GN 19/2022 Archiwum

Ostatni z „Piasta”

W grudniu 1981 roku najdłużej opór stawiali górnicy z kopalni „Piast”. Pod ziemią wytrwali 14 dni, domagając się uwolnienia internowanych kolegów oraz odwołania stanu wojennego. Kościół na Śląsku starał się, aby ich protest nie został spacyfikowany siłą.

Górny Śląsk był miejscem, gdzie opór przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego oraz delegalizacji „Solidarności” był największy. Tutaj było najwięcej aresztowanych oraz internowanych, w kopalniach „Manifest Lipcowy” oraz „Wujek” specjalne jednostki ZOMO otworzyły ogień do strajkujących górników. Na „Wujku” zginęło dziewięciu górników, a na obu kopalniach kilkunastu z nich odniosło rany. Strajkowano pod ziemią także w kopalniach „Andaluzja” w Piekarach Śląskich oraz „Anna” w Pszowie. Najwięcej górników strajkowało pod ziemią w kopalni „Ziemowit” w Lędzinach oraz „Piast” w Bieruniu Nowym. W obu były bardzo liczne i cieszące się dużym autorytetem wśród załogi organizacje związkowe. Chociaż wcześniej relacje z dyrekcjami układały się w tych kopalniach nie najgorzej, wstrząsem dla wszystkich była informacja, że pierwszego dnia stanu wojennego aresztowano działaczy Komisji Zakładowych. Interwencja delegacji górniczej, która pojechała na rozmowy do komitetu partii w Tychach, nie przyniosła rezultatu. Do strajku w obronie kolegów wezwał elektryk z Przedsiębiorstwa Robót Górniczych Stanisław Trybuś. Kiedy górnicy po pierwszej zmianie gromadzili się na podszybiu, wezwał do protestu w obronie aresztowanych kolegów. Do apelu przyłączało się coraz więcej osób, także górnicy z drugiej zmiany. Kiedy dyrekcja zorientowała się, że na dole rozpoczyna się strajk, wstrzymała zjazd na poziom 650 m. Jednak górnicy pracujący na poziomie 500 dotarli tam drabinami. 15 grudnia pod ziemią protestowało już blisko 2 tys. górników z „Piasta”, których wsparli koledzy z sąsiedniej kopalni „Ziemowit”. Domagano się zniesienia stanu wojennego i uwolnienia zatrzymanych działaczy „Solidarności”. Udział w strajku był dobrowolny. Zostający na powierzchni organizowali wsparcie dla tych, którzy byli na dole. Żywność dla nich zbierały także rodziny. 18 grudnia pod kopalnie podjechały trzy wojskowe pojazdy opancerzone, tzw. skoty, co wywołało panikę wśród rodzin, obawiających się, że oznacza to początek przygotowań do siłowego złamania strajku, jak na „Wujku”. Okazało się jednak, że zabrano tylko materiały wybuchowe z poziomu 500 i pojazdy odjechały. Rozmowy prowadzone ze strajkującymi przez dyrekcję nie przynosiły rezultatów. Chociaż w innych miejscach kraju strajki zostały siłą złamane, górniczy opór trwał dalej.

Apel bp. Bednorza

Stan wojenny był także zaskoczeniem dla Kościoła na Górnym Śląsku. 13 grudnia przed godz. 6 rano do ordynariatu w Katowicach przyszedł gen. Roman Paszkowski, który przedstawił się jako komisarz wojenny i pokrótce zapoznał bp. Herberta Bednorza z realiami stanu wojennego. Rano biskup pojechał na katowickie dolne os. Tysiąclecia, gdzie odbywała się konsekracja nowego kościoła pw. Matki Bożej Uzdrowienia Chorych. W uroczystości wzięły udział tysiące ludzi. Biskup był poruszony jej przebiegiem. Wspominał, że wielu z nich, śpiewając „Boże, coś Polskę”, płakało. Na zakończenie spontanicznie odśpiewano hymn narodowy. Od pierwszych chwil stanu wojennego do kurii w Katowicach przychodziły rodziny internowanych z prośbą o pomoc. Wielu opowiadało o pobiciach i znęcaniu się nad działaczami związkowymi. Poruszony tymi doniesieniami, bp Bednorz już 16 grudnia wystosował dramatyczny list do gen. Paszkowskiego. Znalazło się w nim m.in. zdanie: „Apeluję do Pana, jako wojskowego, o ukrócenie brutalnych, niehumanitarnych, wręcz nieludzkich metod postępowania niewojskowych służb porządku publicznego w regionie katowickim”. Przedstawiciel biskupa, ks. prał. Benedykt Woźnica, próbował przekonać władze do przerwania blokady kopalni „Wujek”. Od jednego z funkcjonariuszy SB usłyszał wtedy złowrogie słowa: „Chcecie krwi, to będziecie ją mieli, ale nie jedną kroplę”.

Kiedy wieczorem 16 grudnia przyszła wiadomość o pacyfikacji „Wujka”, sprawą najważniejszą dla biskupa katowickiego było zapobieżenie dalszemu rozlewowi krwi. 17 grudnia spotkał się w Urzędzie Wojewódzkim z gen. Paszkowskim, który został wojewodą katowickim. Generał starał się przekonać biskupa, że przywódcy strajku na „Piaście” terroryzują załogę, zmuszając do strajku także tych, którzy chcieli iść do domu. Biskup odrzucił tę wersję. – Górnicy są bardzo solidarni i wrażliwi na krzywdę i niesprawiedliwość, a strajkują dlatego, że aresztowani zostali ich koledzy – powiedział i dodał, że najlepszym sposobem na uspokojenie sytuacji jest zwolnienie zatrzymanych działaczy „Solidarności”. Biskup Bednorz stanął także w obronie ks. Henryka Bolczyka, którego generał próbował obarczyć winą za dramat na „Wujku”, twierdząc, że ks. Bolczyk jakoby zaprzysiągł górników, aby walczyli „do krwi ostatniej”. – Ten donos jest fałszywy – odpowiedział biskup. – Ks. Bolczyk robił wszystko, aby uspokoić sytuację na kopalni.

Po tej rozmowie biskup był przekonany, że należy dołożyć wszelkich starań, aby nie dopuścić do rozlewu krwi w kolejnej kopalni. Tym bardziej że z każdym dniem strajkujący w kopalni „Piast” byli coraz bardziej osamotnieni. Pacyfikowane były kolejne zakłady, a 23 grudnia wyjechali na powierzchnię górnicy z kopalni „Ziemowit”. Władza nie ukrywała, że także strajk na „Piaście” musi się zakończyć. I stanie się to albo dobrowolnie, albo będzie złamany siłą.

18 grudnia bp Bednorz powołał specjalny zespół duszpasterski, który miał wspierać strajkujących. Weszli do niego ks. Eugeniusz Świerzy, dziekan tyski, ks. Franciszek Resiak, proboszcz z Tychów, oraz ks. Józef Przybyła z Hołdunowa. Jeszcze przed Wigilią pozwolono im zjechać na dół i porozmawiać ze strajkującymi.

Misja bp. Zimniaka

W Wigilię rano bp Janusz Zimniak, biskup pomocniczy w Katowicach, aby udał się do górników strajkujących w kopalni „Piast” z posługą duszpasterską. Biskup pojechał tam razem z kapłanami, którzy już wcześniej mieli kontakt z górnikami. – W teczce wiozłem Komunię św. – wspomina biskup – wiedziałem bowiem, że wielu górników chce przyjąć Najświętszy Sakrament. Miałem świadomość, jak napięta jest sytuacja. Górnicy na święta powinni być w domach. Nie chciałem także, aby moja obecność wśród strajkujących została instrumentalnie wykorzystana przez władzę.

Biskup i trzej towarzyszący mu kapłani zjechali na poziom 650. Dotarli do miejsc, gdzie czekali na nich strajkujący. Były to wielkie, liczące po kilkaset osób grupy. Wszystkim biskup udzielił absolucji generalnej, ale jednocześnie zaznaczył, że gdy wyjadą na górę, mają w czasie najbliższej spowiedzi wyznać grzechy ciężkie, które w akcie absolucji zostały im odpuszczone.

Górnicy przywitali biskupa i księży ciepło. Na dole panował idealny porządek. Widoczna była świetna organizacja. Nastroje były dobre, trzymali się mocno. – Nie mówiłem im, że muszą jechać do domów – wspomina bp Zimniak. – Powiedziałem tylko, że to są nasze święta i powinni w tym czasie być ze swymi bliskimi, z żonami, dziećmi, ale rozumiem, dlaczego tu są. Kiedy opuszczaliśmy kopalnię, kilkunastu górników zdecydowało się wyjechać z nami. Reszta została na dole – opowiada.

Późnym wieczorem bp Zimniak dotarł do Katowic. W kurii czekał na niego bp Czesław Domin, sufragan katowicki, który przywitał go słowami: „Chwała Bogu, żeś przyjechał, bo myśmy myśleli, że Was tam zawarli”. Po wyjeździe biskupa i księży górnicy urządzili sobie pod ziemią wieczerzę wigilijną. Przez radio wysłuchali transmisji Pasterki.

„Muszą odczuć skutki”

W czasie kiedy bp Zimniak jechał do górników z „Piasta”, w Katowicach doszło do ważnej rozmowy. O sytuacji w kopalni w Urzędzie Wojewódzkim z gen. Paszkowskim rozmawiał ks. Woźnica, wysłany tam przez ordynariusza. Poinformował generała o wizycie bp. Zimniaka w kopalni i rozmawiał o możliwościach rozwiązania konfliktu. Sugerował, że ze względów humanitarnych Kościół może zaangażować się w przekonanie górników, aby przerwali strajk, ale pod warunkiem, że strajkującym zostaną udzielone gwarancje bezpieczeństwa. Generał Paszkowski oświadczył, że jest to oczywiste, ale wyłącznie w odniesieniu do „szerokiego ogółu górników”. Przywódcy strajku, stwierdził, muszą odczuć „skutki prawa stanu wojennego”.

Górnicy wytrzymali pod ziemią do 28 grudnia. Warunki stawały się coraz trudniejsze, gdyż władze od Wigilii wstrzymały dostawy żywności na dół. Strajk zaczęło blisko 2 tys. górników, do końca wytrwało tysiąc. Ostatnia klatka ze strajkującymi wyjechała na powierzchnię 28 grudnia o 21.20. Natychmiast zaczęły się aresztowania działaczy związkowych, choć wcześniej zapewniano, że nikomu nic się nie stanie. Siedem osób internowano, a jedenaście aresztowano. Z pracy zwolniono blisko tysiąc górników. Większość z nich później przyjęto, ale na znacznie gorszych warunkach. Na początku 1982 r. Wojskowa Prokuratura Garnizonowa w Gliwicach sporządziła akt oskarżenia w sprawie strajku w kopalni „Piast” przeciwko: Zbigniewowi Bogaczowi, Wiesławowi Zawadzkiemu, Andrzejowi Machalicy, Wiesławowi Dudzińskiemu, Andrzejowi Oczko, Stanisławowi Paluchowi i Adamowi Urbańczykowi. Prokurator żądał dla nich kary od 10 do 15 lat więzienia. Sąd ich uniewinnił, a część zarzutów umorzył. Oskarżeni zostali zwolnieni z aresztu, ale po kilku godzinach internowano ich . Najdłużej internowany był nadsztygar Zbigniew Bogacz, jeden z przywódców strajku, którego zwolniono dopiero 12 grudnia 1982 roku.

Po latach odnaleziono dokumenty potwierdzające, że władza rozważała pacyfikację kopalni „Piast”, przygotowując m.in. szczegółowy plan użycia milicji, wojska, wozów bojowych i broni palnej. 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama