Nowy numer 29/2021 Archiwum

Optymizm jako parodia wiary i maska rozpaczy

Zwątpienie w optymizm, w postęp, w utopię jest frontalnym atakiem na ducha nowożytności.

W jesiennych numerach GN pojawiło się kilka tekstów dość surowo oceniających pesymizm w kwestii diagnozy obecnej sytuacji Kościoła w świecie i w Polsce. Jedyną z nimi polemikę podjął nieśmiało Naczelny w felietonie „Zbyt lekki ton”. Chcę do tej debaty wprowadzić ton cięższy, głos śmielszy – Benedykta XVI.

W 1986 roku, jeszcze jako kardynał, głosił on rekolekcje dla kapłanów ruchu Komunia i Wyzwolenie. Konferencję o nadziei zaczął tak: ktoś kiedyś w mojej obecności opisywał Holandię lat siedemdziesiątych XX wieku, „puste seminaria duchowne, zakony bez powołań, księża i zakonnicy, którzy masowo odwracają się od swego powołania, zanikanie spowiedzi, dramatyczny spadek liczby uczestniczących w nabożeństwach i tak dalej. Naturalnie zostały też przedstawione przykłady tego, co nowe, które oczywiście nic nie mogły zmienić przy tych oznakach upadku, lecz w zasadzie je tylko potwierdzały. Właściwą niespodzianką tego sprawozdania była jednak ocena, do jakiej ono prowadziło: mimo wszystko wspaniały Kościół, bo nigdzie nie ma pesymizmu, wszyscy patrzą z optymizmem w przyszłość. Zjawisko powszechnego optymizmu pozwoliło zapomnieć o wszelkiej dekadencji i spustoszeniu; wystarczyło, aby zrekompensować wszystko to, co negatywne”.

Ratzinger pyta: „Co myśleć o gloryfikacji optymizmu całkowicie przeciwstawnego rzeczywistości?”. I odpowiada: „Optymizm mógł być prawdopodobnie jedynie przykrywką, za którą stało zwątpienie, które w ten sposób próbowano tuszować. Mogło jednak chodzić również o coś gorszego: prawdopodobnie ten optymizm był metodą lansowaną przez tych, którzy życzyli sobie zniszczenia starego Kościoła i bez wielkiej sensacji chcieli pod przykrywką reformy stworzyć Kościół całkiem inny, Kościół według ich gustu, którego jednak nie mogli urzeczywistniać, aby ich zamiary nie zostały za wcześnie odkryte. Wtedy oficjalny optymizm byłby czymś w rodzaju środka uspokajającego dla wiernych, aby stworzyć klimat, w którym można by możliwie spokojnie »zdemontować« Kościół i przejąć nad nim władzę. W ten sposób zjawisko optymizmu byłoby dwoiste: z jednej strony, zakładałoby błogość zaufania, ba, ślepotę wierzących, którzy dali się uspokoić przez dobre słowa; z drugiej strony – polegałoby na świadomej strategii dążącej do przebudowy Kościoła, w której nie przeszkadza nam i nie niepokoi sumienia żadna inna, wyższa wola – Boża wola – lecz ostatnie słowo ma nasza własna wola. (...) Ten optymizm dumy apostazji posługiwałby się także naiwnym optymizmem, zbliżałby się do niego, jak gdyby ten optymizm nie był niczym innym niż pewnością nadziei chrześcijan, boską cnotą ufności, podczas gdy jest on w rzeczywistości parodią wiary i nadziei”. Ale zarazem ten „optymizm mógł być również po prostu wariantem liberalnej wiary w nieustanny postęp – mieszczańską namiastką utraconej nadziei wiary” i „teologiczną cnotą nowego boga i nowej religii, (...) »pesymizm« w nowej religii jest grzechem wszystkich grzechów, ponieważ zwątpienie w optymizm, w postęp, w utopię jest frontalnym atakiem na ducha nowożytności, zaprzeczeniem fundamentalnego credo, na którym opiera sie jego bezpieczeństwo, które jest ciągle zagrożone w obliczu słabości pozornego boga historii”.

I dalej o „grzechu pesymizmu”: mój „Raport o stanie wiary” (wywiad rzeka z Messorim z 1985 r.) został oskarżony o pesymizm, „w niektórych miejscach próbowano nawet wstrzymać sprzedaż, ponieważ nie mogła być tolerowana herezja tego rzędu wielkości; przedstawiciele środowisk opiniotwórczych umieścili książkę w indeksie ksiąg zakazanych: nowa inkwizycja dała odczuć swoją siłę, okazało się, że nie ma żadnego cięższego grzechu przeciw duchowi epoki niż dać sobie wmówić brak optymizmu. Pytanie nie brzmiało wcale, czy to, co powiedziane, jest prawdziwe czy fałszywe, czy diagnozy są słuszne, czy nie. Nie zauważyłem, by poświęcono czas na szukanie odpowiedzi na tak staromodne pytania. Kryterium było całkiem proste: czy jest to optymistyczne, czy nie, a według tego kryterium – książka całkowicie zawiodła. (...)

Dlaczego to wszystko mówię? Myślę, że prawdziwą istotę chrześcijańskiej nadziei można zrozumieć i żyć nią od nowa tylko wtedy, gdy się dobrze przyjrzymy, czym są jej imitacje (...). Wielkość i rozsądek chrześcijańskiej nadziei uwidaczniają sie dopiero wtedy, gdy uwolnimy się od blasku tombaku jej świeckich imitacji”. I dopowiada: optymizm wynikający z temperamentu i psychicznej dyspozycji „jest piękny i pożyteczny w udrękach życia”, ale jest on moralnie neutralny i nie należy go mylić z „optymizmem ideologicznym” ani „postawić na równi z chrześcijańską nadzieją”.

Bo „optymizm ideologiczny jest w rzeczywistości jedynie fasadą świata bez nadziei, który chce sie ukryć pod tym zwodniczym pozorem przed swoim własnym zwątpieniem. (...) rozpacz może jednak założyć maskę optymizmu – przecież ideologiczny optymizm (...) jest w istocie zawsze maską rozpaczy”.

A mówił to wszystko w Collevalenza, w sanktuarium Miłości Miłosiernej i Matki Nadziei.

Mój komentarz? Środek tarczy.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama