Nowy numer 2/2021 Archiwum

Co wolno sułtanowi

Dlaczego rodzina uwięzionego przywódcy Kurdów głosowała za zwiększeniem władzy prezydenta Turcji? Czego jeszcze nie wiemy o odradzającym się tureckim imperium i czego w nim nie rozumiemy?

Kiedy świat chrześcijański obchodził święta paschalne, w Turcji odbywało się głosowanie nad zmianą konstytucji dotyczącą uprawnień prezydenta. Wynik (choć jeszcze nieoficjalny) budził kontrowersje: nie dość, że przewaga zwolenników poszerzenia władzy głowy państwa była niewielka, to jeszcze doszły zarzuty opozycji o doliczenie również ponad 2 mln nieostemplowanych kart do głosowania. I świat zachodni znowu ma powody do „zmartwień i oburzenia”. Jakby ciągle nie rozumiał, czy nie chciał zrozumieć, że nie mówimy o kraju demokratycznym w zachodnim sensie. Nie tylko dlatego, że rządzą nim teraz islamiści dążący do reaktywacji imperium osmańskiego. Zachodni „zmartwieni i oburzeni” nie przyjmują do wiadomości, że również poprzedni model władzy, oparty na laickiej filozofii kemalizmu Atatürka z początku XX wieku, w kolejnych dekadach broniony przez armię, z demokracją nie miał wiele wspólnego. Dziś słychać, że prezydent Turcji po referendum będzie miał władzę większą niż sułtani osmańscy. To niezupełnie zgodne z prawdą: sułtan był jednak władcą absolutnym, więc na niedosyt władzy narzekać nie mógł. Prawdą za to jest, że Erdoğan pod tym względem zbliżył się mocno do ideału. I nie jest to ideał, na który świat chrześcijański i zachodni (dla Turków to synonimy), znając historię, może patrzeć z całkowitym spokojem.

Silniejszy od Trumpa?

Gdy po referendum do Recepa Erdoğana zadzwonił z gratulacjami Donald Trump, niektórzy uszczypliwie komentowali, że to z podziwu połączonego z zazdrością. Faktycznie, nawet prezydent jedynego supermocarstwa nie ma w swoim kraju takiej władzy, jaką teraz będzie miał prezydent Turcji. W USA z Białego Domu można wprawdzie pewne rzeczy regulować dekretami prezydenckimi, ale wystarczy zakwestionowanie ich przez odpowiedni sąd i tracą moc, czego przykładem był pierwszy dekret Trumpa w sprawie zakazu wjazdu do USA imigrantów z krajów muzułmańskich. Podobnie z próbami przeforsowania bardziej kompleksowych reform. Nawet w sprawach dotyczących użycia armii w innych krajach prezydent USA nie ma pełnej swobody. Może wprawdzie dokonać jednorazowego, pokazowego ataku na cele syryjskie, jak zrobił to niedawno, ale już wysłanie armii amerykańskiej na regularną wojnę wymaga zgody Kongresu. Tych wszystkich ograniczeń, jakie ma i tak silny model prezydencki w USA, nie będzie miał prezydent Turcji. Dlatego po referendum bardziej adekwatne jest mówienie o ustroju sułtańskim, a nie prezydenckim. Zmiany w konstytucji, które przeforsowała ekipa Erdoğana, rzeczywiście naruszają względną równowagę, jaką daje trójpodział władz: prezydent będzie odtąd skupiał w sobie władzę ustawodawczą i wykonawczą, nawet jeśli parlament nadal będzie istniał. W sytuacji gdy parlament przegłosuje odrzucenie ustawy zaproponowanej przez prezydenta, to nie będzie mógł odrzucić jego dekretu. A i do odrzucenia zwykłego projektu legislacyjnego będzie potrzebna tak duża większość, że w praktyce może to okazać się niemożliwe. Ponadto prezydent w każdej chwili będzie mógł rozwiązać próbujący stroić fochy parlament. I, co dla Erdoğana teraz ważne, zamiast maksymalnie dwóch kadencji, może przedłużyć sobie rządy na trzecią 5-letnią kadencję (na razie sprawuje pierwszą, do 2019 r.), jeśli rozwiąże parlament miesiąc przed upływem swojej drugiej kadencji. W ten sposób nowy sułtan może pozostać na czele państwa jeszcze przez najbliższe 12 lat (w tym czasie będzie można znowu zmienić konstytucję, więc to wersja minimum).

Prezydent będzie też de facto reprezentował władzę sądowniczą, bo Najwyższa Rada Sędziów i Prokuratorów stanie się ciałem złożonym z ludzi wyznaczonych wyłącznie przez prezydenta i parlament (ale ten drugi bez zgody prezydenta nikogo nie przeforsuje), a nie, jak dotychczas, przez środowiska sędziowskie i prokuratorskie. Oczywiście to nie jest tak, że wcześniej te środowiska były całkowicie niezależne – wprawdzie stanowiły opozycję wobec dyktatorskich zapędów Erdoğana, ale pełno było w ich szeregach ludzi wspierających inne nurty polityczne, w tym kemalistów i generałów, którzy nigdy prawdziwej demokracji w Turcji nie wprowadzili. Sam Erdoğan też już pokazał, w jaki sposób jest gotowy korzystać ze swoich niemal nieograniczonych kompetencji. Nie ulega wątpliwości, że prowadzone dotąd czystki, dławienie opozycji, wolnych mediów zyskają dodatkowe paliwo prawnie uregulowane. Także pełzająca dotąd islamizacja kraju teraz będzie mogła postępować już w pełni legalnie. I nie ma się co oszukiwać: to też jest reakcja na całe dekady skrajnie odmiennej ideologii, która wszelkie przejawy obecności religii w życiu publicznym dławiła w zarodku. Tłumaczenie, że w ten sposób islamscy radykałowie nie mieli nic do powiedzenia, jest słabe, bo ofiarami tej ideologii padli nie tylko zwykli, żyjący w zgodzie z własnym sumieniem muzułmanie, ale i chrześcijanie, czego najbardziej krwawym owocem była rzeź Ormian i Asyryjczyków. Rzeź, której zachwycony „republikańską i demokratyczną” Turcją kemalistów Zachód wolał za bardzo nie przypominać. Ot. „wypadek przy pracy” w słusznej sprawie.

Oszukani przez Zachód?

Warto o tym przypominać, zwłaszcza teraz, kiedy ten sam Zachód (ale też wielu Turków) „martwi się” upadkiem demokracji w Turcji. Pytanie: jakiej demokracji? Wbrew pozorom Erdoğan jest bardzo podobny do Atatürka, który miał podobne podejście do demokracji, a Turcy, którzy teraz przeciwstawiają ich sobie, słabo znają życiorys swojego Ojca [Atatürk znaczy: Ojciec Turków]. Owszem, tamten był zaciekle laicki, a ten jakby na odwrót, ale chęć przekształcania społeczeństwa nawet wbrew niemu jest zdumiewająco bliźniacza.

Być może nam na Zachodzie trudno to przyznać, ale w pewnym sensie Erdoğan i popularność jego partii, a tym samym systemu rządów (nawet przy fałszowaniu głosowania, jeśli miało miejsce), to trochę produkt uboczny zwodzenia Turcji przez Unię Europejską. Przez ponad pół wieku Europa wymagała od Turcji reform, które pozwoliłyby jej na członkostwo w UE, ale nigdy nie dała jednoznacznej odpowiedzi, czy taka integracja będzie możliwa. Tymczasem od początku sprawa powinna być postawiona jasno: Turcja nie jest częścią Europy, ani geograficznie (3 proc. terytorium europejskiego to za mało), ani kulturowo i politycznie. Widocznie zachwycone turecką wersją radykalizmu laickiego lewicowe elity zachodnie uznały, że jest im po drodze z rządami, które podzielają ich pogląd na rolę religii w społeczeństwie. Gdy do władzy doszli islamiści Erdoğana, mamienie Turcji nadzieją członkostwa tylko na chwilę osłabło. Z czasem jednak to Turcja zaczęła dyktować warunki, zwłaszcza w polityce dotyczącej imigracji. I dzisiaj tureckie elity nie myślą już o akcesji do rozpadającej się UE, chyba że na swoich warunkach. Turcja z pewnością nie widzi się już w Unii w roli petenta. I trochę rozumiem jej zdenerwowanie, bo mamiona była perspektywą członkostwa, dopóki potrzebowano jej do kontrowania wpływów sowieckich. Wtedy Europie nie przeszkadzali tak bardzo zabici Ormianie czy dławieni Kurdowie. A swoją drogą to paradoks, że nikt w Turcji nie był tak blisko porozumienia z Armenią jak właśnie Erdoğan. On też w dużej mierze spacyfikował bezkrwawo Kurdów – dobrobytem i pan­islamskim przeniesieniem akcentu z kwestii narodowych. Wprawdzie większość prowincji kurdyjskich głosowała teraz przeciw zwiększeniu władzy prezydenta, ale kilka – w tym rodzinna uwięzionego przywódcy Partii Pracujących Kurdystanu – za Erdoğanem.

Groźba dla Europy?

Europę Turcja musi interesować i niepokoić z wielu powodów. To ciągle jeden z najważniejszych członków NATO. Z jednej strony strategiczny i sprawdzony sojusznik, a z drugiej dwuznaczny, jeśli chodzi o relacje z Rosją (sojusz z Putinem jest coraz wyraźniejszy, a jednocześnie Turcja jest radykalnym przeciwnikiem prezydenta Syrii, którego Moskwa wspiera). Po drugie, Turcja jest jednym z kluczy w polityce imigracyjnej w sytuacji przeciągającej się wojny. Po trzecie wreszcie, ambicje tureckich elit rządzących, w tym samego Erdoğana, nie ograniczają się tylko do swojego kraju. Od lat Turcja konkuruje z Iranem i Arabią Saudyjską o miano regionalnego mocarstwa. Wiele wskazuje na to, że wygrywa ten wyścig. Ale i na tym nie koniec. Coraz śmielsze zapowiedzi Erdoğana, że Europa (określana przez niego per „krzyżowcy”) pożałuje swoich działań, niedotrzymanych obietnic, muszą budzić obawy, czy Europa jest bezpieczna z takim sułtańskim sąsiadem. Zresztą obserwujących rozwój kariery islamistów Erdoğana ich otwarty antyeuropeizm nie może dziwić. Wiele wypowiedzi ideologów tego środowiska nie pozostawiało nigdy złudzeń, że ich ambicje sięgają dalej niż hegemonia na Bliskim Wschodzie. Przy niemal nieograniczonej władzy prawie-sułtana i słabnącej Europie to perspektywa, która nie budzi dobrych skojarzeń.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także