Nowy numer 49/2018 Archiwum

Bałkański szpagat

Bałkany nie są zdecydowane, czy wolą trzymać z Rosją, czy z Zachodem. Zachód nie jest przekonany, czy chce integrować ze sobą Bałkany. Tylko Rosja wie, czego chce, i Bałkanów nie odpuszcza.

Ten wstęp oczywiście grzeszy zbyt wysokim stopniem ogólności – do jednego worka z napisem „Bałkany” wrzuciłem kraje o różnych aspiracjach i drogach, które przeszły; część z nich należy już przecież i do NATO, i do UE, zatem próba ogarnięcia i zamknięcia w jednym zdaniu tak zróżnicowanego regionu już na starcie wydaje się chybiona. Ale tylko pozornie. Bo o ile najmniej wątpliwości wzbudza ukierunkowanie Chorwacji – jednoznacznie prozachodniej – o tyle w przypadku pozostałych krajów takiej pewności nie ma. Paradoksalnie dotyczy to również państw, które bądź już są członkami jednej z zachodnich struktur (np. Grecja – NATO i UE, Czarnogóra – NATO), bądź dopiero do nich aspirują. Nie mówiąc już o tych, które ciągle stoją w wyraźnym rozkroku (co dotyczy szczególnie Serbii). Na to nakładają się niejednoznaczne i sprzeczne sygnały wysyłane przez samych zachodnich przywódców: od deklaracji zamknięcia „do odwołania” tematu rozszerzania Unii, przez mało przekonującą próbę odwrócenia tego trendu, po niepokojące słowa prezydenta USA, sugerujące, że w razie ewentualnego ataku obrona Czarnogóry (wstąpiła do NATO rok temu) wcale nie jest przesądzona.

I tylko Rosja wydaje się konsekwentnie realizować swój plan: gdzie się da, zatrzymać przy sobie, gdzie się da mniej – działać na rzecz destabilizacji. A nie ma drugiego takiego regionu w Europie z tak podatnym na manipulacje gruntem. Skoro udaje się Rosji rozgrywać swoje interesy w krajach mocno osadzonych w strukturach zachodnich, to o ileż bardziej może sobie na to pozwolić na terenie z ciągle świeżymi ranami i rozregulowaną nawigacją geopolityczną. A im mniej zdecydowania Zachodu – „brać” te Bałkany czy ich nie „brać” – tym większa aktywność Rosji.

Zwrot akcji

W lutym tego roku Komisja Europejska dość niespodziewanie przedstawiła nowy plan dotyczący procesu negocjacyjnego z dwoma krajami bałkańskimi. „Przy wystarczającej woli politycznej, wprowadzeniu w życie prawdziwych reform oraz trwałym rozwiązaniu sporów z sąsiadami Czarnogóra i Serbia będą gotowe do członkostwa w UE przed 2025 r. W tym samym momencie negocjacje akcesyjne powinny być zaawansowane z Albanią, Bośnią i Hercegowiną, Macedonią oraz Kosowem” – napisała KE. Deklaracja ta, z podaniem konkretnej daty, była tym bardziej zaskakująca, że jeszcze 4 lata wcześniej Jean-Claude Juncker mówił, iż „w przewidywalnej przyszłości” nie ma co nawet myśleć o poszerzeniu Unii o kolejne kraje.

Co takiego stało się po drodze? Na pewno widmo Brexitu, który – jeśli ostatecznie dojdzie do skutku – osłabi UE w sposób oczywisty. Po drugie, to właśnie sceptycyzm Brytyjczyków co do dalszego poszerzania Unii był jednym z powodów deklaracji Junckera – nie chciał dawać wyspiarskim uniosceptykom kolejnych argumentów za wyjściem ze Wspólnoty. Teraz jednak ten nagły zwrot jest wywołany nie tylko tym, że jest już po referendum w Wielkiej Brytanii, ale właśnie wzmożoną aktywnością Rosji, zwłaszcza na zachodnich Bałkanach. Bruksela i kilka stolic unijnych nagle doznały olśnienia, bo okazało się, że kraje pozostawione w niepewności co do swojej przyszłości stały się obiektem bardzo jednoznacznego i konkretnego zainteresowania ze strony Moskwy.

Wyrywanie Czarnogóry

Najmocniej to starcie interesów widać w przypadku faktycznego przechodzenia „naturalnej” strefy wpływów Rosji na stronę zachodnich sojuszy. Szczególnie mocno doświadczyła tego w ubiegłym roku Czarnogóra, niemal w przededniu formalnego wstąpienia do NATO. Rosyjskie służby próbowały przeprowadzić pucz 2 tygodnie przed tym wydarzeniem. To było już jawne zaangażowanie Moskwy. Zamach stanu się nie udał, Czarnogóra jest członkiem NATO, ale Rosja bynajmniej nie zrezygnowała z aktywności w tym kraju. Tym bardziej że sami mieszkańcy i elity polityczne są tam podzieleni w kwestii integracji z Zachodem. Prorosyjska opozycja nalegała, by zorganizować najpierw referendum ws. członkostwa w NATO, jednak rządząca koalicja uznała, że jej zwycięstwo w wyborach było jednoznacznym głosem na tak ze strony obywateli. Jednocześnie władze w Podgoricy zapewniały, że członkostwo w NATO „nie zaszkodzi historycznie bliskim stosunkom z Moskwą”, co oczywiście jest albo pobożnym życzeniem, albo deklaracją… trwania w dalszym rozkroku.

Z pewnością Czarnogóra jest w tym momencie najbardziej podatnym na działanie rosyjskiej agentury krajem NATO. Raport amerykańskiego think tanku Foreign Policy Research Institute pokazuje jasno, że pomimo porażki Moskwy, której nie udało się powstrzymać akcesji Czarnogóry do NATO, nadal działa ona na tym terenie, prowadząc do wzniecania nienawiści na tle politycznym i narodowościowym: teraz celem ma być zablokowanie integracji tego kraju z Unią Europejską.

Rosyjskie „środowisko naturalne”

To przeciąganie liny na Bałkanach między Rosją a Zachodem raczej szybko się nie skończy. To znaczy może się skończyć, jeśli Zachód Bałkany „odpuści”. Rosja nie odpuści, choćby z tego powodu, że zdaje sobie sprawę ze swojej pozycji gospodarczej w tym regionie. To Rosja przecież jest tam głównym dostawcą energii. Bałkany są dla Rosji kluczowe, jeśli chodzi o dostęp do złóż gazu i ropy naftowej w basenie Morza Kaspijskiego oraz Azji Środkowej i ich kontrolę. Doktor Marko Babić z Uniwersytetu Warszawskiego zauważa, że „w przypadku gazu Bałkany są ostatnim etapem w jego wysyłce z wyżej wymienionego regionu na rynki europejskie, w przypadku ropy – do portów, z których dalej jest transportowana na rynki światowe”. Same kraje bałkańskie są świadome, że ich bezpieczeństwo energetyczne zależy głównie od Rosji. Efekt? Prawie wszystkie są w jakiś sposób zaangażowane w budowę rosyjsko-włoskiego gazociągu South Stream.

Ale gospodarka to nie wszystko. Nie bez znaczenia są przecież historyczne i kulturowe powiązania dużej części Bałkanów z Rosją. Poza Czarnogórą dotyczy to przede wszystkim Serbii. Tutaj jednak polaryzacja w społeczeństwie też jest ogromna. Tomislav Nikolić, do zeszłego roku prezydent Serbii, mówił kiedyś otwarcie o swoim kraju jako „rosyjskiej guberni” – w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu. Ale są i tacy politycy jak Čedomir Jovanović, który określił umowę energetyczną Serbii z Rosją jako „kolonizację Serbii”.

Na zachód od wojny

W 2012 roku wydawało się, że szala przechyla się już jednoznacznie na stronę Rosji. Prezydentem został wówczas wspomniany Nikolić – marzący o odbudowie Wielkiej Serbii, były człowiek Slobodana Miloševicia. W ubiegłym roku z kolei prezydentem został Aleksander Vučić, który – choć wywodzi się z tego samego środowiska co Nikolić – zapowiedział powrót na drogę integracji z Unią Europejską. Kilka lat jednak prorosyjskiej retoryki zrobiło swoje: w styczniu tego roku wprawdzie 51 proc. Serbów wyrażało poparcie dla członkostwa w UE, ale jednocześnie aż 67 proc. deklarowało, że wolałoby sojusz z Rosją. Jak widać po tych danych, wielu Serbów czuje wyraźne rozdarcie.

Bez wątpienia im mniej zdecydowane kroki będzie podejmować Zachód wobec Bałkanów, tym pewniej będzie działać tam Rosja. Temu regionowi pełna integracja ze strukturami zachodnimi dawałaby większą szansę na ustrzeżenie się przed wzniecaniem na nowo ciągle żywych nacjonalizmów i nienawiści. Oddanie się w ręce Rosji grozi powtórką z nie tak dawnej historii. •

« 1 »
oceń artykuł

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji