Nowy numer 33/2018 Archiwum

W poszukiwaniu Kaszubów przejdź do galerii

Kaszubi, potomkowie zachodniosłowiańskich plemion pomorskich. Zmieniały się granice państw, byli siłą germanizowani i polonizowani. Przetrwali, zachowując swój język i tożsamość. Czy przetrwają także w świecie internetu i otwartych granic?

Ruszyliśmy do granic (na szczęście nie wytrzymałości), by sprawdzić, czy hasło „Polska jest jak obwarzanek – to, co dobre, jest na obrzeżach” ma wciąż rację bytu. Doskonale wiemy, jak zmieniły się granice od czasu, gdy Józef Piłsudski wypowiadał te słynne słowa, dostosowaliśmy się więc do dzisiejszych miejsc pogranicza. Wybraliśmy krainy na krańcu mapy, na styku. Przestrzenie, w których mieszają się języki, narodowości, kultury, wyznania. Urzekające pięknem krainy, gdzie Wschód spotyka Zachód, Bizancjum – Rzym, a Tomasz z Akwinu – Mikołaja Cudotwórcę. Tygiel kultur i religii. Miasteczka, w których po brukowanych uliczkach spacerowali ramię w ramię Polacy, Litwini, Niemcy, Żydzi, Cyganie i staroobrzędowcy. W tym odcinku zapraszamy do Helu i Chmielna na spotkanie z Kaszubami.

Mierzeja Helska podobna jest do węgorza, z ogonem we Władysławowie. Na łbie tej monstrualnej ryby znajduje się otoczony wodą Hel, najbardziej samotne miasto w Polsce. Kiedyś rybacko-wojskowe, dziś raczej turystyczno-wojskowe, z naciskiem na to pierwsze. Szczególnie latem. Poza sezonem mieszka tu niecałe 4 tys. osób. Część z nich to Kaszubi. Nie stanowią większości, ale mieszkają tu najdłużej.

Dzieje portowego krzyża

Dla mieszkańców Helu Polska tu się zaczyna. Do helskiego portu wchodzi się ulicą Żeglarską, obok figurki św. Piotra, patrona rybaków, oraz ustawionego naprzeciwko metalowego krzyża. „Ten krzyż nadzieją tych braci, którzy wyszli w morze, a nie wrócili, i tych, którzy wychodzą, aby szczęśliwie wracali” – głosi napis na przymocowanej do niego tabliczce. Dalej jest data – 1995 – oraz podpisani fundatorzy – August i Brać Rybacka. W mieście wszyscy wiedzą, że pełne nazwisko fundatora brzmi Augustyn Schomburg. To bardzo zasłużona postać dla Helu. Kapitan Wojska Polskiego, obrońca Warszawy we wrześniu 1939 r., burmistrz Helu w latach 1956–1961, szyper rybackiego kutra, społecznik z powołania. Jadwiga, wdowa po śp. Augustynie Schomburgu, ma 98 lat i mieszka razem z córką Ireną w domu przy ulicy Wiejskiej. – Dziękuję Bogu za każdy przeżyty dzień na tym pięknym świecie – mówi starsza pani. – Mamy tutaj kropielniczkę – dodaje córka. – Codziennie rano kropimy się wodą święconą, prosząc Boga o szczęśliwy, dobry dzień. Żeby się nic złego nie wydarzyło.

Pytam o krzyż przy wejściu do portu i o fundatora, jej ojca. – To już trzeci krzyż w tym miejscu – opowiada pani Irena. – Najpierw, przed rokiem 1939, był tam krzyż drewniany, ale się rozpadł i potem stanął metalowy z kutra Hel-­ -125, należącego do ojca. Trzeci krzyż ze stali nierdzewnej został zrobiony na wzór tego z roku 1985. Chodzę tam codziennie, dbam o otoczenie, o kwiaty. Chciałabym, aby przy Muzeum Rybackim była tablica, żeby zachować pamięć o ojcu.

Schomburgowie zamieszkali w Helu zaraz po wojnie, w 1946 r. – Najpierw przyjechał tu szwagier ojca – wspomina pani Irena. – Pracował w latarni morskiej. Namówił ojca, opowiadał, że w Helu zaczyna się rybołówstwo. I tak rodzice zdecydowali się przyjechać i zacząć wszystko od początku. Hel był wtedy w ruinie. Ojciec zajął się rybołówstwem. Zaczynał od łódki, później dorobił się kutra. Był szyprem. Miał charakter przywódcy. Ludzie szli za nim.

Z opowieści wyłania się świat dzieciństwa i młodości pani Ireny (rocznik 1942). – Kiedyś rodziny spotykały się co sobotę, co niedzielę. Przychodziliśmy do szwagra. W następnym tygodniu – oni do nas. Wujek grał na skrzypcach. Śpiewaliśmy razem. U nas zawsze było zakończenie kolędy. Wtedy był dobry obiad, gęś pieczona, ciasto. Przychodził ksiądz, organista, przychodziła rodzina. Kiedyś były inne zwyczaje. Gdy mieszkaliśmy w małym domku tuż obok krzyża, to nawet drzwi się na klucz nie zamykało.

Zamiast deptaku był piasek

Ten stary Hel pamięta także Krystyna Lewandowska, właścicielka cukierni Słoneczna, także przy ulicy Wiejskiej. – Urodziłam się w Helu w rodzinie kaszubskiej. Mój mąż pochodzi z Juraty. Wszyscy jesteśmy Kaszubami – podkreśla z dumą pani Krystyna. – Jako dzieci chodziliśmy do dziadka. Jeszcze wtedy nie było tego bulwaru, był piasek, sieci były rozciągnięte – wspomina. – Wszystko toczyło się wokół rybactwa. Kiedyś było tak dużo ryb, że nie mogliśmy już na nie patrzeć, bo ileż można jeść tylko ryby? Dziadek mówił wtedy: „Oj, będziecie jeszcze wy płakać za rybami”. No i płaczemy, że nie ma. Babcia obiad gotowała dla całej rodziny, mama pomagała przy sieciach, my biegaliśmy po Helu i zachęcaliśmy turystów, żeby u nas zamieszkali. Hel był miastem zamkniętym, obywatele polscy mogli jednak przybyć tu pociągiem. Gdy przyjeżdżał pociąg i wysypywali się turyści, to my, małe dzieci, chodziliśmy na dworzec i pytaliśmy, czy można jakoś im pomóc, coś pokazać. Ułożyliśmy nawet taki wierszyk, nawiązujący do beczek, których było dużo w Helu: „Drodzy państwo, zaczynamy wycieczkę, po prawej beczki, po lewej beczki, na środku kościół poniemiecki. Dziękujemy, to koniec wycieczki”. Bo za bardzo nie było gości gdzie prowadzić. Jedna droga, a w zasadzie klepisko, rybackie domki. Dla nas to było znane i wydawało się, że nie ma co pokazywać. Nie było domów wczasowych, apartamentowców, znaliśmy się jak jedna rodzina.

Jakże nie wierzyć w Boga?

Kiedy domy w Helu były niższe, Danuta Budzisz przez okno widziała maszty kutrów wchodzących do portu. Urodziła się w Jastarni w 1933 roku, ojciec był rybakiem, ona wyszła za mąż za rybaka z Helu. W domu mówiło się po kaszubsku i jadało głównie ryby. Tylko z mamą rozmawiali po polsku, bo pochodziła zza Tczewa. – Ja mogę wszystko po kaszebsku powiedzieć. Najlepiej mi się śpiewa. Pieśni są o morzu, o pracy rybaków – mówi pani Danuta. Jak relikwie przechowuje stare fotografie. Na jednej z nich jest jej dziadek Bernard, który miał 89 lat, gdy zmarł. Ale wcześniej nosił ją w kaszorku. To koszyk do noszenia ryb. Mąż pływał na różnych kutrach: był Hel-2 po dziadku, potem Hel-98, Hel-90. – Ten ostatni był z nami do końca, tzn. do czasów, kiedy Unia Europejska stworzyła takie możliwości, że można kuter oddać do kasacji i otrzymać pieniądze. Po śmierci męża syn zdecydował, że kuter będzie skasowany. W ten sposób urwały się tradycje rybołówstwa w rodzinie – pani Danuta ze smutkiem kiwa głową. Przez okno zawsze wypatrywała męża, kiedy będzie wpływał do portu. Poznawała po masztach. Wtedy zabudowania były niskie i było widać. Każdy powrót do domu to było święto. Gdy był sztorm, była trwoga. – Kiedyś mąż był w huraganie na morzu, była wtedy dwunastka, a oni małym kuterkiem walczyli z falami – wspomina pani Danuta. – We dwóch byli wtedy na kutrze. Więc jak nie wierzyć w Boga, skoro wracali cało?

Młodzi się nie garną

– Być Kaszubem to przede wszystkim identyfikować się z miejscem, z językiem, nie wstydzić się go – mówi Barbara Tabor z kapitanatu helskiego portu, która od urodzenia mieszka w Helu. – Mama pochodziła z centralnej Polski. Jako młoda dziewczyna przyjechała tutaj do brata, poznali się z ojcem. Tata był rybakiem. Pływał na kilku kutrach, ale najbardziej zapamiętałam ten Hel-102, na którym później pływał mój mąż. Było nas pięcioro, mama z dziećmi w domu, tata przez większość czasu na morzu, typowa rodzina kaszubska. Bywało tak, że taty nie było kilka dni, bo łowili na północnym morzu.

Pani Barbara jest pesymistką co do przyszłości Kaszubów jako odrębnej grupy. – Wprawdzie nasze Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie prężnie działa, ale nie ukrywam, że młodzież niekoniecznie chce brać w tym udział. Boję się, że za kilkanaście lat żywa kultura i tożsamość kaszubska mogą zginąć. To prawda, że teraz uczą języka kaszubskiego w szkołach, ale jeśli sami młodzi się za to nie wezmą, to może być już kiepsko. Starsze roczniki przecież wymierają. Jest dużo, coraz więcej małżeństw mieszanych. Kaszubski w takich rodzinach nie istnieje. Wśród młodych ludzi bardzo niewielu mówi po kaszubsku. Jeżeli zrzeszenie nie wciągnie do swoich działań młodych, to za 15 lat może być problem z tożsamością Kaszubów – konkluduje.

Język i tabaka

– Dwie rzeczy są na pewno kaszubskie – nasz język i tabaka – twierdzi z przekonaniem Tadeusz Pleskota-Makowski z Chmielna, perły Kaszub. Piewcą kaszubszczyzny jest od ponad pół wieku. – Jako dziecko mieszkałem w Kartuzach. Spędzałem wakacje i wszystkie wolne dni u moich ciotek i wujków, mieszkających w okolicy Kartuz. Tam poznałem życie na wsi dogłębnie, od podszewki. Stąd takie moje przywiązanie do regionu – opowiada piewca kaszubskiej kultury. – Języka nauczyłem się w domu, mama i babcia mówiły po kaszebsku. A trzeba wiedzieć, że za czasów tamtego ustroju nie było można posługiwać się językiem kaszebskim w szkołach i urzędach. Dostawało się za to w szkole po łapach. Dlatego nawet w domu, aby uchronić dzieci przed konsekwencjami w szkole, również zaniechano mówienia po kaszubsku. Był taki nakaz, aby język kaszubski wyeliminować – opowiada Makowski. – Nas, wszystkich Kaszubów, jest około 500 tys. Od Helu aż po Chojnice. A 257 tys. zadeklarowało się na spisie, że są Kaszubami. I tyle, podejrzewam, mówi po kaszubsku. Kaszub to człowiek przywiązany do swojej ziemi, pracowity, przede wszystkim uczciwy, religijny na 100 proc., chociaż teraz młodzież trochę odchodzi od Kościoła... Kaszubi są wyjątkowi. Mają dwa języki ojczyste. To nasz największy skarb. Mamy taką dogodność, że można zdawać maturę w języku kaszubskim. Mamy możliwość otrzymania dokumentów po kaszubsku. Stolicą rodnej mowy jest Chmielno. Tu odbywają się konkursy językowe, w tym roku już po raz 47. Recytują wtedy po kaszubsku dorośli i młodzież. Przetłumaczyliśmy też na kaszubski Biblię i „Pana Tadeusza”. Kaszubscy poeci to tłumaczą. Ale w konkursie są wiersze typowo kaszubskie. Odbywa się też konkurs zażywania tabaki. Wygrywa ten, który zna tradycję zażywania, który potrafi o niej opowiedzieć. Zwyczaj zażywania tabaki na Kaszubach jest bardzo stary. Robimy niby sporo. Biorę udział w pogadankach dla młodzieży. I w związku z tym nachodzą mnie czarne myśli, bo nie widzę zainteresowania. Młodzież siedzi, bo musi, bo nauczyciele tak każą. Najlepiej, żeby była o tym aplikacja na telefon, bo siedzą z oczami wlepionymi w ekrany komórek i nie słuchają tego, co mówię.•

« 1 »
oceń artykuł

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji