Nowy numer 29/2019 Archiwum

Grecka tragedia

Pożary w Grecji pochłonęły dziesiątki ofiar. I resztki energii z ledwo dyszącej gospodarki. Czy skala pożogi to na pewno efekt tylko rekordowych upałów?

Poniedziałek 23 lipca. Warunki pogodowe tego dnia są idealne dla wybuchu pożaru i szybkiego rozprzestrzeniania się ognia. Temperatura dochodzi do 38 st. Celsjusza w cieniu. Dodatkowo wieje silny, porywisty wiatr o sile 6–9 w skali Beauforta i szybkości 100–120 km/h. W ciągu niespełna dwóch godzin od pojawienia się ognia spalone są setki domów, samochodów… dziesiątki ludzi. Większość ofiar to osoby, które z powodu pożarów zostały uwięzione w swoich domach lub samochodach; pozostali toną w morzu, uciekając przed płomieniami. Ginie także dwoje Polaków – łódź, na której matka z synem ewakuowali się z hotelu, idzie na dno. W chwili oddawania do druku tego numeru GN oficjalne dane mówiły o 91 ofiarach, ale około 150 osób uznawano ciągle za zaginione. Wśród nich mogą być zarówno ciągle niezidentyfikowani, pozostający i nierozpoznani w szpitalach, jak i – niestety – kolejne ofiary śmiertelne. Prasa grecka codziennie donosi o kolejnych tragicznych odkryciach. Starszy mężczyzna zgłosił się do telewizji, szukał swoich dwóch wnuczek. Po czterech dniach okazało się, że były z matką w jednym z płonących domów. Nie zdążyły się uratować… Jeden ze strażaków przez dwa dni ratował innych, po czym okazało się, że nie był w stanie uratować własnej córki – nie wiedział, że przebywała w tym czasie w jednym z płonących domów. Nie przeżyła. Podobnych historii są dziesiątki.

Przypadek?

Władze zaniepokoiły zdjęcia satelitarne, które pokazały ogniska zapalne w 15 różnych miejscach. „Istnieją poważne przesłanki, by sądzić, że pożary w Attyce były spowodowane podpaleniem” – grecki minister ds. porządku publicznego Nikos Toska nie owijał w bawełnę. Zostało wszczęte śledztwo. Być może tym razem to zbieg okoliczności i o skali pożogi zdecydowały wyłącznie rekordowe upały i silne wiatry. Zbyt często jednak dochodziło w Grecji do podpaleń, które miały „zalegalizować” stawianie domów na terenach (dotąd) leśnych, by przynajmniej nie wziąć pod uwagę, że i tym razem sprawa jest grubsza. Już w niedzielę, gdy pożary były właściwie opanowane, na portalu internetowym jednego z greckich dzienników („Kathimerini”) pojawiła się informacja, że śledztwo wydziału straży pożarnej ds. podpaleń wykazało, iż ogień wzniecił starszy człowiek, który chciał tylko spalić gałęzie ze swojego ogrodu. Ponieważ nie umiał zapanować nad ogniem, próbował już tylko zatrzeć za sobą ślady, m.in. przykrywając kamieniami miejsce, gdzie wzniecił ognisko. Tyle tylko, że to nie rozwiązuje zagadki innych pożarów, które wybuchły niemal w tym samym czasie w różnych miejscach – są już świadkowie, którzy zeznają, że widzieli osobę rozpalającą te ogniska. Do tego pozostaje do wyjaśnienia sprawa kilkunastu pozostałych ognisk.

Samowolka budowlana

Pawlos Akritidis, przewodniczący warszawskiego oddziału Towarzystwa Greków w Polsce, zwraca uwagę na wyjątkowe, nawet jak na Grecję, warunki pogodowe, które tym razem mogły być główną przyczyną pożarów. Ma jednak również świadomość, że w przeszłości wiele podobnych tragedii – choć na mniejszą skalę – było wynikiem wojny o ziemię pod zabudowę. – To działa tak: ktoś chce wybudować domek nad morzem, ale to obszar leśny, więc budowa jest nielegalna; władze miasta mówią, że nie mogą na budowę pozwolić, no więc ten ktoś „musi” udowodnić, że tam lasu nie ma; wynajmuje kogoś, kto las podpala – i lasu już nie ma. W ten sposób wybudowano wiele domów w nadmorskich miejscowościach – mówi Akritidis w rozmowie z GN. – W Mati [najbardziej dotkniętym przez pożary miasteczku – J.Dz.] jakieś 95 proc. domów wybudowano bez zezwoleń. Nikt dotąd nie sprawdzał, więc ludzie budowali bez zezwoleń. Obecny rząd zaczął porządkować te sprawy. Podjęto już decyzję, że wszystko, co postawiono bez zezwolenia, będzie wyburzone. I naturalnie powstał ogromny opór przeciwko temu – dodaje. Ten wątek rzuca nowe światło na sprawę ostatnich pożarów: jeśli śledztwo potwierdzi, że to nie była tylko kwestia upałów, to będzie można mówić o prawdziwej wojnie wypowiedzianej rządowi przez właścicieli nadmorskich domów. Smutną ironią będzie nie tylko – z pewnością niezamierzona – liczba ofiar śmiertelnych takiego sposobu „legalizacji” budowy (był las, nie ma lasu, więc budowa legalna). Ironia polega również na tym, że to, co miałoby umożliwić działalność gospodarczą właścicielom tak powstających hoteli i innego rodzaju kwater turystycznych, a tym samym wzmocnić grecką gospodarkę, przez skalę strat, w tym spalone kwatery, przyniosło efekt dokładnie odwrotny.

PKB poleci

Zdecydowana większość spalonych domów leży na terenach odwiedzanych licznie przez turystów. W tym roku miał paść rekord w liczbie przyjeżdżających do Grecji wczasowiczów z całego świata i cieszono się już na wzrost wpływów do budżetu państwa. Według różnych szacunków dochody z turystyki stanowią od 10 do nawet 20 proc. greckiego PKB (rozpiętość wynika z różnych kryteriów, np. z wliczania lub nie działalności gospodarczej pośrednio związanej z turystyką). Niestety, optymistyczne szacunki na ten rok trzeba wyrzucić do kosza. – Mój syn miał wykupione miejsce w hotelu w pobliżu Mati. Wcześniej był na jednej z wysp na Morzu Jońskim i nawet nie śledził wiadomości, więc nic nie wiedział o pożarach. W drodze do Mati zatrzymała go policja i kazała zawracać. On im tłumaczy, że przecież ma opłacony hotel, na co policjant: jakie to ma znaczenie, skoro wszystko spalone, hotel się spalił i nic nie ma – opowiada Pawlos Akritidis. – To z pewnością odbije się mocno na gospodarce. Grecja była w takim dołku ekonomicznym, ostatnio zaczęła trochę wychodzić z tego przy pomocy Unii, ale teraz ten unoszący się nad Grecją klimat upadłości tym bardziej szybko nie minie – dodaje.

Zaciskanie pasa

Gdy w 2015 r. w Atenach śledziłem z bliska przebieg kampanii i samego referendum w sprawie przyjęcia lub odrzucenia warunków kolejnej pomocy Brukseli, wydawało się, że Grecja jest już poniżej dna i że bardziej pod ścianą stać się nie da. Zwycięstwo zwolenników odrzucenia kolejnego dyktatu międzynarodowych instytucji wywołało euforię, jakiej ulice Aten nie widziały od dawna. Nawet jeśli następnego dnia banki nadal były zamknięte, z bankomatów można było wyciągnąć tylko 60 euro, a emeryci nieposiadający kart musieli czekać na otwarcie banku i możliwość wypłacenia maksymalnie 120 euro ze swoich emerytur. Nawet jeśli większość świętujących na placu Syntagma zdawała sobie sprawę, że bankructwo Grecji jest faktem, cieszyli się z tego, że tym razem to oni będą ustalać warunki wyjścia z kryzysu. Iluzja trwała krótko: rząd premiera Tsiprasa, pomimo wyniku referendum, musiał się ugiąć i poprosić o kolejną pomoc, oczywiście na warunkach Brukseli. Po części to też jakaś forma iluzji (że kolejne zasypywanie dziury bez dna cokolwiek pomoże), ale jednak udało się wprowadzić kilka cięć, bez których nie byłoby możliwe nawet drgnięcie finansów państwa i całej gospodarki. – Premier mówił, że podrze te wszystkie umowy z Unią, ale rzeczywistość pokazała, że bank rządowy jest pusty, więc poszedł do Unii i musiał poprosić o pieniądze – mówi Pawlos Akritidis. – Ale dostał warunek: musisz zmniejszyć emerytury. I jeśli ktoś dostawał wcześniej 800 euro emerytury, dzisiaj dostaje 300. No bo skoro trzeba szybko oddać pieniądze, to skąd państwo ma je wziąć? Jak zwykle od emerytów. I podnosząc podatki oraz ceny. Jeśli ktoś za wodę płacił 0,5 euro, teraz płaci 1,5 euro – dodaje.

Kumulacja

Przypominam sobie, że 3 lata temu europejskie portale drwiły sobie z Grecji, pisząc, że bankructwo Grecji jest w dużym stopniu… „projektem sfinansowanym ze środków Unii Europejskiej”. Trzeba przyznać, że na pewno dołączenie do strefy euro kraju o niższym niż np. Niemcy czy Francja poziomie gospodarczym było projektem politycznym z zerowymi podstawami ekonomicznymi. Dla samych Greków zaś dawało złudne poczucie bezpieczeństwa i oswajanie się z życiem na raty. Od Greków w Atenach słyszałem, że ich kraj został przeinwestowany. W krótkim czasie za ogromne pieniądze zbudowano zbyt drogie lotnisko, podczas gdy drugie wygląda jak ruina, na ogromnym obszarze, po którym biegają szczury. Wybudowano za ogromne pieniądze trzy linie metra, stadiony, które teraz stoją bezużyteczne.

Ale byłoby nieuczciwe zrzucanie winy na UE. Przecież nie od dziś wiadomo, że Grecy są mistrzami w „kreatywnej księgowości”, w ukrywaniu dochodów i unikaniu płacenia podatków. Klasycznym przykładem są nie tylko domy stawiane nielegalnie (a więc „nieistniejące”) na terenach leśnych, ale też niedokończone budowy domów, zostawianie drutów na dachu na całe lata: w ten sposób formalnie budowa domu jest niedokończona, to i podatku płacić nie trzeba. Wszyscy stawiali pytanie, jak taki kraj ma wyjść z dołka? W ciągu ostatnich trzech lat okazało się, że są jednak pewne znaki nadziei. Pożary, które uderzą mocno w gospodarkę, z pewnością wstrzymają, jeśli nie cofną o kilka lat, ten proces.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji