GN 14/2020 Archiwum

Pijemy więcej niż w latach 80.

O tym, dlaczego pijaństwo niszczy w nas obraz Boga, abstynencji gen. Hallera i żydowskiej tajemnicy picia mówi prof. Krzysztof Wojcieszek.

Jakub Jałowiczor: Mam 25 lat. Lubię poimprezować i jeśli piję, to konkretnie, ale na pewno nie jestem uzależniony. Mam się czego obawiać?

Krzysztof Wojcieszek:Tak. Nie znam osoby uzależnionej, która tak szybko zorientowałaby się, że ma problem. Czasami dziesiątki lat trwa dojrzewanie do tej świadomości. Niektórzy schodzą z tego świata bez niej. Psychologiczny system iluzji i zaprzeczeń sprawia, że osoba ewidentnie uzależniona i identyfikowana przez otoczenie jako alkoholik nie ma świadomości choroby.

A jeśli naprawdę nie jest uzależniona?

Picie „konkretne”, o którym pan mówi, to, jak rozumiem, uzyskanie wysokiego stężenia alkoholu we krwi. W takiej sytuacji ludzie budzą się np. na policyjnej izbie zatrzymań i okazuje się, że po pijanemu zrobili komuś krzywdę. Znam przypadek ze Śląska. Była impreza, w pewnym momencie dwie panie pokłóciły się i jedna woła: wyrzućcie ją, bo nie mogę na nią patrzeć. Dwaj koledzy wzięli kobietę pod pachy i wyrzucili z dziewiątego piętra. Ręczę za to, że nie szli na imprezę po to, żeby w tak okrutny sposób zabić koleżankę. Zapominamy też, że alkohol bardzo łatwo może zatruć. Przedawkowanie narkotyków zabija w Polsce ok. 300 osób rocznie. Przedawkowanie alkoholu – ponad 1000.

Co to znaczy wysokie stężenie?

Eksperci mówią, że jeśli mężczyzna wypija więcej niż 60 g alkoholu przy jednej okazji, to go nadużywa.

Picie alkoholu to grzech?

Świecki etyk powie: jeśli się upiłeś, to naruszyłeś granice godności człowieka. Teolog moralny doda: ciężko obraziłeś Pana Boga, ponieważ zniszczyłeś Jego obraz w sobie. Nie masz w sobie nic szlachetniejszego niż rozum i wola. Odciąłeś ich działanie na jakiś czas. Dopuściłeś, że na chwilę staniesz się bydlęciem. Jak każdy grzech, także upicie się osłabia relację z Bogiem, niszczy ją, nawet jeśli tylko na moment. Ludzie, którzy dużo piją, często tracą wiarę. Młodzian, którego pan opisał, też będzie miał trudności w kochaniu innych ludzi.

Za cara czy w czasach Peerelu Polacy sami siebie uważali za pijących. Czy po 1989 r. sytuacja się zmieniła?

Tak naprawdę są dwie Polski. Jedna zmierza do trzeźwości, jest tam wielu abstynentów i to jest zdecydowana większość Polaków. Druga to aktywna wpływowa mniejszość, czasem angażująca elity. Kiedy Polska odzyskała niepodległość, jedna z posłanek zaproponowała prohibicję. Zabrakło tylko jednego głosu, żeby ustawa przeszła. Przez cały XIX w. trwała praca, żeby nie dać się wciągnąć w pijaństwo. Panowało przekonanie, że trzeźwość to wewnętrzna wolność i skoro walczymy o tę zewnętrzną, to nie możemy być bydlętami wewnątrz. Generał Stanisław Haller był bardzo aktywnym abstynentem. Działał Związek Elsów pracujący nad wychowaniem młodzieży, było stowarzyszenie księży abstynentów, ukryte zakonnice prowadziły 100 gospód bez alkoholu.

A kiedy pojawiła się ta pijąca Polska?

Pierwsze tąpnięcie to czas, kiedy byliśmy bardzo bogaci. W złotym wieku XVI było nas stać na to, żeby struga wina i piwa lała się przez Polskę. Jednak jeszcze u Kochanowskiego można znaleźć fraszki i przeciwalkoholowe, i proalkoholowe. W wieku XVII, kiedy przyszły straszne wojny, gospodarka zdążyła przestawić się na produkcję zboża, ale jego sprzedaż zaczęła spadać. Nasi przodkowie zdecydowali się robić reeksport, czyli to, czego nie udało się sprzedać do Holandii i Anglii, zbywano w kraju. 50 proc. zboża zaczęło wracać na rynek wewnętrzny. Jak sprzedać chłopu zboże, które sam wyprodukował? Przetworzyć je na okowitę. Pojawiło się zamiłowanie Polaków do wódki. Później przyszły czasy króla Sasa. Jędrzej Kitowicz pisze, że kiedy przy stole siedziało 70 szlachciurów, to wznoszono indywidualne toasty za każdego.

A w czasach zaborów?

Zaborcy surowo zakazywali organizowania bractw trzeźwości, ale Polska zaczęła się budzić. Prof. Aleksander Kamiński (autor „Kamieni na szaniec”) zbadał, że większość organizacji młodzieżowych była wtedy abstynencka. Kiedy powstało harcerstwo, jedynie w trzech krajach w jego formułę wpisano abstynencję. Polska była pierwsza. Ale przyszedł XX w. i zetknęliśmy się z trzema totalitaryzmami. Alkohol stał się walutą i „znieczulaczem”. Spożycie podskoczyło po wojnie do 6 litrów spirytusu rocznie, a przed wojną piliśmy nieco ponad 3 litry. Potem komunizm i hasło: „Tam ojczyzna nasza, gdzie wódka i kiełbasa”. W warunkach zniewolenia pije pan i niewolnik, choć z różnych powodów. Zdarzali się tacy komuniści jak gen. Jaruzelski, zapalony abstynent, ale generalnie sytuacja sprzyjała pogrążaniu się w pijackiej rozpaczy. Po odzyskaniu suwerenności uwierzyliśmy w wolny rynek, ale alkohol nie jest artykułem jak wszystkie inne. Powinien być poddawany kontroli. A myśmy się bardzo rozpędzili i pijemy wyraźnie więcej nawet niż w latach 80. To „zasługa” ogromnej ekspansji przemysłu, wzrostu liczby punktów sprzedaży, złamania zakazu reklamy, który istniał za Peerelu.

Kto w Polsce się upija? Młodzież na imprezach? Starsi, pijący z przyzwyczajenia?

W dalszym ciągu większość nadużywających to mężczyźni (czego absolutnie nie rozumiem, bo alkohol jest jedną z głównych przyczyn impotencji). Kobiety, niestety, gonią mężczyzn, choć jeszcze im się to nie udało. Apogeum picia przypada na 3., 4. dekadę życia. Statystycznie zatem upija się mężczyzna, młody lub w średnim wieku, zarabiający, nierzadko członek elit społecznych. Wydaje się nam, że piją niziny społeczne. Niestety nie, nadużywanie narkotyczne to bardzo często domena elit. A przykład idzie w dół.

Alkohol niszczy rodzinę, czy to raczej zniszczenie rodziny powoduje, że ludzie sięgają po alkohol?

Jedno i drugie. W sytuacji kryzysu relacji rośnie tendencja do używania substancji psychoaktywnych. Kiedy ktoś w takiej sytuacji szuka ulgi w narkotykach, alkoholu, jego zdolności kochania maleją. Szuka ratunku dla miłości, ale ją niszczy i wpada w spiralę rozpaczy. Kryzys miłości – do Boga, do ludzi – jest przesłanką do używania narkotyków, zwłaszcza alkoholu, a jednocześnie to używanie staje się przyczyną kolejnego kryzysu miłości do Boga i do ludzi. To dodatnie sprzężenie zwrotne. Trzeźwiejący alkoholicy mówią: byłem w piekle. Jeśli piekło to absolutna samotność, bez relacji z Bogiem i ludźmi w perspektywie wieczności, to można tego doświadczyć już tu, na ziemi. Nagle ktoś odkrywa, że kompani od kielicha to pseudowspólnota i że jest zupełnie sam. Mateusz Talbot, Irlandczyk będący kandydatem na ołtarze, jako młody chłopak bardzo szybko się uzależnił. Kiedy szedł do dublińskiego portu, gdzie pracował, sądził, że koledzy, z którymi pił, mu postawią. Oni jednak śmiali się z niego i szli dalej. Zrozumiał, że kompani od kielicha nie są jego przyjaciółmi, położył się na chodniku, rozmyślając o śmierci. Niektórzy w jego stanie popełniają samobójstwo. W Polsce to jeden z podstawowych powodów targnięcia się na własne życie. Mateusz Talbot złożył ślubowanie trzeźwości. Wytrzymał... Jego historia pokazuje, w jakim punkcie człowiek może się znaleźć. To jest piekło za życia.

Czy nie budujemy zbyt czarnego obrazu? W końcu Jezus zamienił wodę w wino, w Eucharystii używamy wina. Alkohol jest dla ludzi...

Dla ludzi umiejących się nim posługiwać, zdrowych, dorosłych, w odpowiednich okolicznościach. Czyli nie dla wszystkich i nie zawsze. Ale oczywiście alkohol jest darem Bożym, a w Biblii jest napisane, że wszystkie stworzenia są dobre. Tylko że my jesteśmy w stanie sponiewierać alkohol. To materia sakramentu Eucharystii, można więc zadać sobie pytanie, czy czasem złu nie zależy na tym, żeby tę materię sponiewierać. Jezus dokonał cudu wśród Żydów. Istnieje coś takiego jak żydowska tajemnica picia – pić tak, żeby odnosić jak najmniej negatywnych skutków. Narody, które historycznie najwcześniej stykały się z alkoholem, mają swoje reguły. We Włoszech na stole ma pan butelkę wody i butelkę wina. Sam pan miesza. I we Włoszech jest 10 razy mniej alkoholików niż w Polsce, choć Włosi spożywają około połowy tego co my. W Kanie Galilejskiej kontekst społeczny pozwalał założyć, że nie dojdzie do używania w sposób grzeszny. Granica jest wyraźna: jeśli się upiję, popełniam grzech ciężki, jeśli nie przekraczam miary, wszystko jest w porządku. Ks. Franciszek Blachnicki uważał, że pijaństwo jest ukrytą formą satanizmu, bo złu zależy na tym, żeby z daru Bożego zrobić ludzkie przekleństwo. Myślę, że miał rację. To jest robota diabelska, żeby z tego, co może być dobrem, uczynić źródło ogromnego ludzkiego nieszczęścia. Sam od ponad 40 lat jestem dobrowolnym abstynentem. Jeśli stykam się z alkoholem, to w momencie kiedy Komunia jest udzielana pod dwiema postaciami. Zawsze myślałem, że moja decyzja to solidarność z tymi, którzy wychodzą z problemów. Dziś widzę, że ma ona też znaczenie religijne. To element walki duchowej o człowieka i o prawa Boskie. Konieczna jest zatem cnota trzeźwości, czyli abstynencja lub umiar, czasami dość wymagająca, ale piękna. I daje moc. Nie tylko jednostkom. Narodom też.•

Prof. Krzysztof Wojcieszek

profesor PEDAGOGIUM Wyższej Szkoły Nauk Społecznych, doktor habilitowany pedagogiki, doktor filozofii, magister biologii molekularnej, specjalista w zakresie walki z uzależnieniami i profilaktyki patologii społecznych; członek rad doradczych przy Rzeczniku Praw Dziecka i przy Ogólnopolskiej Federacji Stowarzyszeń Abstynenckich.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Polecamy

  • TomaszL
    26.10.2017 08:24
    Alkohol sam z siebie jest neutralny i jest obecny "od zawsze". Warto też pamiętać, ze wiele dobrych trunków to dzieło mnichów.

    Problem leży jak zwykle po stronie człowieka, czyli jaki zrobi użytek z alkoholu. A tutaj podstawą jest jedna z cnót - umiarkowanie.

    I teraz warto postawić pytanie, kto dziś mówi o cnotach kardynalnych? Czy w ich duchu dziś wychowuje się młodych ludzi, czy dziś na kazaniach słyszymy o roztropności, męstwie, a może sprawiedliwości? Tak jak o tym naucza nas od wieków Kościół?
    doceń 3
  • R
    26.10.2017 08:34
    Miałem przyjemność uczestniczyć w terapii dla alkoholików przez 2 lata (choć ja akurat byłem uzależniony od czegoś innego). To jest głęboki problem, wielu ludzi miało złe dzieciństwo, ojciec ich był okrutny. Potem były imprezy w szkole i popisywanie się kto więcej wypije, potem zdrady rozwalona rodzina. Terapeuta leczył nawet 1 księdza. Ponad połowa ludzi chodzących na grupę wyzdrowiała. Reszta sama się wypisała. Najtrudniejsze jest.. przyznać się że ma się problem z którym się samemu nie poradzi. Faceci mają ogromne ego i się nie przyznawają do błędów. Tak samo jak jedziemy autem i nie spytamy o drogę hehe. Mamy XXI wiek i wszystko można wyleczyć trzeba tylko mocno chcieć. Smutne jest to, że z uzależnień leczy się dopiero wtedy gdy.. dotknie się dna. pozdrawiam wszystkich
    doceń 2
  • mi
    27.10.2017 12:51
    świetny wywiad
    doceń 0
  • JAWA25
    06.11.2017 12:16
    "pijemy" znów kolektywna odpowiedzialność, a czasy PRLu przecież minęły
    doceń 2

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama