Nowy numer 25/2018 Archiwum

Polska bez reduty

Polacy dużo mówią o poprawie wizerunku Polski. Niestety, mówią to głównie do Polaków.

Faszyści i inni skrajnie prawicowi ekstremiści zbiorą się w sobotę w Warszawie na marszu, który stał się jednym z największych w Europie – a może i poza nią – spotkaniem nabierających coraz większej śmiałości białych suprematystów – napisała Vanessa Gera, warszawska korespondentka agencji AP. Tekst ukazał się 10 listopada, czyli jeszcze przed Marszem Niepodległości, i został przedrukowany przez popularne anglojęzyczne portale. Mimo to na pierwsze reakcje polskiej strony trzeba było czekać kilka dni. Kryzys wizerunkowy związany z ostatnim Marszem Niepodległości pokazał słabość starań o poprawę PR-u naszego kraju.

Do przewidzenia

Skala medialnego ataku na nasz kraj mogła zaskoczyć. Jednak to, że do ataku dojdzie, nie było trudne do przewidzenia. Podobne sytuacje mają miejsce regularnie od kilku lat. „Uczestnicy zamieszek demolują polską stolicę” – pisał w 2013 r. Reuters. Światowe media donosiły o spaleniu budki przed rosyjską ambasadą i tęczy na pl. Zbawiciela oraz o ataku na squat. Widocznych na zdjęciach zamaskowanych bojówkarzy z Antify przedstawiano jako polskich nacjonalistów. W podobnym tonie opisywano kolejny Marsz Niepodległości. Agencja AP donosiła w 2014 r. o starciach policji z młodymi mężczyznami rzucającymi petardami i kostką brukową. O „burdach w imię Polski” pisał niemiecki „Sueddeutsche Zeitung”, a „Frankfurter Allgemeine Zeitung” oskarżał uczestników pochodu o antysemityzm i homofobię. „Polska nacjonalistyczna prawica zmienia Warszawę w pole bitwy” – podawało z kolei włoskie wydanie serwisu Euronews. W 2015 r. pochód przebiegł spokojnie, ale ton relacji nie zmienił się. „Marsze Niepodległości w Polsce były niegdyś kolorowe i zabawne. To się skończyło, częściowo z powodu narastającego w polityce ekstremizmu” – można było przeczytać w „Die Zeit” (autorem tekstu był Michał Kokot, dziennikarz „Gazety Wyborczej”). W ubiegłym roku podobnych relacji było mniej, ale nie powinno było to usypiać czujności polskich władz.

Obłaskawić nieprzyjaciół

Słabość komunikacji z zagranicznymi odbiorcami była bardzo widoczna podczas debaty o demokracji w Polsce. Belg Guy Verhofstadt, który mówił o „60 tys. faszystów, neonazistów, białych suprematystów na ulicach Warszawy”, przemawiał po angielsku, dzięki czemu jego słowa były zrozumiałe dla odbiorców z całego świata. Polscy eurodeputowani odpowiadali po polsku, mówili zatem do swoich. Na podobne kłopoty naszych władz zwrócił uwagę Jonny Daniels, szef izraelskiej fundacji From the Depths. „Wiem od kilku zagranicznych dziennikarzy, którzy prosili mnie o komentarz w tej sprawie, że próbowali dodzwonić się do kogoś z rządu, kogoś z władz PiS, kogokolwiek. I nikt nie odbierał telefonu. To zresztą odwieczny problem tego rządu: nikt nie chce rozmawiać z zachodnimi dziennikarzami” – zauważył w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”. Sytuacje, kiedy nasi politycy spotykają się nieoficjalnie z zagranicznymi żurnalistami, należą do rzadkości, choć zdarzają się (np. Andrzej Duda był widywany w towarzystwie pracownika wielkiej agencji prasowej odpowiadającego za Europę Wschodnią). Polskim ministrom trudno byłoby znaleźć wspólny język z ludźmi z lewicowo-liberalnych mediów, stanowiących na Zachodzie zdecydowaną większość. Wielu z tych dziennikarzy i tak ma interesy sprzeczne z naszymi (przypomnijmy, że właścicielem wydawanego w Wielkiej Brytanii dziennika „The Independent” jest Aleksander Liebiediew, były oficer KGB) i nie ma co liczyć na to, że spojrzą łaskawym okiem na konserwatystów znad Wisły. Jednak odcięcie się od kontaktów z zachodnią prasą oznacza, że Polska nie ma głosu.

Kibolski PR

W ostatnim czasie zdarzyło się kilka sytuacji, kiedy polski przekaz poszedł w świat. W jednym wypadku był to efekt działania rządu. Publiczne podniesienie kwestii reparacji wojennych ze strony Niemiec sprawiło, że zagraniczne media siłą rzeczy muszą przypominać o racjach, które przedstawia polska strona. Zasługą władz nie było już (chyba że pośrednio – jako skutek dobrych kontaktów z obecną amerykańską administracją) warszawskie przemówienie Donalda Trumpa. Dzięki prezydentowi USA świat usłyszał o Jerusalem Avenue (Alejach Jerozolimskich) i powstaniu warszawskim. Skutecznie przypomnieli o tym wydarzeniu także kibice Legii, którzy podczas meczu eliminacji Ligi Mistrzów wywiesili transparent z napisem: „W czasie powstania Warszawskiego Niemcy zabili 160 tys. osób. Tysiące z nich było dziećmi”. Podobnych opraw jest na polskich stadionach wiele, ale ta okazała się wyjątkowo nośna. O przygotowanym przez kilkudziesięciu anonimowych fanów piłki bannerze informowały media z Wielkiej Brytanii, Niemiec, Włoch czy Ameryki Południowej. Komentarze były na ogół przychylne, a nawet wtedy, kiedy było inaczej, przekaz o powstaniu szedł w świat. Wszystko to pokazuje, że polska narracja przynajmniej czasem może się przebić.

Dali przykład Gruzini

Komentowanym od dawna, ale niezrealizowanym do dziś marzeniem pozostaje nakręcenie filmu, który o polskiej historii opowiedziałby światu, a nie tylko samym Polakom. Dotychczas żadna z rodzimych produkcji historycznych nie zdobyła popularności za granicą. Teoretycznie największe szanse miała na to polsko-włoska „Bitwa pod Wiedniem”, opowiadająca historię zrozumiałą dla wielu Europejczyków. Jednak film okazał się całkowitą klapą. Powszechnie krytykowano w nim wszystko – od sposobu przedstawienia historii po poziom wykonania. Dobrych recenzji nie zdobyła też np. produkcja Jerzego Hoffmana „1920. Bitwa Warszawska”, która zresztą nie była pokazywana za granicą. Niskobudżetowe produkcje poświęcone żołnierzom wyklętym, choć ważne dla polskiej tożsamości, nie mogą liczyć na komercyjny sukces we Francji czy USA. Produkcja filmu o Dywizjonie 303 ugrzęzła.

Będąc w opozycji, politycy PiS zajmujący się kulturą sugerowali, że taki film powinien nakręcić znany na świecie, choćby drogi reżyser. Tą drogą poszli Gruzini, którym udało się namówić do współpracy Andy’ego Garcię, Vala Kilmera i reżysera „Szklanej pułapki 2” Renny’ego Harlina. Film „5 dni wojny” odniósł sukces, o czym świadczy osiągnięty przychód – ponad 300 mln dol. Jako potencjalnego autora produkcji o Polsce wskazywano Mela Gibsona. Autor filmu „Pasja” odniósł się do sprawy w kwietniu br. w wywiadzie dla tygodnika „Polityka”. Powiedział, że mógłby podjąć się zadania, tyle że nikt mu tego nie proponował.

Negocjacje z Gibsonem w końcu jednak podjęto. W lipcu potwierdził to Cezary Jurkiewicz, prezes Polskiej Fundacji Narodowej. W wywiadzie dla telewizji wpolsce.pl prezes PFN zdradził, że negocjacje są prowadzone także z Clintem Eastwoodem. Jeden z filmów, jakie mieliby wyreżyserować amerykańscy gwiazdorzy, dotyczyłby losów amerykańskich żołnierzy walczących w Europie w czasie I wojny światowej. Drugi opowiadałby o powstaniu warszawskim. Środki PFN – 100 mln zł i zapowiedziane przez fundatorów wpłaty w wysokości 50 mln zł rocznie – dają nadzieję na sukces. Nie wystarczą na samodzielne sfinansowanie hollywoodzkiego dzieła (budżet „Szeregowca Ryana” wyniósł ok. 70 mln dol., a „Dunkierki” Christophera Nolana – ok. 100 mln dol.), ale Cezary Jurkiewicz liczy na to, że znajdą się współpracownicy. Jeśli mu się uda, dokona ogromnego przełomu. Jeśli nie, najwyżej po raz kolejny irytować nas będą artykuły o „polskich obozach”. •

« 1 »
oceń artykuł

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji