Nowy numer 3/2019 Archiwum

Wyścig (do)zbrojeń

Stany Zjednoczone zrywają układ rozbrojeniowy, którego dotąd przestrzegały tylko… Stany Zjednoczone.

Gdy Europa Zachodnia – głównie Paryż i Berlin – straszy nowym wyścigiem zbrojeń, jaki może uruchomić zerwanie układu, Waszyngton odpowiada: to raczej próba doścignięcia tych, którzy układ od dawna łamali. W domyśle chodzi oczywiście o Rosję (jako spadkobierczynię ZSRR, który był drugim sygnatariuszem układu). W tle jednak są również Chiny, które nigdy stroną układu nie były, co dało im przewagę w produkcji i rozmieszczaniu pocisków, których Ameryka, związana traktatem, produkować nie mogła. I to Chiny, może nawet bardziej niż Rosja, są powodem decyzji USA o wycofaniu się z układu INF.

Gorbaczow pod ścianą

Jest rok 1987. Związek Radziecki, choć nie wszyscy zdają sobie z tego do końca sprawę, jest na ostatniej prostej do upadku. Jeszcze kilka lat wcześniej Sowieci instalowali pociski balistyczne pośredniego zasięgu Pionier (w systemie oznaczeń NATO stosowano zapis SS-20). W ciągu blisko 9 lat rozmieścili ponad 400 stacji bojowych z tymi rakietami wzdłuż zachodniej granicy ZSRR. Pociski mogły przenosić głowice jądrowe, a ich zasięg oceniano na ponad 5000 km. W odpowiedzi na to prężenie muskułów przez Moskwę Stany Zjednoczone zdecydowały o umieszczeniu w Europie Zachodniej pocisków Pershing II o podobnych właściwościach, ale jednocześnie o dużo mniejszym zasięgu (do 1800 km), choć znacznie większej precyzji.

Równolegle w Genewie od początku lat 80. toczyły się już rozmowy z ZSRR, które miały na celu doprowadzić do całkowitego wycofania tego typu rakiet z Europy. Nie ma wątpliwości, że ich rozmieszczenie przez Moskwę u granic żelaznej kurtyny było naruszeniem równowagi i uruchomiło ponownie wyścig zbrojeń. Ponieważ jednak coraz bardziej oczywiste stawało się, że imperium sowieckie to kolos na glinianych nogach, będący wówczas u sterów Michaił Gorbaczow musiał ustąpić i 8 grudnia 1987 roku podpisać z Ronaldem Reaganem w Waszyngtonie układ o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych średniego i pośredniego zasięgu. Traktat wszedł w życie pół roku później (w maju mieliśmy więc 30. rocznicę) i w ciągu 3 kolejnych lat doprowadził do zniszczenia ponad 2600 pocisków balistycznych i manewrujących (ponad 800 po stronie amerykańskiej i blisko 1900 po stronie radzieckiej).

Iskandery łamią INF

Warto w tym miejscu wyjaśnić pewną rzecz, która będzie istotna dla zrozumienia dzisiejszych kontrowersji wokół zapowiedzi Donalda Trumpa o wycofaniu się z układu. Otóż w publicystyce dominuje zazwyczaj krótsza jego nazwa – Treaty on Intermediate-Range Nuclear Forces (INF Treaty) – zawierająca tylko określenie odnoszące się do rakiet „pośredniego zasięgu”, czyli od 3000 do 5500 km. Tymczasem pełna oficjalna nazwa umowy brzmiała następująco: Treaty Between the United States of America and the Union of Soviet Socialist Republics on the Elimination of Their Intermediate-Range and Shorter-Range Missiles – kluczowy jest ostatni człon, który mówi również o rakietach krótszego niż pośredni zasięgu. A to oznacza, że układ INF obejmuje także pociski średniego (1000–3000 km) i krótkiego (500–1000 km) zasięgu. Dlaczego to doprecyzowanie jest tak ważne?

Gdy pod koniec ubiegłego roku Moskwa zapowiedziała, że w obwodzie kaliningradzkim na stałe zostaną rozmieszczone zestawy rakiet Iskander-M, zachodni eksperci mówili już wprost o złamaniu przez Rosję układu INF. Wprawdzie oficjalnie maksymalny zasięg tych rakiet wynosi 500 km (a zatem w granicach dozwolonych przez układ), jednak specjaliści wojskowi od dawna podkreślali, że w rzeczywistości mają one zasięg do 700 km, co byłoby ewidentnym złamaniem układu. Oliwy do ognia dolewał fakt, że równolegle Rosjanie testowali system Iskander-K, już oficjalnie uzbrojony w pociski nuklearne o zasięgu ponad 500 km. Gdy media estońskie na początku tego roku jako pierwsze podały informację o przeniesieniu tego typu rakiet do obwodu kaliningradzkiego, rosyjski resort obrony bynajmniej temu nie zaprzeczył, tylko „sprecyzował”, że Iskandery-K w obwodzie kaliningradzkim to „część rutynowych manewrów”.

Kula u nogi

Władimir Putin nigdy nie ukrywał, że układ INF jest kulą u nogi odbudowywanego imperium. A przynajmniej odbudowywanego w militarnym wymiarze. Już w 2007 roku rosyjski prezydent oficjalnie przyznał, że postanowienia układu INF są sprzeczne z interesami państwa rosyjskiego. A krytykujący dziś Trumpa przywódcy zachodnioeuropejscy „zapominają”, że to Barack Obama, ten sam, który dążył do „resetu” z Putinem, w 2014 roku oskarżył oficjalnie Rosję o łamanie traktatu INF – Moskwa testowała wtedy rakiety typu Cruise o zasięgu… 500–5500 km, czyli dokładnie takim, jakiego zakazuje układ z 1987 roku. Dziś te rakiety nie są już testowane, ale rozmieszczane w zachodniej części Rosji. Pociski Cruise mogą dosięgnąć nie tylko Warszawy, Pragi czy Berlina (choć, bądźmy szczerzy, kto by tam w Moskwie posyłał pociski na Berlin, z którym interesy idą jak zwykle wyśmienicie), ale również Londynu. Kto zatem jako pierwszy złamał układ INF – USA czy może jednak Rosja? Moskwa mogłaby wprawdzie odpowiedzieć, że przy wyraźnej dominacji militarnej USA układ INF wiąże jej ręce, ale przecież nic nie stało na przeszkodzie – poza możliwościami finansowymi – by Rosja rozwijała potencjał militarny w obszarach nieobjętych układem INF… co zresztą od kilkunastu lat konsekwentnie robi. Tymczasem Waszyngton, widząc systematyczne łamanie INF przez Moskwę, nie miał praktycznie innego wyjścia, jak oficjalnie zerwać z tą fikcją.

Warto dodać, że USA wielokrotnie namawiały całe NATO, by działać w tej kwestii wspólnie. Jednak wobec wyraźnego podziału w Sojuszu, wywołanego zwłaszcza sprzeciwem Francji i Niemiec, Stany musiały zareagować samodzielnie. Trump zrobił tylko to, na co odwagi nie starczyło jego poprzednikom. Tak naprawdę jednak łamanie INF przez Rosję jest dla USA jedynie pretekstem do zerwania układu. Na horyzoncie bowiem jest inny konkurent, który układem nigdy nie był związany, czego zresztą nie omieszkał wykorzystać. Chodzi oczywiście o Chiny, które zbroją się praktycznie bez żadnej kontroli i międzynarodowych porozumień.

Wejście smoka

Choć w mediach zachodnich dominuje przekaz krytyczny wobec decyzji Trumpa, bardziej niszowe, specjalistyczne pisma i ośrodki analityczne przyznają rację prezydentowi USA. Autorzy raportu opublikowanego przez „Foreign Policy” podkreślają, że zerwanie układu INF toruje Ameryce drogę do wzmocnienia sił konwencjonalnych na Pacyfiku. Ponieważ Chiny nigdy nie były sygnatariuszami INF, dysproporcja możliwości w tym rejonie świata jest oczywista. I choć nikt w Pekinie nie odważyłby się dziś zaatakować amerykańskich sił rozmieszczonych na wodach Pacyfiku, dalsze przestrzeganie przez USA układu INF doprowadziłoby do realnego zagrożenia w perspektywie 10–15 lat. Dlaczego? Układ INF wiąże ręce amerykańskiej marynarce, jeśli chodzi o rozmieszczanie rakiet średniego zasięgu na lądzie na terytorium azjatyckich sojuszników USA. Układ tego zabrania, więc rakiety utrzymywane są na morzach i na oceanie – co jest oczywiście o wiele droższe. Przewaga Chin pod tym względem jest więc widoczna gołym okiem. A że Chiny nie kryją swoich ambicji imperialnych i roszczeń terytorialnych wobec sąsiadów, w razie konfliktu z USA mają przewagę już choćby pod tym względem. Raport „Foreign Policy” podkreśla, że Pekin jest już w posiadaniu konwencjonalnych rakiet balistycznych typu Cruise, które mogą uderzyć w duże amerykańskie obiekty w regionie, takie jak baza lotnicza w Japonii. Wycofanie się z traktatu INF umożliwiłoby zatem Stanom Zjednoczonym realną konkurencję z Chinami w zakresie budowy broni konwencjonalnej. Wystrzeliwane z ziemi mobilne pociski rakietowe średniego zasięgu obsługiwane przez armię mogłyby stacjonować na wyspach Oceanu Spokojnego. „Bilans militarny na Pacyfiku zmierza w złym kierunku” – FP cytuje wypowiedź Elbridge’a ­Colby’ego, dyrektora programu obrony w Centrum Bezpieczeństwa Nowego USA. „Skala chińskich struktur wojskowych jest tak znaczna i tak zaawansowana, że musimy użyć każdej potencjalnej strzały w naszym kołczanie” – dodaje Colby.

Kij ma dwa końce

Nie ma wątpliwości, że za zapowiedzią Trumpa o zerwaniu układu INF stoi jego doradca ds. bezpieczeństwa narodowego John Bolton. W artykule opublikowanym w „Wall ­Street Journal” już w 2011 roku, a więc w czasach, gdy Stanami rządził jeszcze Obama, Bolton opowiedział się za porzuceniem traktatu INF i wskazał Chiny jako powód. Bolton generalnie słynie jako przeciwnik wszelkiej redukcji potencjału militarnego przez USA. Wyznaje zasadę, że jedyną skuteczną formą odstraszania jest uzbrojenie po zęby. Boltona popiera także emerytowany admirał Harry Harris, były dowódca US Pacific Command: „Jesteśmy dziś w niekorzystnej sytuacji, bo Chiny dysponują naziemnymi pociskami balistycznymi, które zagrażają naszej obecności na zachodnim Pacyfiku i naszym statkom”. A wspomniany już Elbridge Colby dodaje (cytat również za FP): „Stany Zjednoczone spędziły prawie pięć lat na próbach zmuszenia Rosjan do przestrzegania układu INF, a my nie mamy już czasu, szczególnie na Pacyfiku”.

To oczywiście amerykańska narracja. Jak to zwykle bywa, kij ma dwa końce. Konieczność odstraszania przeciwnika to jedno, istnieje jednak niebezpieczeństwo śmiertelnego wyścigu zbrojeń, w którym w każdej chwili sytuacja może wymknąć się spod kontroli. •

« 1 »
oceń artykuł

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji