Nowy numer 25/2018 Archiwum

Niedziela jest trendy

Ograniczając handel w niedzielę, robimy krok w stronę dojrzałej cywilizacji. Niezależnie od tego, co mówią na ten temat najbardziej profesjonalne tabelki i wykresy sceptyków.

Są w życiu takie wybory, w których trzeba odłożyć na bok analizy ekonomiczne, niekończące się wyliczenia strat i zysków, zrezygnować z oglądania się na innych i porównywania zarówno z tymi, którzy zrobili podobnie, jak i z tymi, którzy poszli w zupełnie innym kierunku; kiedy trzeba podjąć męską decyzję wyłącznie na podstawie własnej intuicji, „zmysłu życia”, który mówi jasno: to po prostu jest dobre i słuszne. Zdrowy rozsądek podpowiada, że tak właśnie jest w przypadku niedziel wolnych od handlu. To wybór cywilizacyjny.

Nasza sprawa

Wiele w ostatnim roku napisano o ograniczeniu handlu w niedzielę. Dziś jesteśmy już po debacie, ustawa weszła w życie, zobaczymy, jak zadziała w praktyce. Zobaczymy, bo nie brak pomysłów, jak by te nowe przepisy ominąć i załapać się na, owszem, liczne wyjątki, które zezwalają na handel niedzielny. Dla przeciwników jakiegokolwiek ograniczania w tym zakresie to jeden z koronnych dowodów na to, że taka ustawa nie ma sensu. Trudno jednak z faktu, że „ludzie kombinować potrafią”, wyciągać wniosek, że wszelkie regulacje i prawo są bezcelowe. Po pierwsze, prawo też wychowuje i pomaga dorastać do akceptacji danej normy. I choć jest to proces, kiedyś trzeba go rozpocząć. Po drugie, na szczęście zdolność do kombinowania napotyka coraz silniejszy opór drugiej tendencji – potrzeby realnego świętowania i dążenia do stworzenia warunków, które to ułatwiają.

Oczywiście, że nowa ustawa nie jest doskonała, ale z pewnością jest krokiem we właściwym kierunku. Nie tylko dlatego, że w większości krajów Europy Zachodniej ograniczenia handlu w niedzielę – czasami radykalne – funkcjonują od dziesięcioleci. Wolna niedziela byłaby dobrem, o które warto zabiegać, nawet gdyby wszyscy dokoła handlowali siedem dni w tygodniu. Prawem każdego narodu i państwa jest decydowanie o tym bez oglądania się na innych.

„Luksus” wolnego

Ponieważ jednak większość z nas woli mimo wszystko oprzeć się na tym, jak te sprawy organizują inni, zacznijmy od przykładów. Tak się bowiem składa, że akurat w tej kwestii mamy się na kim wzorować i kogo doganiać. Hasło „Jesteśmy w ogonie Europy” zazwyczaj stosuje się na rzekomą zaściankowość Polski w sprawach, w których akurat nie mamy się czego wstydzić. Ale w przypadku ograniczenia handlu w niedzielę łatwo dostrzec ewidentną niekonsekwencję: choć na Zachodzie to standard, w Polsce miłośnicy tegoż Zachodu są przeciwnikami jakichkolwiek ograniczeń w tym zakresie. Przykłady wielu państw zachodnich, w których niedziela ma swoje prawa, pokazują, że zakaz handlu nie tylko nie obniżył obrotów hipermarketów i całego przemysłu związanego z handlem, ale wręcz przyniósł im wymierne zyski. Zadziałał tu prosty i znany mechanizm: klienci, wiedząc, że w następnym dniu sklepy są zamknięte, spontanicznie robią... zapasy. To oczywiście działanie mało racjonalne, ale statystyki pokazują, że ma ono swoje znaczenie. Zadziałało w Belgii, gdzie zakaz handlu w niedzielę dotyczy dużych hipermarketów, a mniejsze sklepy mogą być otwarte tylko w wyznaczonych godzinach. Od lat dobrze sprawdza się to również Holandii, gdzie otwarte mogą być jedynie małe sklepy spożywcze, ale tylko do godziny 13! W Luksemburgu jeszcze inaczej – hipermarkety mogą pracować wyłącznie w pierwszą niedzielę miesiąca i… tylko przez 4 godziny. Idźmy dalej, bo podobny klimat panuje również na Wyspach Brytyjskich (poza Szkocją), gdzie markety mogą być otwarte tylko przez parę godzin.

Przeciwnikom niemal całkowitego zakazu handlu w niedzielę nie spodobają się najbardziej dane dotyczące Niemiec, Austrii czy Szwajcarii, które mają jeszcze bardziej restrykcyjne przepisy niż powyższe kraje, a jednocześnie pozostają w czołówce ekonomicznej i gospodarczej Europy. Mniejsze, ale również zauważalne ograniczenia obowiązują także w Szwecji, Grecji czy Francji. Jak to się przekłada na mądre tabelki i wykresy? Dane unijnego Eurostatu wskazują, że znane w Polsce zagraniczne sieci handlowe w krajach, gdzie obowiązuje zakaz handlu w niedzielę, zatrudniają o połowę więcej pracowników niż w sklepach o porównywalnej wielkości działających w Polsce! Na argument, że bogate Niemcy mogą sobie pozwolić na „taki luksus” jak wolna niedziela, ale rozwijająca się dopiero Polska na pewno nie, przypominam prosty fakt, że Niemcy wprowadzili zakaz handlu niedługo po wojnie, w latach 50., gdy ich gospodarka była jeszcze w ruinie. – My po prawie trzech dekadach transformacji, w państwie, w którym prowadzona jest gospodarka wolnorynkowa, nie mamy w prawie nawet zdefiniowanych podstawowych pojęć dotyczących handlu, wyjaśniających, co to jest placówka handlowa, co to są magazyny, centra logistyczne, dystrybucyjne itd. I my to dopiero w tej ustawie tworzymy. Handel był dotąd wolnoamerykanką, a Polska kolonią do robienia pieniędzy przez zagraniczne koncerny – mówił mi jeszcze w trakcie tworzenia projektu ustawy Alfred Bujara, przewodniczący handlowej Solidarności.

Spójność wspólnoty

Jan M. Piskorski, profesor europejskich studiów porównawczych na Uniwersytecie Szczecińskim, w tekście opublikowanym w „Plusie Minusie” w sierpniu 2017 roku zwrócił uwagę na ważny wątek sporu o niedzielę: „Co przyniosły wielkie projekty modernizacyjne XX wieku, brunatny i czerwony, obydwa zdawałoby się na wskroś racjonalne, wszyscy wiemy. Rzadziej zauważamy, że proces racjonalizacji, który niewątpliwie zdominował nowożytną historię Zachodu, ba, stworzył Zachód z jego arcywydajnością, przestaje być racjonalny w momencie, gdy niszczy wspólnotę, poza którą nie przetrwamy jako wolni ludzie. Przykładem pierwszym z brzegu gorąco dyskutowana niedziela wolna od handlu. Nasi eksperci twierdzą, że obniży ona obroty sklepów, choć największej gospodarce Europy jakoś to nie przeszkadza. Że przysłuży się spójności wspólnoty, która zachowa jasno określony i wszystkim dostępny czas na refleksję, nie dostrzegają”, napisał prof. Piskorski.

Jak dla mnie to kluczowy – spoza religijnych – argument za ograniczaniem handlu w niedzielę. Umacnianie wspólnoty w społeczeństwie, które umawia się na to, że jeden dzień w tygodniu jest dla tej wspólnoty święty – tak tworzy się mentalność ludzi wolnych. Możliwe jednak, że dla niektórych problem będzie stanowić dalsza część wypowiedzi Piskorskiego: „Z perspektywy nowych demokracji wiele do myślenia daje fakt, że przejęły one amerykański handel niedzielny, ale już nie otwarte biblioteki. Odwrotnie niż w Szwajcarii, gdzie w niedzielę otwiera się próbnie biblioteki, podczas gdy sklepy pozostają zamknięte. Szwajcarzy dowodzą, że w dobrze zorganizowanym państwie handel niedzielny zwiększa tylko koszty, ale nie obroty”. Co do ostatniego zdania – pełna zgoda. Problem z dwoma wcześniejszymi polega na tym, że nikt nie odpowiedział całkowicie przekonująco, dlaczego właśnie biblioteki, ale też kawiarnie, kina i inne miejsca rozrywki mogą być w niedzielę otwarte, a tylko kasy sklepów zamknięte.

Kasjerki, kelnerki, bileterki…

Owszem, rozumiemy intencję prof. Piskorskiego – wybierając w niedzielę regały z książkami zamiast półek z wędlinami i warzywami, też dokonujemy jakiegoś wyboru cywilizacyjnego (a nawet religijnego – „Nie samym chlebem żyje człowiek…”). Tak samo z innymi sprawami – pójście do kina czy teatru, a nawet wypicie kawy w galerii zamiast stania w długich kolejkach do kasy z połową niepotrzebnych akurat w niedzielę rzeczy w koszyku – to też jest wybór cywilizacyjny, wybór określonej kultury i sposobu życia. Jest to przede wszystkim forma odpoczynku. Tyle tylko, że znowu odpoczynku kosztem obsługujących nas pracowników tych placówek. Odzywa się tutaj pytanie o sprawiedliwość: co z tego, że kasjerki w hipermarketach będą miały – zasłużenie i w pełni słusznie – czas dla rodziny, gdy w tym samym czasie tysiące kelnerek, kucharzy, bileterów w kasach kinowych i parkach rozrywki będzie miało tydzień w tydzień niedziele wyjęte z życia rodzinnego? Czy to na pewno to samo co oczywiste przypadki (i te wyjątki są w ustawie), kiedy jakiś punkt obsługi musi być otwarty, jak stacja benzynowa czy apteka? Pytam, nie znając dobrej odpowiedzi. Intuicja z jednej strony podpowiada, że praca w kinie, restauracji czy innym parku rozrywki to „już taka robota”, w którą wpisane jest obsługiwanie w niedzielę tych, którzy mogą sobie na odpoczynek pozwolić. Ale jednocześnie, choć od lat nie robię żadnych niedzielnych zakupów w galeriach handlowych czy supermarketach, to przecież nieraz właśnie w niedzielę z rodziną czy przyjaciółmi korzystam z innych miejsc, które też ktoś musi obsługiwać i tym samym zostawiać swoje rodziny. Czy omijając szerokim łukiem hipermarket, a jednocześnie kupując bilet do kina, nie naruszam jednak prawa do świętowania osób, które podobnie jak kasjerki w sklepach, spędzają tam wiele niedzielnych godzin? Czy docelowo, po pierwszym kroku, jakim jest ograniczenie handlu w niedzielę, nie powinniśmy przemyśleć również tej strony medalu?

Porzućcie wszystko

Jeszcze dalej w tych pytaniach poszedł autor listu, jaki otrzymałem parę miesięcy temu. Napisał go ksiądz pracujący w jednym z największych polskich sanktuariów. Zwrócił on uwagę, że jeśli już promujemy ograniczenie handlu w niedzielę, to warto być konsekwentnym do końca i posprzątać również na naszym kościelnym podwórku. Zaproponował, by w projekcie ustawy „jednym z ważnych elementów było dopracowanie wyjątku dotyczącego handlu dewocjonaliami. Dobrze, abyśmy sami byli czytelnym przykładem głębokiego rozumienia potrzeby świętowania niedzieli, bez zbędnych wyjątków”. Przypomnijmy, że w ustawie, która obowiązuje od 1 marca, takie punkty sprzedaży znajdują się na długiej liście wyjątków zwolnionych z zakazu niedzielnego handlu. Z jednej strony może i dobrze, że ustawodawca nie chciał tutaj niczego Kościołowi narzucać. Tym większa jednak odpowiedzialność ciążąca na katolikach, by przemyśleli sprawę i sami zaproponowali w przyszłości wyłączenie takich miejsc z listy tzw. wyjątków. Autor listu (nazwisko znane redakcji) argumentował, że „sprzedaż pamiątek, upominków i dewocjonaliów dotyczy przecież także osób mających rodziny. Jako wierzący mają takie samo prawo do świętowania niedzieli. Szczególnie całodzienna sprzedaż tych produktów nie jest tak konieczna jak innych produktów koniecznych dla społeczeństwa. Ileż jest przypadków, że osoby wierzące przez istniejącą konkurencję handlu w niedzielę pamiątkami, upominkami i dewocjonaliami właśnie w ten dzień pracują najdłużej, ponosząc szkody osobowe, rodzinne i religijne. Gdy nie ograniczy się tego handlu w niedzielę, to nadal w wielu miejscach niewielu ze względów ludzkich, rodzinnych oraz religijnych jest w stanie samych ograniczyć ten handel”.

„W dniu Pańskim porzućcie wszystko i spieszcie, nie zwlekając na swoje zgromadzenie, bo przez nie oddajecie chwałę Bogu” – tak w III wieku pouczały wiernych „Didaskalia Apostolskie”. Dla wierzących ostatecznie to jest podstawowy argument za niedzielą wolną od handlu. To także wybór cywilizacyjny. Może na Zachodzie niekoniecznie wątek religijny decyduje dziś o utrzymaniu ograniczeń w handlu. I nie tylko on musi decydować o tym w Polsce. Ale bez niego ten wybór cywilizacyjny będzie niepełny. Liderami są ci, którzy mają odwagę wyznaczać trendy. My mamy okazję nadgonić tych, którzy trend wolnej niedzieli wyznaczyli już dawno, a jednocześnie wyznaczyć trend nowy, w którym motywacja będzie o wiele głębsza. •

« 1 »
oceń artykuł
  • nick
    17.03.2018 09:26
    To ograniczenie wolności i wolnej woli, a nie skok cywilizacyjny.
  • gregg84
    08.04.2018 12:03
    Redaktor Dziedzina dokonuje tutaj cudów ekwilibrystyki, aby zracjonalizować to, co ma jedną podstawową przyczynę: dążenie do propagowania religii środkami państwa.
    Mój ulubiony fragment: niejaki Bujara motywuje zakaz handlu w niedzielę brakiem zdefiniowania magazynów, centrów logistycznych i dystrybucyjnych. Tak jakby wcześniej cokolwiek broniło pisowskim (i nie tylko) posłom zająć się tym tematem (poza własnym lenistwem i ignorancją), a zakaz handlu był tutaj jakimś warunkiem koniecznym. Niepojęte...

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji