy tak się pobili… A Jan odwraca głowę „w puste stronice świata” i mówi: „On już nie jest chłopcem, Matko, on już jest Bogiem”. Na co Matka Boska: „Mój Boże – co ty wygadujesz, chłopcze?”. Ten wiersz pokazuje nieopanowane, wręcz szalone, doświadczenie macierzyństwa. I przeczucie tajemnicy. Innym poetą, którego staram się w sobie ocalić, choć go jeszcze nie do końca zrozumiałem, jest Tadeusz Różewicz. Wczoraj sięgnąłem do jego wspaniałej książki „Nasz starszy brat”, pełnej czułości wobec człowieka, którego już nie ma. Emanująca z tekstu czułość sprawia, że czytelnik zbliża się do niego z namiętnością.

Kiedyś powiedziałeś, że czytanie jest jak namiętność.

W żadnym razie nie może być letnie, bo to by znaczyło, że lektura nas nie zaciekawia albo mamy stępiony zmysł przeżywania. Jak wiemy z Ewangelii, najgorsi są ludzie letni, niewyraziści. Takich powinniśmy się strzec. Mam wrażenie, że letnie czytanie charakteryzuje pragnących szybkich puent. A przecież piszesz wiersz, żeby wejść w świat, który cię albo niepokoi, albo drażni, ale zawsze przejmuje. Czytelnik powinien za tobą podążyć. Nie po to poeta mierzy się z największym doświadczeniem swoich przeżyć, świata, sztuki, moralności, żeby zamknąć to w dwóch zdaniach.

W jakich epokach znajdujesz bliskich Ci poetów?

Kiedyś, gdy pisałem o wierszu Andrzeja Buszy, znakomitego poety z londyńskiej grupy „Kontynenty”, ze zdumieniem stwierdziłem, jak mało zostało mi w pamięci z poezji polskiego oświecenia. W tamtym okresie twórcy, nastawiając się na cyzelatorstwo formy, zatracili czułą umiejętność opowiadania o ludzkim doświadczeniu. Niedawno tłumaczyłem notatki Wikientija Wieriesajewa, rosyjskiego pisarza polskiego pochodzenia, zajmującego się także tłumaczeniem z greki i łaciny. Napisał w nich trafnie, że różnica między poezją grecką a rzymską jest taka, jak między Homerem a Wergiliuszem. Homer to pełnia doświadczenia, natomiast Wergiliusz to cyzelator form. Wergiliusz jest nienaganny w słowie, natomiast język Homera nie jest idealny, ale to właśnie do niego zbliża.

Doskonałość formy niewypełnionej doświadczeniem może aż tak zniechęcić?

Oczywiście. Cóż pozostanie z owych klasycyzujących poetów, mówiących mi po raz siedemsetny o tej samej sprawie? Bardziej zapamiętujemy wiersze twórców, którzy mocują się ze słowem, jak wiatr z drzewem. Czasem mają dziwną dykcję, ale widać, że to dziwność ich natury. Bliscy są mi więc Kochanowski, Mickiewicz, Miłosz, bo tylko pozornie dbają o doskonałość formy. Wielkość Miłosza tkwi w tym, że odwołując się do historii, zamykając w aluzjach pełnię kultury, potrafił przenieść ją do naszej współczesności. Jest taki jego piękny wiersz „Zaśpiew”, który mówi o umieraniu jako odchodzeniu. To odchodzenie jest takie samo jak tamto, „rzymskich sióstr”. „Siostry moje z rzymskich grobowców, chciałam być jedyna,/ Ale zakrywają mnie, prowadzą w te same wrota” – pisze Miłosz. Kiedyś wydawało mi się, że poezja powinna traktować wyłącznie o mojej współczesności. Dzisiaj współcześni są dla mnie i Kochanowski, i Mickiewicz, i Miłosz, i całkiem nieznani młodzi poeci, którzy przykuli moją uwagę. Im jestem starszy, tym bardziej jestem pewien, że dobra poezja nie ma wieku.

Z tego, co mówisz, wynika, że podczas lektury najbardziej działa na Ciebie świadectwo doświadczenia piszącego. To, w jaki sposób pomaga ono pełniej żyć.

Nawet nie samo doświadczenie, ale jego trop, ślad. Dlatego tak bardzo poszukujemy wierszy, które są epifanią. Wiemy, że trudno znaleźć cały tom epifanii, ale czasem zdarzy się na nie natrafić. Twój wiersz noszący tytuł „miłość” brzmi: „ktoś/ rozbił nade mną / dzban pełen ognia”. Pisząc te wersy, udało ci się na początku drogi twórczej pokazać doświadczenie miłości jako zdziwienie, żar namiętności, pełnię oddania.

Dzięki Twojej uwadze ten wiersz przetrwał… W poezji odnajdujemy nie tylko olśnienia, ale i wspólnotę przeżyć z autorem, który nazywał to, co czuliśmy, ale czego nie umieliśmy opisać.

Są też poeci intelektualni, że bez kija do nich nie podchodź… Tym kijem jest oczywiście wielka biblioteka, którą podczas ich czytania musisz mieć w głowie. Często są to jednak samotni ludzie, uwięzieni w archiwum poezji.

Dzisiaj co drugi uważa się za poetę.

Na szczęście w tej wielkiej liczbie jest wielu świetnych. Z ogromną uwagą i uznaniem przyglądam się Jarosławowi Mikołajewskiemu. Nie dlatego, że Andrzej Niewiadomski, Jacek Podsiadło czy Marcin Świetlicki są od niego lepsi albo gorsi. Podziwiam go, bo to, co pisze, jest kwintesencją poezji. On potrafi przywrócić godność metaforze.

Metafora nadal ma tak wielką moc?

W poezji współczesnej bardzo często dominuje opis, płynna narracja. Może lepiej byłoby, żeby jej autorzy pisali liryki prozą? Jestem pewien, że metafora ma siłę i tworzy poezję. Przecież najpierw były zaklęcia, jacyś magowie coś tam mamrotali pod nosem, potem pojawili się filozofowie, tacy jak Heraklit, który swój system oparł w dużej mierze na metaforach. A potem przyszliśmy my, których nazwano poetami. Poezja, która przywraca godność metaforze, z uwagą zatrzymuje się na słowie. Nie dlatego, żeby je cyzelować jak starożytni Rzymianie, ale po to, żeby w precyzji wysłowienia zawrzeć to, co najważniejsze – istotę bycia.

Marianie, czy Ty się czujesz Grekiem?

W tym rozumieniu, że jestem człowiekiem doświadczającym życia. Grecy wciąż nas fascynują, nadal ich tłumaczymy, choć wydawałoby się, że są od nas zbyt daleko, bo starożytność to jednak zupełnie inny świat. A przecież do ich poezji przyciąga nas opis ich losu.

Oni potrafili cieszyć się życiem.

Ta radość jest oczywista w innym kręgu klimatycznym, gdzie przyszło im żyć.

Tam się naturalnie pije do posiłków dobre wino…

Tam życie wita nas wczesnym świtem i nie żegna o zmierzchu. Inaczej niż w naszym klimacie, gdzie jesteśmy opatuleni płaszczem melancholii, zmiennych nastrojów. Starożytni Grecy doświadczali kruchości życia i dlatego wiedzieli, że trzeba się cieszyć każdą chwilą. Choć „carpe diem” to postulat Rzymianina, Horacego.

A zdarza Ci się być Grekiem Zorbą, który tańczy po klęsce?

No jasne, to najpiękniejsza radość, że można się unieść, otrzepać kurz po upadku, doświadczyć tego, co w istocie rzeczy zbliża nas do Nieskończoności. Bo radość jest nieskończona. Radość jest tańcem, poezja jest tańcem, życie jest tańcem. Szczęście, że w życiu zdarzają nam się takie chwile, w których tańcząc jak chasydzi, chwalimy Pana Boga.

Czy można tańczyć z tomikiem wierszy? Co jakiś czas zaglądam do Twojego tomu „Wypominki”, w którym zmartwychwstają ludzie, drzewa, zwierzęta. Odczuwam wtedy radość, że nie wszystko ginie, ale trwa w Twoim słowie.

Właśnie przygotowuję tomik „Zielone pola”. Nie znajdziesz tam dystychu elegijnego, jak to u mnie bywało, ale zbiór liryków prozą. Mnie samego zdziwiła ta forma, ale mam nadzieję, że zaskoczy też czytelników.•

Marian Kisiel

Poeta, krytyk, historyk literatury. Profesor zwyczajny, wykładowca Uniwersytetu Śląskiego, autor kilkunastu tomów wierszy i tomów krytycznych. Członek Polskiego PEN Clubu.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL